- Może się okazać, że gdy pojawi się tak duży popyt, NBP będzie musiał rozważyć skrócenie swojej pozycji w obligacjach covidowych i część tych papierów sprzedać na rynku, żeby ściągnąć nadwyżkę pieniądza - powiedział w wywiadzie, który ukaże się w lutowym wydaniu "Gazety Bankowej" prof. Ireneusz Dąbrowski, członek Rady Polityki Pieniężnej cytowany przez partnera wydawnictwa, portal wGospodarce.pl.
Narodowy Bank Polski ma obligacje covidowe o wartości 144 mld zł. Ich sprzedaż oznaczałaby, że rentowność obligacji Skarbu Państwa poszłaby w górę. A to z kolei mogłoby być dla rządu Donalda Tuska sporym problemem. "Jeżeli tak się stanie, rząd będzie miał kłopot, by się dalej zadłużać. Kwota brutto potrzeb pożyczkowych, obejmująca nie tylko emisje nowych papierów, ale także spłatę długów zapadających w tym roku, przekracza 449 mld zł" - możemy przeczytać w artykule. Tymczasem potrzeby pożyczkowe państwa są spore: w 2024 roku netto oszacowano je na 252,27 mld zł, a brutto to 449,03 mld zł. - Przedstawienie na rynek przez NBP obligacji skupionych w trakcie pandemii załamałoby polski sektor finansowy, więc NBP nie zamierza nic robić z tym portfelem - mówił jeszcze w połowie grudnia 2023 r. prezes NBP Adam Glapiński cytowany przez Business Insidera.
Wygląda na to, że NBP zamierza trzymać się tych słów Adama Glapińskiego, bo dziś bank centralny odniósł się do słów prof. Dąbrowskiego z RPP. "Nie ma na dziś w Narodowym Banku Polskim żadnej dyskusji dotyczącej przyspieszonej sprzedaży obligacji Skarbu Państwa. Opinie członków Rady Polityki Pieniężnej są opiniami członków Rady, nie zaś Zarządu Banku, który ma decydujący głos w tej sprawie" - czytamy w komunikacie rzecznika Narodowego Banku Polskiego opublikowanym na platformie X.
Jeśli chodzi o porównywanie długu do PKB, to w Polsce stosunek ten wynosi około 50 proc. Nasz kraj wpisał do konstytucji limit długu na poziomie 60 proc. Takich liczb oczekiwała Unia Europejska przed przystąpieniem Polski do Wspólnoty. - Konstytucyjny limit należałoby znieść, nie ma on żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Polska wprowadziła go jako pierwsza na świecie. To pozostałość naszego udowadniania na siłę jak bardzo nadajemy się do Unii Europejskiej i jak poważnie traktujemy arbitralne zasady przyjęte w Traktacie z Maastricht, a wynikające z przestarzałej już ekonomii początku lat 90. Nie ma powodu, by uważać, że zadłużenie na poziomie 80 czy 90 proc. ma gorsze skutki dla gospodarki niż takie na poziomie 50 czy 60 proc. Wiele krajów zachodnich przekracza zresztą znacząco te 60 proc. - mówił w rozmowie z Next.Gazeta.pl ekonomista i polityk Lewicy Maciej Szlinder.