Glapiński z nową mocą. Trybunał Konstytucyjny dał mu nietykalność [OPINIA]

Trybunał Konstytucyjny uznał w czwartek, że polskie przepisy w zakresie pociągnięcia prezesa Narodowego Banku Polskiego do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu są niezgodne z Konstytucją. To utrudnia koalicji rządzącej postawienie Glapińskiego przed tym organem. O ile nadal ma na to ochotę, a można podejrzewać, że jest ona jednak coraz mniejsza.
Baner na budynku NBP
Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Ustawa o Trybunale Stanu zakłada, że Sejm może podjąć uchwałę o pociągnięciu do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu prezesa Narodowego Banku Polskiego bezwzględną większością głosów (czyli po prostu "zwykłą większością", np. 231 przy 460 głosujących posłach). To inaczej niż w przypadku m.in. premiera czy ministrów, gdzie potrzebnych jest 3/5 ustawowej liczby posłów. Dodatkowo wystarczy sama taka uchwała, aby prezesa NBP zawiesić w czynnościach.

Zobacz wideo Glapiński przed Trybunałem Stanu? Grzegorz Schetyna: To wymaga wcześniejszego audytu

Tak jest obecnie, ale Trybunał Konstytucyjny właśnie nakazał naprawę tych przepisów, uznając je za niezgodne z Konstytucją (gdyż, zdaniem TK, nie gwarantują one niezależności NBP przed ingerencją zwykłej większości sejmowej). Trybunał zasugerował wręcz - choć było tu zdanie odrębne - że "właściwą" większością sejmową dla postawienia szefa NBP przed Trybunałem Stanu i zawieszeniem go w obowiązkach jest przynajmniej 3/5 ustawowej liczby posłów (czyli 276).

Sejm jest zobowiązany konstytucyjnie do powstrzymania się przed rozpatrzeniem każdorazowo złożonego wstępnego wniosku o pociągnięcie Prezesa Narodowego Banku Polskiego do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu, do czasu wykonania niniejszego wyroku w drodze ustawy

- poinstruował Trybunał Konstytucyjny. 

Trybunał Konstytucyjny zagradza drogę do zawieszenia Glapińskiego

Wyrok został wydany w związku z wnioskiem grupy posłów PiS. Ten był oczywiście motywowany próbą ochrony prezesa Narodowego Banku Polskiego przed postawieniem przed Trybunałem Stanu i zawieszeniem go w obowiązkach - co zapowiadała Koalicja Obywatelska przed wyborami. Wyrok TK - o ile oczywiście będzie respektowany - oznacza, że Sejm sam musiałby sobie podnieść poprzeczkę dla "dorwania" Glapińskiego z 231 posłów (przy założeniu pełnej frekwencji) do 276. Arytmetyka obecnego Sejmu jest taka, że koalicja rządząca dysponuje tylko 248 głosami. Do 276 szabel brakuje nie tylko Konfederacji i Kukiz'15, ale też choćby kilkorga posłów PiS. 

W tym miejscu należy uczciwie podkreślić ważną kwestię. Oczywiście jest jasne jak słońce, dlaczego posłowie PiS akurat teraz zainteresowali się ewentualną niezgodnością z Konstytucją ustawy o Trybunale Stanu w części dotyczącej prezesa NBP. Trudno było też spodziewać się innego wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Niemniej Europejski Bank Centralny już kilkukrotnie sugerował, że polskie przepisy gwarantują prezesowi NBP mniejszą niezależność niż Traktat o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej oraz Statut Europejskiego Systemu Banków Centralnych i Europejskiego Banku Centralnego. Kierownictwo NBP jasno odgrażało się, że ewentualna uchwała Sejmu dotycząca postawienia Glapińskiego przed Trybunałem Stanu, skutkująca zawieszeniem go w obowiązkach, zostałaby zaskarżona do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Takie rozwiązanie sugerowała też w grudniowym liście do Glapińskiego prezeska EBC Christine Lagarde. 

Tusk nadal chce postawić Glapińskiego przed Trybunałem Stanu?

Inna sprawa jest taka, czy koalicji rządzącej przypadkiem chęć postawienia Glapińskiego przed Trybunałem Stanu powoli nie wyparowuje z głów. Premier Tusk jest regularnie pytany o progres prac nad stosownym wnioskiem i nie sprawia wrażenia całkiem pewnego, że taki dokument kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. 

Będziemy podejmowali decyzje, gdy będziemy mieć stuprocentową pewność, że to nie naruszy polskich interesów. (...) Podejmiemy decyzje, nawet te najtwardsze, łącznie z postawieniem przed Trybunał Stanu pana Adama Glapińskiego tak szybko, jak to jest możliwe, ale w rygorach absolutnej pewności prawnej i politycznej, że nie przyniesie to szkód i że jest to uzasadnione

- mówił premier tydzień temu. Oczywiście, Tusk nadal nie szczędzi Glapińskiemu cierpkich słów (ot, ostatnio przekonywał, że szef NBP "nie chroni banku i polskiego pieniądza"), ale trudno to już nazwać pójściem na noże. Niemiecki dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisze nawet o "rozejmie" i "zawieszeniu broni" między rządem a NBP. 

Za co wyrzucić Glapińskiego z NBP i co z tego wyniknie?

Nie da się ukryć, że świat Tuska i bardzo wielu sympatyków rządzącej koalicji byłby lepszy bez Glapińskiego w NBP. Niemniej antypatia wobec niego oraz krytyka jego działań, słów i zaangażowania politycznego to jedno, ale pociągnięcie go do odpowiedzialności to drugie. Sprawa przypomina - przepraszam za porównanie - usuwanie zgniłego jaja. Jeden fałszywy ruch i można sobie narobić smrodu.

Po pierwsze, nie do końca wiadomo, za co prezes NBP miałby w zasadzie stanąć przed Trybunałem Stanu. Trwa zbiórka pomysłów i dowodów. Skup obligacji w pandemii jako niedozwolone finansowanie budżetu? Po pierwsze, prawne przesłanki ku temu są wątłe, bo literalnie Konstytucja tego nie zabrania. Po drugie, była to odpowiedzialność całego zarządu. W końcu po trzecie, niestandardowe działania NBP w 2020 r. wspierały rząd w okresie po wybuchu pandemii i były wówczas akceptowane ponadpartyjnie. Zarzuty dla prezesa czy zarządu banku centralnego miałyby zapewne skutki mrożące gdyby - odpukać - potrzebna podobnych ruchów zaszła w przyszłości.

To może wysoka inflacja? Nie żartujmy. Nawet gdyby roboczo przyjąć, że to częściowo efekt błędów NBP czy RPP, to były to błędy kolektywne i trudno mierzalne. Być może można byłoby Glapińskiemu "przyklepać" podnoszone w przestrzeni publicznej zarzuty blokowania członkom zarządu NBP i Rady Polityki Pieniężnej dostępu do dokumentów (jako złamanie ustawy o NBP). Warto też sprawdzać rolę Glapińskiego w aferze KNF z 2018 r.

Zapewne najprościej byłoby szefowi NBP zarzucić - pamiętając jego liczne wypowiedzi - że "prezes NBP nie może prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z godnością jego urzędu" (art. 227 pkt 4 Konstytucji RP). Glapiński wielokrotnie i na różne sposoby akceptował swoje poparcie dla PiS oraz bezpardonowo atakował polityków opozycji, w tym m.in. Donalda Tuska. To też budzi obawy, że dalsza prezesura Glapińskiego będzie służbą nie Polsce, ale jednej partii. 

Warto przy tym pamiętać, że po ewentualnym zawieszeniu Glapińskiego jego obowiązki przejęłaby jego pierwsza zastępczyni, Marta Kightley. Z kolei odwołanie prezesa NBP (w razie wyroku Trybunału Stanu) oraz wskazanie nowego należy do obowiązków prezydenta. Ekipie Tuska bardzo trudno byłoby "wsadzić" do NBP swojego człowieka.

Kolejna kwestia to ewentualne konsekwencje dla Polski. Chodzi zarówno o wskazany już wyżej konflikt z instytucjami unijnymi, które raczej stanęłyby po stronie niezależności NBP, jak i o - niesprecyzowane - konsekwencje rynkowe. Część ekonomistów straszy dużą deprecjacją złotego czy obniżkami ratingów Polski, inni tonują te reakcje. "Wysoce negatywnych skutków dla interesu gospodarczego Polski" bało się w grudniu sześcioro "trzymających" z Glapińskim członków Rady Polityki Pieniężnej.

Jeżeli mieliśmy do czynienia z łamaniem prawa, to taki wniosek byłyby zasadny. Na pewno nie powinien mieć jednak miejsca teatr polityczny

- powiedział miesiąc temu "opozycyjny" wobec Glapińskiego członek RPP Ludwik Kotecki, i to jest chyba dobre podsumowanie tej sprawy.

***

Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu:

Więcej o: