Trump i Biden w przedziwnej "debacie" na odległość. Prezydent starł się z dziennikarką

2020 rok jest wyjątkowy i kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych także jest inna niż wszystkie. W nocy z czwartku na piątek polskiego czasu Donald Trump i Joe Biden przedstawili odmienne wizje, m.in. dotyczące walki z koronawirusem. Tym razem nie było przerywania i złośliwości wypowiadanych rywalowi prosto w twarz - bo nie było debaty, tylko synchroniczne wystąpienia. Emocji jednak nie zabrakło.

Debaty prezydenckiej oficjalnie nie było. Za to obaj kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych wystąpili przed swoimi wyborcami dokładnie w tym samym czasie - tyle że w innych lokalizacjach, w różnych stanach, w transmisji na różnych kanałach telewizyjnych i prezentując zupełnie odmienne wizje.

Koronawirus i wybory w USA. Donald Trump i Joe Biden w przedziwnej "debacie"

Pandemia nierzadko dyktuje warunki jeśli chodzi o działania polityczne i tak też jest w przypadku wyborów prezydenckich za oceanem. To przez koronawirusa druga debata Bidena i Trumpa nie mogła się odbyć w tradycyjny sposób i ostatecznie nie odbyła się w ogóle, choć rywale postanowili pokazać się wyborcom i tak. 

Donald Trump wystąpił w Miami, co transmitowała telewizja NBC. Urzędującego prezydenta przepytywała Savannah Guthrie, z którą Trump często się ścierał (podobnie jak podczas chaotycznej debaty sprzed dwóch tygodni). Dziennikarka zarzuciła go serią niewygodnych pytań, naciskając na odpowiedzi i na szybko sprawdzając prawdziwość części z nich. 

Trump nie chciał ujawnić, kiedy ostatnio przeszedł test na koronawirusa z negatywnym odczytem. Nie powiedział też wprost, czy przebadał się przed pierwszą debatą, co obaj kandydaci mieli zrobić, "może tak, może nie" - odpowiedział. Stwierdził też, że w walce z epidemią Stany Zjednoczone wygrywają, a zwycięstwo jest "tuż za rogiem" i bronił swoich działań w tym zakresie. Tymczasem sytuacja nie wygląda dobrze, liczba przypadków zakażeń znów rośnie, tym razem nie tylko w miastach, ale i rolniczych regionach. Od początku epidemii w USA zmarło już ponad 215 tysięcy osób zakażonych koronawirusem.

Prezydent próbował też poddać w wątpliwość skuteczność noszenia maseczek, twierdząc, że "słyszał różne historie" na ten temat. To stoi w sprzeczności z badaniami i zaleceniami ekspertów do spraw zdrowia publicznego, w tym tych z jego własnej administracji - maseczki to klucz do zahamowania rozprzestrzeniania się pandemii. 

Kandydat Partii Demokratycznej Joe Biden, który występował w Filadelfii (co transmitowała telewizja ABC News), rzecz jasna atakował Trumpa i jego działania związane z walką z koronawirusem. Jego zdaniem prezydent nie mówił o śmiertelności wirusa, bo "spanikował". Biden wzywał do poważniejszej odpowiedzi Białego Domu na epidemię. 

Starcie Trumpa z dziennikarką

Donald Trump był po prostu sobą, a w rozmowie z bardzo dociekliwą dziennikarką oznaczało to ostre starcia na słowa, podnoszenie głosu i przerywanie. Widać to było na przykładzie QAnon. To dziwaczny zbiór fałszywych teorii spiskowych. Jedną z nich, o tym, że Barack Obama miał rzekomo spreparować śmierć Osamy Bin Ladena, kilka dni temu Trump retweetował, co pociągnęło za sobą szybką reakcję członka elitarnej jednostki armii amerykańskiej Seal Team Six, który brał udział w akcji.

W czasie czwartkowego wywiadu Trump odmówił potępienia ruchu QAnon, twierdząc, że nic na ten temat nie wie. Dziennikarka dopytywała prezydenta, dlaczego zdecydował się promować niepotwierdzone teorie spiskowe, na co ten odpowiedział, że po prostu przekazał "czyjąś opinię". To wywołało oburzenie Guthrie, która wykrzyknęła, że prezydent nie jest "czyimś zwariowanym wujkiem, który może retweetować po prostu cokolwiek". Tak wyglądało to starcie:

Savannah Guthrie zapytała też Trumpa o doniesienia "The New York Times" sprzed pierwszej debaty, dotyczące zeznań podatkowych urzędującego prezydenta. Ten unikał odpowiedzi, ale też nie nie zaprzeczył, że w pierwszym roku swojego urzędowania zapłacił tylko 750 dolarów federalnego podatku dochodowego, zapewniając tylko, że liczby podawane przez dziennik są złe. Potwierdził poniekąd też, że ma 421 milionów dolarów długu, mówiąc, że taka kwota to "nic wielkiego" dla kogoś, kto ma tak dużo nieruchomości, jak on. 

Joe Biden zapowiada podniesienie podatków dla najbogatszych

Wystąpienie Joe Bidena wyglądało zupełnie inaczej, były wiceprezydent także dostał pewne trudne pytania. Była to między innymi kwestia poszerzenia składu Sądu Najwyższego, o czym Biden jak dotąd nie bardzo chciał mówić. Teraz powiedział tylko, że nadal "nie jest fanem" takiego rozwiązania, a ostateczną decyzję podejmie po zatwierdzeniu Amy Coney Barrett jako nowej sędzi amerykańskiego SN. Kandydat Demokratów powtórzył też, że jeśli wygra wybory, przywróci wyższe podatki dla najbogatszych, co, jego zdaniem, pozwoli zaoszczędzić 92 miliardy dolarów. Jego zdaniem też w polityce międzynarodowej hasło Trumpa "America first" (Ameryka przodem, pierwsza) doprowadziło do sytuacji "America alone" (czyli Ameryki osamotnionej), a "ten prezydent obejmuje wszystkich zbirów świata". 

Kolejna - tradycyjna - debata kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych zaplanowana jest na przyszły tydzień, ma odbyć się w Nashville. Biden zapowiedział, że weźmie w niej udział, ale chce, by Trump przeszedł wcześniej test na koronawirusa. Wybory odbędą się 3 listopada (choć głosy można już oddawać przed terminem, korespondencyjnie), według sondaży, Biden utrzymuje wyraźną przewagę nad urzędującym prezydentem - nie tylko jeśli chodzi o sondaże ogólnokrajowe, ale i rozkład głosów elektorskich, o czym więcej piszemy POD TYM LINKIEM. 

Zobacz wideo W debacie Biden-Trump najlepiej wypadł... prowadzący