Płacenie pod stołem w Polsce wciąż jest powszechne - diagnozuje Polski Instytut Ekonomiczny w swoim najnowszym raporcie. Wynika z niego, że w latach 2014-2021 (na tym roku kończy się analiza) odsetek pracowników z umowami o pracę, którzy poza kwotą wynikającą z umowy dostawali dodatkowe pieniądze pod stołem, wynosił ok. 8-11 proc.
To już drugie podejście Polskiego Instytutu Ekonomicznego do tematu płacenia pod stołem. Z pierwszego raportu na ten temat, opublikowanego w 2021 r., wynikało m.in., że (co nie dziwi) zjawisko dotyczy przede wszystkim pracowników, którzy formalnie uzyskują niskie dochody, głównie płacę minimalną. Występuje przede wszystkim w mniejszych firmach (choćby z powodu mniej formalnych relacji między pracownikiem i pracodawcą), najczęściej w branży usługowej (np. "urodowej", rozrywkowej czy w gastronomii i zakwaterowaniu). Z raportu PIE wynikało też, że łącznie suma wypłat pod stołem w 2018 r. wyniosła 34 mld zł.
Najnowsze badanie PIE wskazują, że skala płacenia pod stołem jest relatywnie stała na przestrzeni lat. To o tyle ciekawe, że istnieje w przestrzeni publicznej hipoteza o tym, że podwyżki płacy minimalnej powinny niwelować zjawisko płacenia pod stołem. Analiza Polskiego Instytutu Ekonomicznego tego nie potwierdza, acz należy mieć na uwadze, iż kończy się na roku 2021, a tymczasem kwotowo szczególnie duże podwyżki płacy minimalnej przyniósł 2023 r. i przyniesie 2024 r. Z badania PIE nie wynika też (z tego samego powodu) czy i jakie znaczenie dla obniżenia skali płacenia pod stołem miała reforma podatkowa z 2022 r., redukująca tzw. klin podatkowy (czyli łączne opodatkowanie i oskładkowanie) dla najniższych wynagrodzeń.
Eksperci z Polskiego Instytutu Ekonomicznego konstatują, że wciąż w Polsce jest duże przyzwolenie społeczne na płacenie pod stołem (lub - to już moja interpretacja - duża potrzeba powiększenia swojego dochodu do dyspozycji, nawet niezgodnie z prawem i kosztem niższych świadczeń społecznych w przyszłości).
Z badania przeprowadzonego przez PIE wynika, że 20 proc. osób, którym zaproponowano by wynagrodzenie na rękę raptem o 100 zł wyższe (3,1 tys. zł vs. 3 tys. zł) przy wypłacie części z tej kwoty pod stołem, poszłaby na to. Gdyby różnica sięgała już 500 zł (3,5 tys. zł vs. 3 tys. zł), zgodę wyraziłoby 27 proc. osób.
Wypłata części wynagrodzenia pod stołem to oczywiście sposób pracodawcy na niższy koszt zatrudnienia, a dla pracownika - więcej pieniędzy na rękę. Omija się bowiem w ten sposób składki na ubezpieczenie społeczne (emerytalne, rentowe, chorobowe, wypadkowe) i zdrowotne oraz zaliczkę na podatek PIT. Konsekwencją jest jednak niższa m.in. emerytura, renta, zasiłek chorobowy i zasiłek macierzyński. Dla państwa to też kłopot. Polski Instytut Ekonomiczny szacował, że w samym 2018 r. dochody sektora finansów publicznych były przez wypłaty wynagrodzeń pod stołem niższe o ponad 17 mld zł.
Według badania PIE to właśnie zmniejszenie przyszłej emerytury i innych świadczeń jest głównym argumentem za niezgodą na otrzymywanie części wynagrodzenia pod stołem. Żywa jest jednak też obawa o rzetelność wypłat i poczucie, że takie proceder jest nieuczciwy (bo jest).
Chęć "przyoszczędzenia" na składkach i podatku nie musi być jedyną motywacją dla wypłat pod stołem. Jest to też rozwiązanie wykorzystywane m.in. przez dłużników uciekających przed egzekucją.