W trakcie przygotowań pokazów z okazji 30-lecia Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej jeden z samolotów M-346 "Bielik" rozbił się na lotnisku w Gdyni-Kosakowie. Lecący nim pilot major Robert Jeł nie podjął próby katapultowania się. Zginął na miejscu. Pilot Piotr Czuban, który był gościem TVN24, przyznał, że jego śmierć wstrząsnęła całym środowiskiem lotniczym.
Piotr Czuban przyznaje, że najczęściej powodem takich wypadków jest czynnik ludzki. - Ten samolot przemieszczał się z prędkościami rzędu 50-70 metrów na sekundę, zatem te pół pętli tuż przed ziemią to były dosłownie ułamki sekund na decyzję. To mogła być bardzo delikatnie spóźniona reakcja na pociągnięcie za uszy fotela wyrzucanego, ale mogło to też być na przykład lekkie zamroczenie wynikające z dużego przeciążenia - powiedział.
Czuban podkreślił, że przeciążenie w takich sytuacjach jest tak duże, że krew z głowy odpływa pilotowi w stronę nóg. Według eksperta przeciążenie mogło doprowadzić do chwilowej utraty świadomości, która mogła trwać nawet sekundę, co ostatecznie zadecydowałoby o tragedii. Dodał, że być może w kokpicie wystąpił problem i "coś się zablokowało".
- Prawdopodobnie zabrakło mu tego lotniczego szczęścia, które było potrzebne przez ułamek sekundy - mówił Piotr Czuban o pilocie M-346 "Bielik". - Mogło być tak, że pilot cały czas liczył na to, że wyprowadzi samolot, bo znał swoje umiejętności. Ułamek sekundy, niestety, decyduje czasem o takich sytuacjach, że jednak zabrakło tak 10-15-20 metrów - dodawał. Na miejscu przyczyny katastrofy badają Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych i prokuratura wojskowa oraz Żandarmeria Wojskowa. Oficjalnie wciąż nie wiadomo, dlaczego doszło do tragedii.