Współpracownik byłego prezydenta USA Donalda Trumpa stwierdził, że państwa przyfrontowe w Europie Wschodniej powinny wydawać ok. 10 proc. PKB na obronność, aby odeprzeć ewentualny atak Rosji. To nie wszystko. Z jego ust padły bowiem także znamienne słowa.
W rozmowie z Politico dodał jednocześnie: "Europa Wschodnia powinna oczekiwać mniej od Stanów Zjednoczonych, jeśli Donald Trump wygra wybory prezydenckie". Tak sytuację ocenił Elbridge Colby, były zastępca asystenta sekretarza obrony w pierwszej administracji Trumpa. W 2006 r. członkowie NATO zgodzili się na przeznaczanie rocznie 2 proc. krajowego PKB na obronność. Problem jednak w tym, że są kraje, które wciąż jeszcze nie osiągają tego pułapu. A były współpracownik Donalda Trumpa mówi wprost, że jeśli powróci on do Białego Domu, to kraje wschodniej flanki i nie tylko będą musiały wydawać znacznie więcej niż 2 proc. PKB.
Stany Zjednoczone zobowiązały się przyjść z pomocą krajom NATO, które zostały zaatakowane. To nie to samo, co powiedzenie, że powinniśmy rzucić całą naszą armię na wschodnią flankę
- powiedział Elbridge Colby. - Nie sądzę, żeby to, że Litwa wydaje 3 proc. PKB, było imponujące, Estonia wydaje 3 proc. Gdybym był na ich miejscu, wydałbym 10 proc., jeśli poważnie traktują to, jak groźni są Rosjanie. Europejczycy muszą wzmacniać swoje wojska tak szybko, jak to tylko możliwe - dodał. Jego zdaniem Stany Zjednoczone powinny skupić się bardziej na Azji, Tajwanie, a nie Europie.
Przypomnijmy, że kilka miesięcy temu Donald Trump zszokował świat podczas swojego wystąpienia na wiecu wyborczym w Karolinie Południowej. Zakwestionował wówczas artykuł 5 NATO mówiący o zasadzie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego i nakazujący kolektywną obronę. Ujawnił też, że groził europejskim sojusznikom, iż w razie zaległości w wydatkach wojskowych USA nie tylko nie staną w ich obronie, ale nawet zachęcą Rosję do ataku. - Jeden z prezydentów dużego kraju zapytał, czy jak nie zapłacą, a zostaną zaatakowani przez Rosję, to ich obronię. Odpowiedziałem mu: nie zapłacicie swoich zaległości, to nie będę was bronił. W rzeczywistości zachęcałbym Rosję, żeby zrobili z wami, co zechcą. Musicie zapłacić swoje rachunki - stwierdził Trump.
Tymczasem w Waszyngtonie rusza szczyt NATO. Zza oceanu dobiegają wieści, że administracja Joe Bidena nie poprze propozycji określenia nowego minimum wydatków obronnych w ramach NATO na poziomie 3 proc. PKB. Postulat taki ma zgłosić prezydent Andrzej Duda. Rzecznik ds. bezpieczeństwa narodowego Białego Domu John Kirby uciął spekulacje na temat możliwego podniesienia progu wydatków obronnych. - Prezydent Biden nie zamierza wyznaczać nowej poprzeczki wydatków na obronę na szczycie. Naszym celem jest podkreślenie, że większość krajów osiągnęła poziom 2 proc. ale również wskazać, że niektóre kraje mają jeszcze pracę do wykonania - powiedział Kirby.
Polska jest zdecydowanym liderem wśród krajów Unii Europejskiej i NATO jeśli chodzi o wydatki na obronność - aktualnie wydajemy już na ten cel ponad 4 proc. PKB. Jednak jeśli np. chodzi Niemcy, to jest to już tylko 1,6 proc. PKB - podaje "Deutsche Welle". By osiągnąć pułap wymagany przez NATO, kraj musiałby wydać na zbrojenia dodatkowe 150 mld euro. W przypadku Włoch (1,46 proc. PKB) wymagałoby to zwiększenia nakładów o 55 mld euro. Hiszpania (1,26 proc.) musiałaby dołożyć dodatkowe 48 mld euro, a Francja (1,9 proc.) - 17 mld euro. Z danych za 2023 r. wynika, że tylko 11 państw NATO spełniało 2 proc. pułap wydatków na armie. USA na obronność w zeszłym roku wydawały 3,49 proc. PKB, a na kolejnym miejscu znalazła się Grecja z wynikiem 3,01 proc. Próg 2 proc. PKB przekraczają jeszcze: Estonia, Litwa, Finlandia, Rumunia, Węgry, Łotwa, Wielka Brytania i Słowacja. Tymczasem w maju Władimir Putin zapowiedział, że wydatki Rosji "na obronę i bezpieczeństwo" mają osiągnąć poziom 8,7 proc. PKB "lub więcej".