Skarb wart 20 mld dolarów leży na dnie morza. Zaczął się wielki wyścig

Dominik Szczepański
O to, co zostało z galeonu ''San José'', od lat kłócą się ze sobą rządy, rdzenne społeczności i poszukiwacze skarbów. Wydobycie choć paru jego elementów może pomóc prezydentowi Kolumbii w reelekcji.
Skarb ''San Jose''
Ministerstwo Kultury Republiki Kolumbii

"San José" miał 64 działa, trzy maszty i był cudem epoki. W ostatnią podróż wyruszył w 1706 r. Dwa lata później na jego pokładzie Hiszpanie próbowali wywieźć z Ameryki Południowej złoto, srebro i klejnoty, którymi chcieli wspomóc wojnę o sukcesję w swoim kraju.

W czerwcu 1708 r. "San José" został zaatakowany przez brytyjską eksadrę i zatonął w pobliżu wyspy Barú (wówczas jeszcze półwyspu), po tym jak doszło do wybuchu w jego prochowni. Z 600 członków załogi uratowało się tylko 11. Scenę ataku na hiszpańską flotę uwiecznił na płótnie Samuel Scott.

''Wagner's Action' - obraz Samuela Scotta przedstawiający atak brytyjskiego szwadronu na hiszpańską flotę
''Wagner's Action' - obraz Samuela Scotta przedstawiający atak brytyjskiego szwadronu na hiszpańską flotęWikipedia/CC-BY-SA-3.0 and GFDL

Barú leży niedaleko Cartageny, wspaniałego kolumbijskiego portu nad Morzem Karaibskim, z którego w drugiej połowie XX wieku wyruszało wielu poszukiwaczy skarbów. Byli wśród nich członkowie grupy o nazwie Glocca Morra. Dziś przypisują sobie, że to oni jako pierwsi zlokalizowali wrak. Współrzędne przekazali na podstawie umowy rządowi Kolumbii w 1981 r. Od tego czasu toczą z nim batalię prawną - chcą obiecanej połowy skarbu, czyli 10 mld dolarów.

To jedna z najdłuższych sądowych telenowel w historii, która zaskakuje tym bardziej, że jej przedmiot spoczywa kilkaset metrów pod powierzchnią morza i nawet nie wiadomo, czy uda się go w ogóle wydobyć.

Długa kolejka po skarb

Sprawy przyspieszyły w 2015 r., kiedy rząd Kolumbii ogłosił, że odnalazł wrak "San José". Poszukiwacze skarbów (dziś już pod nazwą Sea Search Armada) twierdzą, że współrzędne praktycznie pokrywają się z miejscem, które wskazali kilkadziesiąt lat wcześniej - mogą różnić się zaledwie o milę czy dwie.

Do gry o pieniądze włączyli się też inni. Rząd Hiszpanii twierdzi, że skarb należy do niego, bo płynął na ich statku i wiózł dobra z ziem, które należały wówczas do hiszpańskiego imperium. Złota chcą też rdzenne grupy mieszkańców Boliwii, bo, jak mówią, to ich przodkowie wydobywali dla Hiszpanów cenne kruszce.

Sprawa własności skarbu będzie zapewne ciągnąć się jeszcze długo po jego wydobyciu, o ile w ogóle uda się to zrobić. W kwietniu odbędzie się pierwsza próba.

Na sukcesie bardzo zależy prezydentowi Kolumbii Gustavo Petrowi. Zlecił on ministrowi kultury stworzenie państwowo-prywatnego partnerstwa, zapewne czegoś w rodzaju spółki, która byłaby odpowiedzialna za wydobycie chociaż części wraku do 2026 r., kiedy to Petro będzie starał się o reelekcję. Na początek przeznaczył na ten cel 7 mln dolarów.

Wrak "San José" mógłby stać się symbolem sprawczości jego rządów. Sprawczości, którą obiecał obywatelom kraju przez lata łupionego przez siły zewnętrzne w postaci międzynarodowych korporacji, i wewnętrzne - reprezentowane przez niezliczone grupy partyzanckie.

- Przez wiele lat galeon był postrzegany jako skarb. Chcemy to zmienić. Nie myślimy więc o skarbie, a o tym jak uzyskać dostęp do informacji historycznych i archeologicznych - powiedziała "Guardianowi" Alhena Caicedo, dyrektorka Kolumbijskiego Instytutu Antropologii i Historii.

Armaty ''San Jose'' znalezione na dnie Morza Karaibskiego
Armaty ''San Jose'' znalezione na dnie Morza KaraibskiegoMinisterstwo Kultury Republiki Kolumbii

Trudno jednak nie myśleć o skarbie. Szacuje się, że to, co spoczywa na dnie niedaleko Cartageny, może być warte nawet 20 mld dolarów. Niektórzy twierdzą, że liczby są mocno przeszacowane, bo w zasadzie nie wiadomo, co znajdowało się na pokładzie. Wiadomo natomiast, co przewoził "San Joaquín", brat bliźniak "San José". Wśród różnych dóbr załadowanych na ten okręt znajdowało się m.in. 17 tysięcy monet. Na "San Jose" samego złota ma być podobno 200 ton.

Może nie jest wcale tak głęboko?

Wydobycie wraku to kosztowna operacja. Dlatego Kolumbia ogłosiła, że chętnie sprzeda część przyszłych zysków ze skarbu. Wtedy jednak sprzeciw wniosło UNESCO i sądy krajowe podmiotów zainteresowanych ładunkiem.

Zespół Caicedo ma nadzieję wydobyć pozostałości okrętu i umieścić je w specjalnie zbudowanym w tym celu muzeum.

To będzie jednak szalenie trudne. Do tej pory udało się to z zaledwie kilkoma wrakami wielkości "San José". Ale żaden z nich nie został wyciągnięty z ciepłych, tropikalnych wód. - W pewien sposób jesteśmy pionierami - przyznaje Caicedo.

Współrzędne wraku są tajemnicą państwową, ale rząd Kolumbii podzielił się kilkoma zdjęciami. Z przekazanych informacji wynika, że "San José" leży 600 metrów pod poziomem morza. Na taką głębokość się nie nurkuje. Zdjęcia, filmy i podwodne mapy mają wykonać roboty podwodne.

Niektórzy, jak Ricardo Borrero, archeolog morski z Bogoty, uważają, że "San José" powinien tam zostać. - Wrak osiągnął równowagę ze środowiskiem. Jego pozostałości od 300 lat są pod wpływem specyficznych warunków i nie ma dla nich lepszego miejsca - mówi Borrero w rozmowie z "New York Times".

Na podstawie zdjęć opublikowanych przez kolumbijski rząd, Borrero stwierdził, że dociera tam światło i możliwa jest fotosynteza, a wrak stał się ostoją podwodnego życia. - Światło jest wskazówką, że wrak wcale nie jest tak głęboko, jak mówią - ocenia kolumbijski nurek i szacuje, że "San José" może leżeć o wiele bliżej poziomu morza, być może nawet na 200 metrach.

Mary Rose

To wciąż bardzo głęboko. Czy możliwe jest wydobycie statku z takiego miejsca?

Media przywołują historię "Mary Rose", flagowego okrętu floty Henryka VIII, który zatonął w trakcie bitwy z Francuzami niedaleko wybrzeży Portsmouth. Do chwili wydobycia, podobnie jak "San José", przeleżał na dnie prawie 300 lat. W końcu w 1982 r. udało się wyciągnąć to, co z niego zostało. Kadłub okrętu znajduje się dziś w muzeum, którego wybudowanie kosztowało 45 mln dolarów.

- "San José" to bardzo, bardzo wyjątkowy statek. Można go porównać do "Mary Rose", ponieważ pływał w szczytowym momencie rozkwitu hiszpańskiej technologii budowy statków - powiedziała "Guardianowi" Ann Coats z Uniwersytetu w Portsmouth.

Różnice są jednak ogromne. "Mary Rose" zatonęła w zimnych wodach przybrzeżnych Anglii (zaledwie 11 metrów pod powierzchnią!), natomiast "San José" spoczywa o wiele głębiej, w wodach tropikalnych. Temperatura może być dla wraku bardzo szkodliwa.

Wydobycie kadłuba 'Mary Rose'
Wydobycie kadłuba 'Mary Rose'Wikipedia/The Mary Rose Trust/CC BY-SA 3.0

- Nie mamy też pojęcia, jak szczątki wraku zareagują, gdy wejdą w kontakt z tlenem - mówi Alhena Caicedo, dyrektorka Kolumbijskiego Instytutu Antropologii i Historii.

Alex Hildred, szef projektu badawczego "Mary Rose" tłumaczy, że na końcowy efekt próby wydobycia "San José" złoży się wiele czynników: prądy morskie, temperatura wody, rodzaj mułu, w którym zanurzony jest wrak, sposób, w który 64 brązowe armaty opadły na dno, a nawet to, jakie zwierzęta dziś tam żyją.

- Pamiętajmy, że "San José" był również podpalony - mówi Hildred. - Wydobycie statku i stworzenie dla niego muzeum będzie niezwykle wymagające i kosztowne. A potem każdy będzie chciał jakiś jego kawałek. To koszmar.

 - Pieniądze zawsze napędzały historię "San José". Byłoby miło, gdyby choć raz było inaczej i gdyby udało się nawiązać współpracę, aby właściwie przestudiować jego wrak - mówi Ann Coats, która zajmuje się dziedzictwem morskim na Uniwersytecie w Portsmouth.

Dominik Szczepański
Więcej o: