Ceny uprawnień do emisji CO2 pobiły rekord. I poszły dalej. Co z rachunkami za prąd? [WYKRES DNIA]

Uprawnienia do emisji CO2 sięgnęły we wtorek na rynku ceny 85 euro za tonę. To był nowy rekord - był, bo w środę szybko się zdezaktualizował. Uprawnienia to jeden z elementów składowych ceny energii, które z kolei przekładają się na nasze rachunki na prąd - ale nie tylko na to. Uzależnienie od węgla sprawia, że już w przyszłym roku te rachunki wzrosną o przynajmniej 264 zł. I może być znacznie, znacznie gorzej.

Podawane na bieżąco informacje na temat rynkowych cen uprawnień do emisji CO2 potrafią bardzo szybko tracić na aktualności. Wtorek zakończyliśmy z 85 euro za tonę CO2. W środę było coraz więcej - 86, 87, marsz w górę zakończył się powyżej poziomu 90 euro. 100 euro na koniec roku nie wydaje się już przestrzeloną prognozą, a jeszcze kilkanaście dni temu szokujące wydawało się przekroczenie 70 euro za tonę. 

Uprawnienia do emisji CO2 rekordowo drogie

Na dłuższym wykresie widać, że silny trend wzrostowy rynkowych cen uprawnień w ramach Europejskiego System Handlu Emisjami (EU ETS) ruszył jesienią ubiegłego roku. Wtedy mieliśmy jeszcze poziom około 20 euro. Gwałtowne przyspieszenie ten ruch zyskał rok później - czyli w październiku tego roku. 

Ceny uprawnień do emisji CO2 na rekordach.Ceny uprawnień do emisji CO2 na rekordach. Gazeta.pl

Jakie to ma znaczenie? 

Wzrost cen uprawnień oznacza prawdopodobne wzrosty cen energii. Warto to wpisać w szerszy kontekst. To nie jest nowość, ceny uprawnień do emisji CO2 rosną od kilku lat. W ostatnich miesiącach mamy przyspieszenie i bijemy rekordy, ale nie jest to problem, z którym się mierzymy od miesiąca. To narasta od dawna i niestety zarówno rząd, jak i spółki energetyczne niewiele dotychczas robiły, żeby tę presję zniwelować. Nie można teraz udawać zaskoczenia 

- mówi Paweł Czyżak, kierownik programu Energia i Klimat think tanku Instrat.

Unijny system handlu emisjami polega na tym, że wprowadzane są limity emisji gazów cieplarnianych przez przedsiębiorstwa, które mają emitujące je instalacje. Limity te są stopniowo obniżane. To instrument walki ze zmianami klimatycznymi generowanymi przez działalność człowieka. Emitowanie CO2 kosztuje, zatem firmom opłaca się nie emitować, czyli przechodzić na źródła nisko- lub zeroemisyjne - to jest cel systemu. 

Przedsiębiorstwa muszą mieć pokrycie na emitowane przez siebie gazy w postaci uprawnień do emisji właśnie, które kupują - płacą za każdą tonę (w ramach określonych warunków część uprawnień kraje UE mogą wciąż przydzielać bezpłatnie instalacjom wytwarzającym energię elektryczną, ale ta pula się zmniejsza). Skąd mogą je kupić i skąd się te uprawnienia biorą? Każde unijne państwo dostaje swoją wyliczoną pulę, którą potem sprzedaje na aukcjach dostępnych nie tylko dla firm, ale i inwestorów. Robi to także Polska. 

To druga strona medalu: zyski budżetowe. Przychody ze sprzedaży uprawnień do emisji trafiają do budżetu i mogły być od lat wykorzystywane na odnawialne źródła energii - a mowa przecież o dziesiątkach miliardów złotych

- zaznacza ekspert Instratu. Według szacunków, w tej dekadzie wpływy z tego tytułu mogą przekroczyć 100 miliardów złotych, a tylko w tym roku mogą być to okolice 25 miliardów. Jak na razie środki te trafiają m.in. na programy Mój Prąd i Moje Powietrze. 

EU ETS jest w założeniach ekonomicznym sposobem redukcji emisji, a w transformacji energetycznej ważną rolę odgrywa także polityka. Wzrost cen uprawnień powoduje, że po prawej stronie sceny politycznej pojawiają się głosy, głównie Solidarnej Polski, że wzrost cen uprawnień powodowany jest przez rynkową spekulację. Jak dotąd nie ma potwierdzenia takich działań. Wspomniani politycy koalicjanta PiS mówią o konieczności zmiany. - Myślę, że Polska nie będzie miała partnerów do dyskusji o zmianie systemu ETS, jeśli takie postulaty z naszej strony będą padały, to nie wiem, czy znajdą jakiekolwiek poparcie - mówi Paweł Czyżak. 

Wszystkie nasze kłopoty wynikają z tego, że jesteśmy zapóźnieni jeśli chodzi o transformację energetyczną. Mamy jeden z najniższych udziałów w OZE w systemie i jednocześnie najwięcej węgla w energetyce - 70 proc. To, co dzieje się w tej chwili na europejskim rynku energii, to anomalia, na którą wpływają m.in. działania Rosji w kwestii gazu. Polska na tle innych krajów ma relatywnie tańszą energię, ale to czasowe, kiedy sytuacja się uspokoi, a to spodziewane jest na wiosnę, także w przypadku uprawnień do emisji, nasza pozycja wróci do normy. A w ramach tej normy przez ostatnie trzy lata Polska była najdroższym rynkiem energii w Europie

- zaznacza. 

Zobacz wideo Rząd planuje niekorzystne zmiany w prawie dot. fotowoltaiki

Ile to nas będzie kosztować? 

No i teraz podstawowe dla wielu pytanie: jak to wszystko przekłada się na nas i nasze portfele? Ceny dwutlenku węgla to część ceny energii na rynku hurtowym. Na tym rynku spółki energetyczne - elektrownie - handlują energią. I jeśli ceny tam rosną, to po jakimś czasie przekłada się to także na wzrost cen dla odbiorców końcowych. 

Takimi odbiorcami są gospodarstwa domowe. Przełożenie nie jest automatyczne i natychmiastowe, ceny energii są tutaj regulowane. Firmy energetyczne wnioskują o podwyżkę taryf, a regulator rynku - URE - może się na nią zgodzić, ale nie musi. Aktualizacje taryf mają miejsce raz w roku. Wnioski na 2022 r. już zostały złożone, więc wzrosty cen uprawnień do emisji z ostatnich tygodni nie będą mieć na nie wpływu. Co nie znaczy, że nie zapłacimy więcej. 

Według nas, w przyszłym roku przeciętne gospodarstwo domowe zapłaci przynajmniej 264 zł więcej w rachunkach za prąd. Te wyliczenia uwzględniają już wpływ tarczy antyinflacyjnej. Ta tarcza, czyli czasowa obniżka podatku VAT i akcyzy daje, około 90 zł oszczędności w ciągu roku

- wylicza Paweł Czyżak. 

Jego think tank opublikował dziś nowy raport "Brakujący element układanki. Rozważania o bezpieczeństwie energetycznym". Z opracowania wynika, że bez przestawienia się z węgla, w 2030 roku rachunki za energię elektryczną mogą być już wyższe o 800 zł rocznie. I w drugą stronę: jeśli zamiast węgla w większości będziemy produkować prąd ze słońca i wiatru, rachunki wzrosłyby znacznie mniej - o średnio 317 zł w 2030 i 223 w 2040 roku. I to pomimo że do rozwoju OZE potrzebne są inwestycje w sieci. 

Eksperci think tanku piszą o wzroście udziału odnawialnych źródeł w miksie energetycznym do ponad 70 proc. w 2030 roku. To bardzo ambitny scenariusz - przypomnijmy, że oficjalny rządowy plan to 32 proc. - ale według Instratu nie jest niemożliwy. By go zrealizować, potrzebny byłby istotny wzrost inwestycji: w sieci dystrybucyjne o 58 miliardów złotych (z planowanych 180 do 238 mld) w latach 2021-2040, a w sieci przesyłowe o 10 miliardów. Dużo, ale jak zaznacza Instrat, większy wpływ na taryfy cen prądu będą miały teraz i tak koszty utrzymania energetyki z węgla i gazu, a sama energia z OZE jest tania. 

Zresztą, przestarzały system energetyczny to poważniejsze wyzwanie dla Polski niż same ceny energii - to  zagrożenie niedoboru mocy. 

- Już mamy tak duży popyt, że ciężko go zapełnić. Wprawdzie jest jeszcze trochę rezerw, ale w perspektywie 5-7 lat bardzo bym się obawiał poważnych problemów z dostarczaniem energii. Idziemy coraz bliżej krawędzi. I znów: kluczowa jest tu przeszłość. Po 1989 roku, wraz z początkiem transformacji gospodarczej, zamknięto wiele najbardziej energochłonnych zakładów, a pozostałe zaczęły uważać na koszty. W rezultacie zapotrzebowanie na energię mocno spadło. Nagle okazało się, że mamy spore nadwyżki mocy i przez kilkanaście lat w energetyce nie czuliśmy presji, by inwestować. Kilkanaście lat temu takie inwestycje się zaczęły, ale nadal daleko niewystarczające. Bo politycy wypierali ze świadomości, że transformacja technologiczna polskiej energetyki jest nieunikniona. Hamletyzowali więc, czy inwestować, czy nie, a jeśli tak, to w co? Zarazem ciągle zmieniali decyzje regulacyjne, przez chwilę popierając jeden kierunek, by go za chwilę porzucić na rzecz innego. To generowało wielką niepewność dla przedsiębiorstw energetycznych, sprawiając, że jest to teraz sektor bardzo niedoinwestowany - mówił w niedawnej rozmowie z Next.gazeta.pl dr Maciej Bukowski z WiseEuropa. Cały wywiad, skupiający się na energetyce, można przeczytać pod poniższym linkiem: 

36 Posiedzenie Sejmu IX KadencjiPrzez inflację będą wysokie stopy proc.? 'Trzeba zjeść tę żabę'

Zapłacimy nie tylko w rachunkach

Jest jeszcze jeden wątek dotyczący cen energii, często w dyskusji pomijany. Są one regulowane tylko dla gospodarstw domowych, a odbiorcami końcowymi są przecież także najróżniejsze firmy - i ciężki przemysł, i mniejsze przedsiębiorstwa produkcyjne, i całkiem małe zakłady, piekarnie, sklepy, punkty usługowe. Dla nich ceny energii rosną zdecydowanie mocniej. I trudno oczekiwać, żebyśmy i my - konsumenci - kiedyś części tych kosztów nie ponieśli w cenach towarów czy usług. 

Nie można się spodziewać, że przemysł i ogółem firmy pokryją w całości wzrost kosztów energii dla siebie. W tym roku taryfy dla przedsiębiorstw w niektórych przypadkach były niemal dwukrotnie wyższe niż taryfy dla gospodarstw domowych. W najgorszej sytuacji są małe i średnie przedsiębiorstwa. Dla nich taryfy są niezwykle wysokie, były zresztą już w ubiegłym roku. Takie firmy mają mniejsze możliwości, by ten wzrost kosztów działalności sobie zrekompensować, muszą przerzucić ceny na konsumentów. Duży przemysł i duże firmy mogą negocjować ceny, z racji wielkości korzystają z preferencyjnych warunków, mogą też kupować energię w różny sposób: część w ramach umów długookresowych, część na giełdzie, ale nadal cierpią. Niektóre podmioty decydują się na wychodzenie z polskiego rynku

- zaznacza Paweł Czyżak. 

Więcej o: