Pandemia uderza w serce turystyki. Piotr Henicz: zapomnieliśmy o tym, że jest takie słowo jak zysk

Maria Mazurek
Turystyka podczas pandemii znalazła się w stanie kompletnej hibernacji. - Zostało tylko pytanie, jak olbrzymia będzie strata, bo to, że będzie duża, jest jasne - mówi Piotr Henicz, który w tym sektorze działa od kilkudziesięciu lat. Jego zdaniem wakacje w tym roku na pewno będą droższe i pomysł bonu turystycznego mógłby się do tego przyczynić. Ale czy pandemia może być okazją do pozytywnych zmian? Wiceprezes Itaki: Gdzieś to światło "stop" jest potrzebne.

Pandemia koronawirusa zburzyła świat, jaki znaliśmy dotychczas. Jednocześnie rozpoczęła procesy, których skutki możemy odczuwać bardzo długo. Wszyscy jesteśmy uczestnikami przełomowego momentu - zastanawiamy się, jak pandemia wpłynie na nasze dalsze życie.

W jaki sposób zmieni sytuację w służbie zdrowia, w szkołach, na rynku pracy? Co pandemia oznacza dla podróżowania, turystyki i spędzania wolnego czasu?

W cyklu wywiadów pod hasłem "Jak będzie" w Gazeta.pl eksperci w jasny i konkretny sposób nie tylko postarają się zdiagnozować to, co dzieje się wokół nas. Wspólnie zastanowimy się nad tym, czego możemy spodziewać się w perspektywie najbliższych miesięcy, a nawet lat.

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Jest pan w branży od lat, widział pan już z pewnością wiele kryzysów. Czy pamięta Pan taki, który da się choć trochę porównać z tym, co jest teraz?

Piotr Henicz, wiceprezes Itaki: Na przestrzeni wielu lat, z mojej perspektywy kilkudziesięciu, mieliśmy do czynienia z różnymi sytuacjami: wypadkami transportowymi, zamachami terrorystycznymi, konfliktami zbrojnymi, pyłem wulkanicznym wstrzymującym ruch lotniczy. Zawsze wychodziliśmy obronną ręką z tych trudnych sytuacji oraz - ja wiem, że tego określenia się używa za często i jest nieco wyświechtane - wychodziliśmy najczęściej jeszcze mocniejsi.

Nigdy dotąd nie mieliśmy jednak do czynienia z tak globalnym problemem, teraz dywersyfikacja kierunków nie pomoże. Pandemia uderza w samo serce turystyki. Dlatego tak trudno jest znaleźć sposób na wyjście z tej sytuacji, tym bardziej, że tak niewiele zależy od nas, od samej branży. Po prostu nie wiemy podstawowych rzeczy: dokąd, kiedy i na jakiej zasadzie będziemy mogli latać.

Czy w związku z tym czeka nas fala bankructw w turystyce? Po liniach lotniczych już to widać, czy pójdą za nimi inni przedstawiciele branży, na przykład biura podróży?

W ostatnich latach rynek touroperatorów w Polsce bardzo się ustabilizował. Jest kilku graczy, którzy decydują o tym, jak wygląda branża. Nie spodziewam się spektakularnych upadków. To efekt między innymi tego, że biura podróży wchodziły w sezon 2020, który miał być przecież rekordowy, ze świetnymi wynikami z 2019 roku. Oczywiście, wszystkiego nie da się przewidzieć. Dużo zależy od tego, jaki będzie popyt na wyjazdy zagraniczne, czy biura podróży będą mogły skorzystać z pomocy finansowej jak nieoprocentowane pożyczki czy subwencje, co będzie miało zasadniczy wpływ na kondycję finansową każdego touroperatora.

Sezon 2020 miał być rekordowy, a będzie jaki? Czy branża liczy na to, że ludzie wypuszczeni z izolacji będą chcieli wyjechać tam, gdzie się da i w związku z tym turystyka odbije się w drugiej połowie roku?

Ten rok zapowiadał się bardzo dobrze, bo na to wskazywała przedsprzedaż, do lutego jej wyniki były lepsze niż w zeszłym roku. Wszystko wskazywało na to, że idziemy na rekord.

W tej chwili zapomnieliśmy o tym, że jest takie słowo jak zysk, że rok można porównywać do poprzedniego. Zostało tylko pytanie, jak olbrzymia będzie strata, bo to, że będzie duża, jest jasne.

Gdybyśmy dzisiaj wiedzieli, że powiedzmy od 1 lipca możemy latać do określonych krajów, że nie będzie ani tam ani u nas kwarantanny, że w samolotach będzie można wykorzystywać wszystkie miejsca, że będziemy mieli kilka tygodni czasu na zbudowanie ponownych relacji z klientami i przygotowanie kampanii dotyczące bezpieczeństwa, to wierzyłbym, że część tego sezonu letniego uda się uratować. To byłoby ratowanie 10-20 procent, ale teraz te szacunki nie mają i tak znaczenia, bo my wciąż nie mamy informacji, które wymieniłem.

Na razie wciąż mamy różne ograniczenia - nie wiadomo, na jak długo - i turystyka musi się do nich przygotować, musi się więc nieco zmienić. A co będzie po ustaniu pandemii? Czy te zmiany pozostaną?

W dłuższej perspektywie turystyka zagraniczna na pewno wróci na swoje tory. Mówię tu o roku, może dwóch. W tej chwili wchodzimy w okres przejściowy, przed nami stopniowe uruchamianie działalności operacyjnej. Czeka nas wiele trudnych decyzji, musimy się przygotować do pracy w innych warunkach. Będzie wiele zmian, ale będą one dotyczyć przede wszystkim kilku miesięcy a nie lat.

Na pewno oferta będzie ograniczona do kierunków, gdzie będziemy mogli zagwarantować klientom bezpieczny wypoczynek, także tym będziemy się kierować przy wyborze hoteli. Klienci natomiast muszą się liczyć z pewnymi ograniczeniami na miejscu, może być to na przykład inna forma all inclusive, czy zmiana organizacji korzystania z basenów, aquaparków i plaż.

Podróżowanie w ostatnich latach stało się w pewnym sensie bardziej demokratyczne, zarówno pod względem ilości i dostępności ofert, jak i ich cen. Czy po pandemii dalsze, egzotyczne wyjazdy staną się usługą bardziej ekskluzywną?

Jeżeli mówimy o "demokracji" w turystyce to raczej o bliższych kierunkach, jak Grecja, Hiszpania, Turcja, Włochy, Albania czy Bułgaria, do których wyjazdy stały się dobrem powszechnym. Nie chcę powiedzieć, szczególnie w aktualnej sytuacji, że stać na nie było wszystkich, ale korzystały z nich miliony Polaków. Kierunki egzotyczne, chociaż bardzo dynamicznie rozwijające się w ostatnich latach, są wyjazdami droższymi przede wszystkim z uwagi na koszty przelotu, przez co możemy je zaliczyć do bardziej ekskluzywnych - w sensie mniej dostępnych. Chociaż bywa tak, że wakacje w dobrym hotelu w Hiszpanii potrafią kosztować drożej niż w na Malediwach.

Czyli w tym zakresie nic się Pana zdaniem nie zmieni? Pytam tutaj o popularność i dostępność wyjazdów zagranicznych. Po pandemii trzeba się pewnie będzie liczyć z wyższymi wydatkami, także na tych bliskich kierunkach, bo dodatkowe środki bezpieczeństwa to przecież wyższe koszty.

Kilka milionów Polaków co roku regularnie wyjeżdżało na wyjazdy zagraniczne organizowane przez biura podróży i kilka milionów wyjeżdżało również indywidualnie na wakacje. To olbrzymia ilość klientów. Pandemia będzie miała wpływ na społeczeństwo, także finansowy i turystyka to odczuje. Jeżeli miałoby być tak, że w samolotach czarterowych miałaby być ograniczona dostępność miejsc, to ta działalność czarterowa w ogóle się nie rozpocznie w tym roku. Nikogo na to nie stać, ani linii lotniczej, ani biura podróży, ani klienta. No i jest jeszcze kwestia tego, na ile konsumenci, przeciętni Polacy, będą mogli się pozwolić na to, mimo wszystko, dobro luksusowe, jakim są podróże.

Jest rządowy pomysł bonu turystycznego.

To paradoksalnie może być jeden z czynników, który podniesie ceny na przykład noclegów w Polsce. Nie jedyny, bo rośnie też popyt - w końcu tych kilka milionów Polaków, którzy kiedyś wyjechaliby za granicę, spędzą urlopy w kraju.

Czyli wakacje, nawet w kraju, w tym roku będą droższe.

Na pewno tak.

A jak według pana zmieni się to po stronie klientów? Czy pandemia spowoduje zmianę naszych przyzwyczajeń? Może ten swego rodzaju podróżniczy hedonizm ostatni lat wygaśnie i zaczniemy doceniać bardziej lokalne, spokojniejsze wyjazdy, wakacje pod gruszą?

Pandemia już spowodowała, a właściwie wymusiła zmiany przyzwyczajeń, kwestia na jak długo. Wielu psychologów i socjologów mówi o wpływie, jaki izolacja i dystans społeczny wywarły na nasze zwyczaje i psychikę i trudno się nie zgodzić, że skutki oddziaływania pandemii w tych sferach mogą potrwać jeszcze długo. Weźmy jednak także pod uwagę siłę oddziaływania jaką mają tu media społecznościowe i źródła "pozadziennikarskie", dodatkowo podsycające niepewność i zagrożenie fake newsami, z czym na taką skalę spotkaliśmy się po raz pierwszy.

Odwołując się do przeszłości widzimy, że epidemie, kataklizmy, wojny zawsze zostawiały ślady w sferze mentalnej i gospodarczej, jednak energia życiowa społeczeństw i dążenie do dobrostanu pozwalają na powrót do normalności. W ciągu ostatnich 30 lat podróże stały się wręcz stylem życia Polaków, dającym poczucie wolności, zaspokajającym wiele aspektów potrzeb, jak oderwanie się od codzienności, ciekawość świata. Te potrzeby są bardzo silne i jest tylko kwestią czasu, kiedy będzie można je znowu bezpiecznie realizować.

Kto na tym, co się dzieje teraz, może najbardziej zyskać a kto stracić?

Na pewno zyska turystyka krajowa, ale nie myślę tu tylko w wymiarze polskim, ale także krajów z bardzo rozwiniętą infrastrukturą hotelarską jak te, które wcześniej wymieniłem. Tu zyskają przede wszystkim biura podróży zajmujące się "krajówką" i mieszkańcy tych krajów - duża podaż i niższe ceny spowodowane brakiem lub zmniejszeniem ilości turystów zagranicznych w okresie bezpośrednio po pandemii. Tracą i będą tracić touroperatorzy zajmujący się wyjazdową turystyką zagraniczną oraz osoby i firmy związane z ich działalnością jak piloci, rezydenci, wypożyczalnie samochodów, idąc dalej lokalny handel, restauratorzy, parki rozrywki, czy nawet obiekty zabytkowe i muzealne.

A może ostatecznie to wszystko wyjdzie nam - w najbardziej ogólnym znaczeniu słowa "nam" - na dobre? Mniejszy ślad węglowy, większe wsparcie turystyki lokalnej, bardziej świadome podróżowanie?

Mówiąc "nam", musimy wziąć pod uwagą wieloaspektowość turystyki traktowanej jako sektora gospodarki. Każdy przemysł - bo tak mówi się o turystyce, każda działalność produkcyjna czy usługi w mniejszym lub większym stopniu mają wpływ na środowisko.

Na dobre wychodzą "nam" stopniowe zmiany prowadzące do coraz bardziej zrównoważonej gospodarki, do której odwołują się założenia społecznej odpowiedzialności biznesu. Możemy doszukiwać się plusów pandemii w czystej wodzie w weneckich kanałach, ale to, narażając się ekologom, słabe pocieszenie w kontekście wielkich strat, jakie poniosła gospodarka Włoch na skutek braku gości z zagranicy.

Nawiązując jeszcze do kwestii ekologii - czy świadomość globalnego ocieplenia, zmian klimatu może wpływać pana zdaniem na wybory i zachowania w turystyce?

Ja bym bardzo chciał, żeby tak było. Jeżeli w tym wszystkim złym, czym jest pandemia, jednym z efektów miałoby być to, że - użyję tutaj odniesienia, które jest dla mnie pewną przenośnią - na ostatnim odcinku wejścia na Mount Everest nie będzie trzeba czekać w kolejce, to ja się będę bardzo cieszył.

Ale dla biznesu w końcu im więcej, tym lepiej, przynajmniej w teorii.

Gdzieś to światło "stop" jest potrzebne. Myślę, że koronawirus spowodował, że duża część z nas się zatrzymała na chwilę. Przyzwyczailiśmy się do tego - mówię tutaj o naszych klientach - że jeździmy dwa razy roku na urlop, traktujemy to jako coś normalnego i nie do końca potrafimy to doceniać.

Ta sytuacja powinna więc spowodować, że zaczniemy doceniać to, że możemy gdzieś wyjechać, zobaczyć coś zupełnie innego niż mamy na co dzień, poznać ciekawych ludzi. A nie nieco automatycznie zarezerwować wyjazd, kupić magnes, przyczepić go do lodówki, opowiedzieć o wakacjach na grillu i o nich zapomnieć. Te nasze wyjazdy mogłyby być trochę głębsze.

Ale pan chyba tak naprawdę nie spodziewa się, że coś się zmieni na dłużej.

Chciałbym takiej refleksji, ale wydaje mi się, że to wszystko będzie raczej krótkotrwałe i wrócimy do wyścigu szczurów, do tego, co było.

Zobacz wideo #BiznesWalczy - Bon turystyczny 1000 zł. Czy uratuje wakacje 2020? "Ważniejsze byłoby obniżenie podatków"