Ukryty sens tarcz antyinflacyjnych? Rząd może celować w sprytny psychologiczny efekt

Tarcza antyinflacyjna 2.0 ruszyła od 1 lutego. Jak tłumaczy rząd, ma ona złagodzić skutki inflacji i zmniejszyć jej koszty dla Polaków. Ale część ekonomistów ma także inną teorię. Celem rządu może być też zapobieżenie za wszelką cenę dwucyfrowej inflacji. To może być psychologiczna bariera, za którą walka z inflacją mogłaby być jeszcze cięższa.

Tarcza antyinflacyjna 2.0 weszła w życie od 1 lutego br. Oficjalnie ma działać do końca lipca br., ale jest prawdopodobne, że cała lub część jej elementów zostanie przedłużona.

Tarcza antyinflacyjna 2.0 zakłada obniżkę stawek VAT na paliwo (do 8 proc.), ciepło i prąd (do 5 proc.) oraz gaz ziemny i nawozy (do 0 proc.). Do 0 proc. obniżona została także stawka podatku VAT na tę żywność, która dotychczas podlegała stawce 5 proc. (produkty objęte stawką 8 i 23 proc. wciąż taką mają). Regulowanymi przez URE, a nie rynkowymi, cenami gazu objęte zostały m.in. wspólnoty mieszkaniowe i spółdzielnie, szpitale, przychodnie, szkoły, przedszkola, uczelnie czy noclegownie.

Do tego dochodzą reguły z pierwszej tarczy antyinflacyjnej, której elementy ruszyły pod koniec grudnia 2021 r. i od początku 2022 r.

Z dwóch tarcz zrobiła się już pokaźna lista zmian m.in. podatkowych, którą ogarnąć spróbowali ekonomiści z mBanku.

embed
Zobacz wideo Tarcza antyinflacyjna 2.0 - rozwiązanie, które pomoże? Kaźmierczak: Pomoże, na krótko

Tarcze antyinflacyjne obniżą inflację tylko na chwilę, ale... może o to chodzi?

Rząd "sprzedaje" tarcze antyinflacyjne jako działania, które mają złagodzić Polakom skutki inflacji. I oczywiście po części tak jest, choć eksperci przypominają, że te działania i tak nie zniwelują bardzo wysokich cen prądu, gazu, paliw czy żywności (oraz wtórnego wpływu tych wysokich cen dla producentów czy sklepów na ceny produktów dla klientów).

Być może jednak w uruchomieniu szybko po sobie dwóch tarcz chodziło także o coś zupełnie innego, a mianowicie o to, aby spróbować tak "posterować" inflacją, by za wszelką cenę uniknąć dwucyfrowego odczytu. 

Gdyby nie jeszcze ta grudniowa tarcza, m.in. obniżająca akcyzę na paliwo, inflacja w styczniu mogłaby wynieść ponad 10 proc. Mam nadzieję, że nie przekroczy tego poziomu. Dwucyfrowa inflacja byłaby bardzo szkodliwa dla naszej wyobraźni i mogłaby napędzać dodatkową spiralę inflacyjną

- mówi w rozmowie z Gazeta.pl ekonomista Rafał Mundry. Słowem - inflacja rzędu 8 czy 9 proc. jest oczywiście bardzo bolesna oraz szkodliwa dla gospodarki, ale cały czas to tylko jedna cyfra. Gdyby do opisywania tempa wzrostu cen w Polsce potrzebne były już dwie cyfry, efekt psychologiczny mógłby być fatalny.

Już i tak mamy w Polsce zapewne - wiele na to wskazuje - tzw. odkotwiczone oczekiwania inflacyjne. Czyli widzimy, że wszystko drożeje i mamy przekonanie, że będzie drożeć dalej, więc w efekcie łatwiej godzimy się na kolejne podwyżki ordynowane przez sklepy czy usługodawców. Dwucyfrowa tempo wzrostu cen mogłoby być taką symboliczną granicą, za którą oczekiwania inflacyjne - a więc w efekcie i sama inflacja - weszłyby na jeszcze wyższy poziom rozpędu.

Inflacja rośnie, zdjęcie ilustracyjne.Inflacja przebije 10 proc. jeszcze w styczniu. Tak prognozuje duży bank

Oczywiście, to tylko "teoria" części ekonomistów, nie wszyscy zgadzają się z takim postawieniem sprawy. Trudno też - mówiąc trochę na marginesie - nie przypomnieć, że to Narodowy Bank Polski, a nie rząd, jest odpowiedzialny za działania zmierzające do utrzymywania inflacji na rozsądnym poziomie.

Ale mimo wszystko przeczucie Mundrego nie jest odosobnione. W podobnym tonie w rozmowie z Grzegorzem Siemionczykiem z "Parkietu" wypowiadał się niedawno Łukasz Tarnawa, główny ekonomista Banku Ochrony Środowiska. Zgodnie z jego przekonaniem, tarcze antyinflacyjne mogą zapobiec inflacyjnej panice.

Z punktu widzenia wpływu inflacji na gospodarstwa domowe lepszy jest scenariusz, w którym wzrost cen przez wiele miesięcy utrzyma się w okolicy 6-7 proc. niż scenariusz, w którym choćby chwilowo osiągnie on ponad 10 proc., a potem wyraźnie opadnie

- mówił Tarnawa.

Wydaje mi się, że przy dwucyfrowej inflacji przełożenie na oczekiwania inflacyjne byłoby większe niż okres kilku miesięcy dłuższej inflacji na poziomie ok. 7 proc. Dwucyfrowa inflacja bardzo mocno przebiłaby się medialnie i mogłaby podkręcać oczekiwania inflacyjne

- wskazywał ekonomista. Dodawał też, że tarczami antyinflacyjnymi rząd kupuje sobie czas, bo za kilka miesięcy - gdy miałyby one wygasać - część napięć inflacyjnych (związanych choćby z ograniczeniami podażowymi) może zanikać.

Ceny żywności spadły przez niższy VAT. Ale wcześniej zdążyły wzrosnąćCeny żywności spadły przez niższy VAT. Ale wcześniej zdążyły wzrosnąć

Inflacja w "formacji okulara"

W grudniu 2021 r. inflacja wyniosła 8,6 proc. w skali roku - podał GUS. Dane za styczeń poznamy dopiero w połowie lutego (to nic szczególnego, co roku inflacja w styczniu jest podawana nieco później), ale ekonomiści przewidują, że może być jeszcze wyższa - przebić 9 proc., a być może nawet dojść do 10 proc.

W kolejnych miesiącach m.in. właśnie dzięki tarczom antyinflacyjnym inflacja powinna nieco opadać. Nadal mowa o poziomach rzędu ok. 6-9 proc., ale już nie ponad 10 proc. w scenariuszu, gdyby tarcz nie było. To właśnie o tym mówił Tarnawa.

Oczywiście, można powiedzieć, że to sztuczne tłumienie inflacji przez rząd, w pewnym sensie wręcz sterowanie nią. Ale efekt jest widoczny. Inflacja - według prognoz ekonomistów -  ma dzięki tarczom  wynosić przez pierwszych kilka miesięcy 2022 r. mniej, a nie więcej niż 10 proc. Ma być jedno-, a nie dwucyfrowa. Symboliczna granica nie zostanie przekroczona (a jeśli zostanie, to np. tylko w jednym miesiącu - styczniu). Walka z inflacją nadal będzie niesłychanie ciężka, ale być może już nie tak piekielnie jak gdybyśmy przez kilka miesięcy widzieli inflację na poziomie dwucyfrowym.

Prognozy ekonomistów pokazują, że gdy tarcze zostaną wygaszone, inflacja znów podskoczy. Być może nawet znowu w okolice 10 proc. Ale to dopiero za kilka miesięcy. Do tego czasu wiele się może w gospodarce zmienić. Tarcze też można przecież przedłużyć i tak posterować stopniowym powrotem stawek VAT do poprzednich poziomów, aby wygładzić tę ścieżkę inflacji.

Jeśli rzeczywiście za działaniami rządu stoi głębsza logika niż tylko "łagodzenie skutków inflacji", to może być nią właśnie próba zduszenia odczytów GUS na poziomie niższym niż symboliczne 10 proc. za wszelką cenę. Nie wiadomo, co siedzi w głowie premiera Morawieckiego i jego pobratymców, ale niewykluczone, że właśnie to. To teza kontrowersyjna, ale nie wydumana.

Więcej o: