Patrząc na obecne kursy walutowe, strata NBP wyniesie w tym roku grubo ponad 20 mld zł
- powiedział we wtorek w "Rozmowie Piaseckiego" w TVN24 Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, a w przeszłości m.in. wiceminister finansów (w latach 2008-2012). Sam fakt straty - nawet w tak dużej skali - Narodowego Banku Polskiego nie jest skandalem ani dramatem. Banki centralne są instytucjami non-profit, których zadaniem nie jest wypracowanie zysku. Wynik finansowy banku centralnego zależy m.in. od poziomu stóp procentowych oraz kursu walut na koniec roku - te mają wpływ na wyceny aktywów rezerwowych NBP (m.in. rezerw walutowych). Zysk dla budżetu to w zasadzie wyłącznie dodatkowy benefit ich działalności, straty nie mają zaś w zasadzie żadnych konsekwencji. Tegoroczna strata będzie spowodowana wyraźnym umocnieniem się złotego względem głównych walut w 2023 roku. Diabeł tkwi jednak gdzie indziej.
Problemem jest fakt, że w sierpniu rząd Morawieckiego - konkretnie Ministerstwo Finansów kierowane jeszcze przez Magdalenę Rzeczkowską - wpisał do projektu budżetu na 2024 r. wpływ 6 miliardów złotych z tytułu wpłaty zysku NBP (zgodnie z ustawą o NBP 95 proc. zysku banku centralnego trafia do kasy państwa).
Co ważne, rząd miał na to "podkładkę" z banku centralnego. W uzasadnieniu projektu ustawy budżetowej resort finansów jasno napisał, że takie informacje pozyskał z NBP.
Minister Rzeczkowska wpisała do budżetu tych 6 mld zł na podstawie pisma, które otrzymała od prezesa NBP dokładnie 23 sierpnia
- poinformował we wtorek Ludwik Kotecki w TVN24.
Teraz okazuje się, że zamiast 6 mld zł, budżet nie zobaczy w 2024 r. z NBP ani grosza. Powstaje pytanie, dlaczego prezes NBP na kilka miesięcy przed końcem roku (wynik finansowy NBP zależy m.in. od kursu złotego na koniec roku) dał Ministerstwu Finansów pretekst, żeby założyło w przyszłorocznym budżecie wysoką wpłatę zysku z banku centralnego.
Jeżeli rzeczywiście Glapiński nie miał w sierpniu jakichkolwiek podstaw do formułowania oceny, że zysk NBP wyniesie 6 mld zł - a tak jest w tym piśmie wprost napisane - to jest to świadczenie nieprawdy przez urzędnika państwowego i jest to jakiś problem, jakiś zarzut
- ocenia w TVN24 Ludwik Kotecki z RPP.
Inną kontrowersją jest to, dlaczego resort finansów ten niepewny wpływ z NBP do budżetu wpisał (choć zaznaczał jednocześnie, że "wykonanie planowanego wyniku finansowego NBP obciążone jest dużą niepewnością"). Dobrą praktyką jest założenie w projekcie budżetu, że żadnej wpłaty z banku centralnego nie będzie - a jeśli ta jednak się jednak pojawi, to traktowanie jej jako miłego prezentu.
Wygląda jednak na to, że w obliczu planowanego bardzo wysokiego maksymalnego deficytu budżetowego w 2024 r. (ekipa Morawieckiego planowała, że sięgnie on blisko 165 mld zł) rząd postanowił sobie trochę ułatwić spięcie planu wydatkowego, zakładając jakiś zysk z banku centralnego. Tym bardziej - tu koło się zamyka - że dostał pod to "papier" od samego prezesa NBP.
Zwykle jest tak, że w sierpniu bank centralny nie chwali się zyskiem, bo on się może jeszcze bardzo zmienić. Gdy pracowałem w Ministerstwie Finansów, to zawsze było tak, że NBP pisał nam, że zysk będzie albo nie i najlepiej byłoby wpisać do projektu budżetu zero
- mówi Kotecki we wtorek w TVN24. Dodawał przy tym, że "6 mld zł to nie jest kwota, którą minister finansów może zignorować". - Myślę, że Ministerstwo Finansów bardzo chętnie przyjęło to pismo od prezesa NBP - stwierdził.
***
Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu: