W opinii dla Business Insider Polska z 13 października, członek Rady Polityki Pieniężnej Ludwik Kotecki pisał o "podatku inflacyjnym". Przekonywał, że ten "podatek" dotyka przede wszystkim osoby najbiedniejsze, emerytów, rencistów, pracowników najemnych oraz osoby oszczędzające.
Kotecki zauważał, że inflacja roczna jest poza celem inflacyjnym NBP (traktując go szeroko - od 1,5 do 3,5 proc.) od 30 miesięcy i "całkiem możliwe, że utrzyma się powyżej niego przez kolejne kilka lat". Skrytykował przy tym obniżki stóp przez RPP we wrześniu i październiku, łącznie o jeden punkt procentowy.
Członek RPP uzasadniał, że "wysoka inflacja to większa niestabilność decyzji inwestycyjnych i słabszy wzrost gospodarczy". Wskazywał, że wysoka inflacja pozwala utrzymać rządowi relatywnie niższy poziom długu publicznego do PKB, mimo jego nominalnego dużego wzrostu. Dodawał, że oznacza ona też wyższe wpływy budżetowe z VAT, akcyzy i podatków dochodowych PIT i CIT. To prawda, choć - to już mój wtręt - jednocześnie rosną koszty "obsługi" państwa (np. konieczne podwyżki emerytów i rent, koszty przetargów, ewentualne podwyżki płac w budżetówce itd.).
W największym skrócie: Kotecki na wiele sposobów tłumaczył, że "bez niskiej inflacji nie ma zdrowej gospodarki". Nie napisał tego wprost, ale dość jasno sugerował, że walka z inflacją powinna być w Polsce bardziej bezwzględna. Wyliczał, że w 2022 r. "podatek inflacyjny" wyniósł około 150 mld zł, "a w ostatnich trzech latach to mogło być nawet 400 mld zł".
Tą opinią wyraźnie dotknięty musiał poczuć się prezes NBP, bo po czterech dniach na łamach Business Insider Polska ukazała się jego polemika z tekstem Koteckiego. Glapiński od razu w pierwszym zdaniu orzekł, że opinia członka RPP "składa się z półprawd, niedomówień i manipulacji".
Prezes NBP przekonywał, że sformułowanie "podatek inflacyjny" sugeruje, że wzrost inflacji w Polsce w 2022 i 2023 r. był rezultatem decyzji władz gospodarczych, a tymczasem wynikał z szoków globalnych, na które banki centralne nie są w stanie zareagować swoją polityką. Chodzi przede wszystkim o skutki pandemii i wojny w Ukrainie. Glapiński przyznał, że "w bardzo dużym uproszczeniu" można porównać efekty wysokiej inflacji do podatku w sensie obniżania dobrobytu, ale "koszty tego 'podatku' ponosiło całe polskie społeczeństwo, w tym budżet państwa".
Dodatkowe dochody budżetu państwa związane ze wzrostem inflacji zostały zniwelowane poprzez wzrost wydatków wynikających z waloryzacji świadczeń o inflację, jak i z kosztów finansowania tarcz antyinflacyjnych
- tłumaczył szef banku centralnego dodając, że wzrost inflacji nastąpił równocześnie w wielu krajach, a poziom polskiej inflacji nie różnił się do obserwowanej w pozostałych gospodarkach Europy Środkowo-Wschodniej.
Generalnie Glapiński wskazywał, że "dotychczasowe trendy gospodarcze" (spadek inflacji z 18,4 proc. w lutym do 8,2 proc. we wrześniu oraz utrzymywanie się stopy bezrobocia na poziomie jednym z najniższych w UE "dowodzi słuszności obranej przez NBP strategii ograniczania inflacji". Tu również mały wtręt - oczywiście nie da się zaprzeczyć, że bardzo silne podwyżki stóp w latach 2021-2022 miały w różny sposób (kursowy, popytowy) wpływ na ograniczenie inflacji w Polsce. Jednocześnie nie można nie wspomnieć o czynnikach globalnych, o których Glapiński tak chętnie mówi jako przyczynach wzrostu inflacji, ale zapomina gdy temat schodzi o powody jej spadku. To choćby spadki dynamiki cen żywności i energii.
Ton polemicznego tekstu Glapińskiego i tak jest wyważony względem tego, na co prezes NBP pozwala sobie na konferencjach prasowych. W ostatnich miesiącach rozkochał się w porównaniach funeralnych.
Naszym zadaniem nie jest zamrozić gospodarkę na śmierć i wtedy inflacja będzie wynosić 0 proc. Jak na cmentarzu. Naszym zadaniem jest jak najszybciej dusić inflację przy zachowaniu życia gospodarki, bez bezrobocia
- przekonywał szef NBP we wrześniu. Osobom, które chciały większych podwyżek stóp, wytykał zaś, że "chcą złożyć gospodarkę w trumnie i cieszyć się, że nie gorączkuje".
Ludwik Kotecki jest członkiem Rady Polityki Pieniężnej od 2022 r. Został nominowany przez Senat, podobnie jak Przemysław Litwiniuk i Joanna Tyrowicz. Ta trójka tworzy w RPP niejako "opozycję" - akcentuje inne (bardziej jastrzębie, czyli nastawione na wyższe stopy) podejście do polityki pieniężnej. Prezes Glapiński między innymi podczas comiesięcznych konferencji prasowych nie kryje krytyki wobec nich. I oni w swoich publikacjach i wypowiedziach prasowych nie szczędzą Glapińskiemu i NBP cierpkich słów, akcentując swoje odmienne stanowiska, narzekając na brak dostępu do analiz i odsłaniając "kuchnię" posiedzeń RPP.
We wrześniu prezes Glapiński poinformował, że "kilka dochodzeń ABW ws. wycieku poufnych materiałów z NBP, zdjęć naszych dokumentów". Z kontekstu można było zrozumieć, że chodzi o działania "senackich" członków RPP. - Absolutnie nic się w tej sprawie nie dzieje. Gdyby chodziło o naruszenie tajemnicy państwowej należałoby domniemywać, że jednak ABW podejmie żwawsze działania - odpowiadała w TVN24 Joanna Tyrowicz.
***
Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu: