Prowadzi darmowe lekcje na YT, skarbówka chce od niego milion złotych. "Przysyłali do mnie swoje dzieci"

Łukasz Jarosiński prowadzi na YouTube kanał, na którym uczy matematyki. To jego dodatkowa działalność obok indywidualnych lekcji. I choć jego nagrania są darmowe, to zgodnie z przepisami wpływają na formę opodatkowania. Fiskus teraz chce więc od pana Łukasza około miliona złotych.
Praca przy tablicy (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Wyborcza.pl

Gdy Łukasz Jarosiński zaczynał swoją działalność jako korepetytor matematyki w 2015 roku, konsultował się z prawnikiem w sprawie formy opodatkowania. - Zadzwonił na infolinię podatkową i pani powiedziała, że przy korepetycjach grupowych nie ma problemu, można stosować kartę podatkową. A ówczesne interpretacje podatkowe to potwierdzały - mówi Jarosiński w rozmowie z wyborcza.biz. Przepisy się jednak zmieniły, co wpędziło nauczyciela w kłopoty. Jego zdaniem skarbówka niesłusznie domaga się miliona złotych za działalność prowadzoną przed nowelizacją prawa. 

Cały tekst "Milion złotych podatku do dopłaty dla korepetytora. Bo prowadził darmowe zajęcia grupowe dla uczniów" przeczytasz na stronie wyborcza.biz

Zobacz wideo Korepetycje u tej matematyczki kosztują 200 zł. "Prowadzę legalny biznes, nie omijają mnie podatki"

Fiskus domaga się miliona złotych od nauczyciela, który prowadził darmowe korepetycje

Łukasz Jarosiński mówi, że co jakiś czas sprawdzał, czy przepisy się zmieniły, ale nic na to nie wskazywało. Dlatego też niezmiennie rozliczał się na karcie podatkowej. Urząd na to zezwalał i to świadomie. - Nawet pracownicy skarbówki przesyłali do mnie swoje dzieci na korepetycje. Doskonale wiedzieli, czym się zajmuję. Polecali moje usługi, również w mojej obecności - twierdzi pan Łukasz.

Problemy zaczęły się gdy pan Łukasz wysłał zapytanie o interpretację podatkową VAT, chcąc dowiedzieć się, czy jako nauczyciel może być zwolniony z tej daniny. Wówczas - jak mówi - "przeczesano go od stóp do głów, ewidentnie szukając jakiegoś powodu, by się doczepić". Rok po tym, w okolicach 2020 roku wezwał go fiskus. To o tyle ważne, że trwała już pandemia, w trakcie której na popularności zyskały korepetycje zdalne. Pan Łukasz podczas wizyty w skarbówce zgodnie z prawdą powiedział, że prowadzi płatne zajęcia indywidualne (które zgodnie z przepisami uprawniają go do rozliczania się na karcie podatkowej), ale także bezpłatne zajęcia grupowe, czyli kanał na YouTube "Szkoła Matematyki Łukasza Jarosińskiego".

Fiskus przeprowadził w tej sprawie śledztwo i orzekł, że forma opodatkowania była błędna. - Zdaniem urzędników przy karcie podatkowej nawet darmowe zajęcia grupowe nie mogą być prowadzone. Pierwsza myśl: może faktycznie popełniłem błąd. Pójdę, przeproszę, złożę jakąś korektę. Ale później się skontaktowałem z pierwszym, drugim, trzecim prawnikiem i okazało się, że sprawa nie jest taka prosta - relacjonuje Łukasz Jarosiński. 

Ministerstwo Finansów z niekorzystną interpretacją dla nauczycieli. Pan Łukasz uważa, że został potraktowany niesprawiedliwe

O interpretacje przepisów pan Łukasz zgłosił się razem z innymi korepetytorami, którzy prowadzą zajęcia grupowe (szczególnie w formie nagrań) do posłów. Chcieli dowiedzieć się, czy jeśli taka forma lekcji jest darmowym dodatkiem do lekcji indywidualnych, to wciąż mogą rozliczać się na karcie podatkowej? "Definicja udzielania lekcji na godziny wskazuje, że pomoc w nauce musi mieć indywidualny charakter. W definicji użyto bowiem słowa 'uczeń' w liczbie pojedynczej. Oznacza to, że prawo do karty podatkowej mają podatnicy, którzy świadczą usługę edukacyjną jednemu uczniowi" - odpisał Jan Sarnowski, ówczesny wiceminister finansów. Czyli zgodnie z rządową interpretacją, nauczyciele chcący rozliczać się na karcie podatkowej nie mogą prowadzić dodatkowych korepetycji grupowych nawet bezpłatnie. 

- Urząd podatek ściąga, jak widać, nie od przychodu, ale od głowy. Złożyliśmy z moim prawnikiem  pięć zapytań do pięciu różnych doktorów, profesorów językoznawstwa i wszystkie ich opinie są takie same - stwierdza Jarosiński. - Że użycie zwrotu 'praca z uczniem' nie oznacza, że chodzi o jednego ucznia. Przecież w kontekście szkoły mówi się o 'prawach i obowiązkach ucznia', a jednak nie widzimy w salach po jednym uczniu. Eksperci pokazali nawet, że skarbówka dała ogłoszenie, że szuka pracownika na pewne stanowisko. I ostatecznie zatrudniono trzech" - czytamy w wyborcza.biz. Ale sąd I instancji orzekł na tajnym posiedzeniu, że rację ma fiskus. Pan Łukasz mówi natomiast, że nie mógł uczestniczyć w rozprawie, ani się bronić, a sąd nie przyjął załączonych przez jego stronę ekspertyz. Teraz czekają więc na apelację. 

Łukasz Jarosiński spłacił około 400-500 tys. złotych, których chce od niego urząd. Jego pełnomocnik, mecenas Adam Gautier "argumentuje, że 'zasady dobrej legislacji wymagają m.in., aby przepisy powszechnie obowiązującego prawa formułować w sposób zrozumiały', a prawo zgodnie z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego 'nie może być pułapką dla obywateli'. A tego ich zdaniem zabrakło. 

Rozumiem, że zmienić się może sposób interpretacji przepisów. Ale urząd skarbowy zmienia interpretację i ma roszczenia pięć lat wstecz. Tak jakby już wtedy była ona zmieniona. To coś nieprawdopodobnego

- podsumowuje swoją sytuacje Łukasz Jarosiński. 

Wyborcz.biz. zgłosiła się do resortu finansów z pytaniami w tej sprawie. Portal w dniu publikacji artykułu 1 marca wciąż czekał na odpowiedź w tej sprawie. 

Więcej o: