Kaczyński i Glapiński ręka w rękę żenią Tuska z euro-katastrofą. "Wciskanie ciemnoty"

Donald Tusk jest niemieckim wysłannikiem, a jego misją jest wprowadzenie Polski do strefy euro. To sprowadzi kraj do roli pachołka Zachodu, a Polaków na skraj ruiny finansowej. Mniej więcej tak można streścić narrację, którą w skoordynowany sposób raczą nas niemal na wyprzódki prezes NBP Adam Glapiński i prezes PiS Jarosław Kaczyński. W co grają?

Poniedziałek 1 sierpnia 2022 r. Główny temat najnowszego wydania tygodnika "Sieci" to rozmowa z prezesem NBP Adamem Glapińskim. Glapiński zdecydowanie nie gryzie się w język.

Obalić rząd, wprowadzić Polskę do strefy euro, podpisać się pod pomysłem państwa europejskiego. Taki jest ich plan [Brukseli - red.]. Z tym planem został wysłany do Polski Donald Tusk
Tu chodzi o zrealizowanie niemieckiego planu - obalenia rządu PiS, ustanowienia jakiegoś "rządu Tuska" i wprowadzenia nas do strefy ERM II, czyli związania złotego z euro trwałym kursem, co byłoby przedsionkiem do wprowadzenia euro
Po wejściu do strefy euro przestaniemy gonić bogate kraje Unii, zostaniemy już na zawsze ubogim krewnym
Ci, którzy chcą szybko przyjąć euro, świadomie lub nieświadomie w 100 proc. realizują interes Niemiec

- to tylko przykładowe cytaty z Glapińskiego z tej rozmowy. Prezes NBP przekonywał też, że wejście do wspomnianej strefy ERM II wymaga jego zgody, i stąd "Tuskowi i Niemcom potrzebna jest natychmiastowa zmiana".

Poniedziałek 8 sierpnia br., kolejny numer "Sieci". Tym razem rozmowa z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. A w niej w zasadzie streszczone to, co mówił Glapiński.

Prof. Glapiński doskonale uchwycił przyczynę tak gwałtownego, szaleńczego wręcz ataku na NBP. (...) Zgadzam się z Glapińskim, że [wprowadzenie euro w Polsce - red.] to jedno z zadań, z którym przysłano tu Tuska
W wymiarze społeczno-ekonomicznym [przyjęcie euro - red.] oznaczałoby radykalne zubożenie Polaków, wielkie ich obrabowanie. Także tych, którzy sądzą, że ich by to nie dotknęło. (...) Szybko nastąpi ekonomiczna degradacja i całej Polski, i każdego osobiście. Nasz wzrost gospodarczy się zatrzyma, przestaniemy gonić Zachód i Niemcy

- mówił Kaczyński.

Tego samego dnia w "Wiadomościach TVP" ukazuje się materiał, w którym bezpośrednio powiązano zapewnienia Glapińskiego co do utrzymania złotego jako polskiej waluty z "bezprecedensowym atakiem na niego ze strony Donalda Tuska". Na dokładkę w "Dzienniku Gazecie Prawnej" ukazuje się opinia prezesa Glapińskiego "Złoty jest motorem napędowym sukcesu gospodarczego Polski" - choć tu akurat argumenty przeciw euro są merytoryczne.

Okładka 'Sieci' 1 sierpnia 2022Glapiński mówi o planie Niemiec na Tuska. Fala komentarzy w sieci. "Niedowierzanie"

  • Więcej o polskiej gospodarce przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl
Zobacz wideo Kaczyński zarzuca Tuskowi "zmiany psychiczne". Komentuje rzecznik PiS

Kaczyński i Glapiński w skoordynowanej ofensywie

Nie trzeba szczególnie przenikliwego umysłu, żeby zauważyć, że PiS i NBP, w większości za pomocą wiernych im mediów, przeprowadzają w ostatnich dniach skoordynowaną ofensywę, którą mniej więcej można streścić tak: Donald Tusk został przysłany przez Niemców do Polski, żeby wprowadzić ją do strefy euro, a tym samym, świadomie lub nie, doprowadzić Polaków do ruiny finansowej.

Ta wspólna narracja ze Świętokrzyskiej i Nowogrodzkiej została stworzona w zasadzie z niczego. Trudno bowiem powiedzieć, aby była sprowokowana jakimś gwałtownym uderzeniem programowym ze strony Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście, jest jasne, że generalnie Tusk i jego otoczenie opowiadają się za maksymalnie szeroką integracją w ramach UE, a przyjęcie euro to kolejny krok w tym kierunku. Ale to wiadomo od lat, nie od tygodnia czy dwóch.

Euro w Polsce gdzieś tam się oczywiście przewija pośród wielu innych tematów w rozmowach Tuska z mediami czy na spotkaniach z wyborcami, ale generalnie trudna do obrony byłaby teza, że akurat ostatnio Tusk wziął je sobie na szczególnie na sztandary.

W ostatnim miesiącu z jednej strony Tusk mówił dość jasno w TVN24, że "chciałby, żeby po okresie tego dwuletniego, jak sądzi, okresu turbulencji, naprawdę poważnie przystąpić do tego procesu (przyjmowania euro). Ale już na spotkaniach z wyborcami w kolejnych dniach nie był tak zdecydowany. W Dzierżoniowie wskazywał np., że "wejście do strefy euro wymagałoby zmiany Konstytucji" i "nie ma co rozpoczynać tego procesu, kiedy nie mamy pewności, że finał jest możliwy, w zasięgu ręki". 

No właśnie - nawet gdyby Polska miała wejść do strefy euro, a wcześniej do ERM II, to jest to melodia przyszłości. Nie chodzi tylko o brak większości konstytucyjnej w Sejmie, ale także - a może przede wszystkim - o tzw. kryteria konwergencji. To warunki, które musi spełniać gospodarka, aby rozpocząć proces integracji ze strefą euro. Dotyczą np. poziomu inflacji czy stabilności waluty. Polska jest od realizacji tych kryteriów daleko.

Po co PiS-owi straszenie przyjęciem euro już teraz?

Ewidentnie wygląda na to, że PiS i przychylne mu środowiska będą starały się żenić Donalda Tuska z wizerunkiem wysłannika Niemiec, który wprowadzając Polskę do strefy euro stanie się ojcem polskiej biedy i "kolonizacji" kraju przez Berlin.

Wydaje mi się, że to jest próba znalezienia tematu, który mógłby mobilizować najbardziej zatwardziały elektorat PiS

- mówi w rozmowie z Gazeta.pl dr hab. Michał Brzeziński, ekonomista z Katedry Ekonomii Politycznej Uniwersytetu Warszawskiego. Ale już politolog, prof. UW Rafał Chwedoruk, uważa, że to nie tylko przekaz dla żelaznego elektoratu.

Myślę, że taka narracja w trójkącie Tusk-Berlin-euro ma być elementem przekazu negatywnego, niezawężonego tylko do żelaznego elektoratu. Chodzi o potrzebę stworzenia narracji, która racjonalizowałaby problemy z jednym z głównych czynników legitymizujących władzę PiS, czyli zdolność do zapewnienia poprawy bądź co najmniej stabilizacji poziomu życia poziomu wielkich grup społecznych. Jest już niemal jasne, że będą z tym strukturalne problemy, nieporównywalnie większe od tego, czego doświadczamy latem. Potrzebne będzie jakieś wyjaśnienie, bo dotychczasowe przestaną oddziaływać

- komentuje prof. Chwedoruk. 

Politolog widzi w najnowszym "spinie" PiS odnośnie strefy euro także próbę obrony sytuacji, w której Polska wciąż nie otrzymuje środków z Krajowego Planu Odbudowy.

Chodzi o pokazanie, że pieniądze z KPO nie byłyby pieniędzmi bezwarunkowymi. Sytuacja, w której nie ma środków z KPO, a sytuacja gospodarcza będzie trudna, tworzy podstawy do naruszenia poparcia PiS nawet w twardszych częściach elektoratu. Przy obecnych sondażach wystarczy demobilizacja zaledwie 2-3 proc. z tych, którzy deklarują gotowość głosowania na PiS, i w zasadzie wybory mogłyby się nie odbywać, bo wiadomo byłoby, że zakończą się zwycięstwem opozycji

- wyjaśnia prof. Chwedoruk.

Ekspert widzi jeszcze jeden możliwy powód, dla którego PiS może chwytać się tak twardo retoryki przeciwko strefie euro. Chodzi o zasadniczo wciąż duże poparcie dla Polski w UE. Nie mogąc jednoznacznie grać na antyunijnej nucie, PiS musi straszyć słabymi punktami integracji europejskiej. Strefa euro nadaje się do tego nieźle.

Donald Tusk - zdjęcie archiwalneTusk: Kaczyński wyciąga nas właśnie z Unii. Tu nie ma się z czego śmiać

  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Radykalne zubożenie Polaków po przyjęciu euro? "Wciskanie ciemnoty"

A jeśli chodzi o straszenie euro, to dr hab. Michał Brzeziński mówi wprost o "wciskaniu ciemnoty". Przekonuje, że - choć badania co do korzyści lub nie wejścia do strefy euro nie dają jednoznacznych wyników - przekaz o "radykalnym zubożeniu Polaków" ze strony prezesa Kaczyńskiego (i podobny ze strony prezesa Glapińskiego) to gruba przesada.

To jest humbug, wciskanie ciemnoty, nic takiego nie wydarzyło się w żadnym z krajów, które przyjęły euro. W krajach naszego regionu, w których przyjęto euro relatywnie niedawno - Słowacja, kraje bałtyckie - znaczna większość społeczeństwa twierdzi, że to był dobry ruch. Nie nastąpiło też w nich jakieś załamanie gospodarcze. Niektóre badania wskazują, że euro pogorszyło sytuację krajów południowej Europy, zwłaszcza Grecji czy Włoch, ale trudno wyizolować ten efekt np. od efektu kryzysu z 2008 r. czy wewnętrznych problemów politycznych

- mówi dr Brzeziński. Jak dodaje, "na podstawie dostępnych badań trudno powiedzieć, jaki byłby efekt wprowadzenia euro w Polsce, ale byłby on raczej niewielki".

W dużej mierze jest tak, że przyjęcie euro to decyzja polityczna. To jest decydujący argument. Jeśli pojawia się większość polityczna i większość w społeczeństwie za głębszą integracją z UE, to następuje też integracja monetarna. A koszty czy korzyści ekonomiczne? Nie jesteśmy w stanie ich policzyć jednoznacznie, ale nie wydają się duże w tę lub w tamtą stronę

- dodaje ekspert.

Więcej o: