Za dopłaty dla pszczelarzy odpowiada Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). Refundacja dla osób powyżej 40. roku życia sięga do 60 proc. kwoty netto. Natomiast, jak wskazuje w rozmowie z Wirtualną Polską Hanna Idziorek, prezeska rejonowego koła pszczelarzy w Białymstoku, w umowach zazwyczaj pojawia się kwota 20 proc., a na przyczepki zazwyczaj nie przekracza 10 proc. Jeden z bartników podaje przykład: kupił wózek do przewożenia uli za 8 tys. zł, a zwrot ma wynieść 150 zł.
- W tym roku pszczelarze są bardzo rozżaleni, ponieważ są bardzo małe dopłaty do sprzętów i środków transportu do przewozu uli. To są śmieszne dopłaty i jakieś nieporozumienie - mówi Hanna Idziorek. Pszczelarze przekonują, że prowadzenie pasiek w Polsce jest coraz mniej opłacalne. - Likwiduję pasiekę. Mam już dość dokładania do tego interesu - mówi jeden z nich. Jak podaje WP, na jednym z portali internetowych widnieje ponad 60 ogłoszeń dotyczących sprzedaży rodzin pszczelich. Innym problemem jest słaba sprzedaż polskiego miodu. Tymczasem polscy pszczelarze zwracają uwagę na wysokie koszty prowadzenia pasieki. Do tego nie wiadomo, jakie będą dotacje na leki dla pszczół.
Jeden z pszczelarzy mówi, że na leki bez dotacji dla swojej pasieki musiałaby wydać co najmniej 1,5 tys. zł na cały roczny sezon, a do tego trzeba doliczyć suplementy. Pszczelarze uważają, że rynek jest też psuty przez napływ miodu głównie z Ukrainy czy Chin. Nazywają te produkty "miodem technicznym". Jak podkreśla dr Tomasz Białas, dyrektor Biura Strategii i Kontroli Wewnętrznej w Głównym Inspektoracie Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, takie pojęcie nie funkcjonuje w przepisach.
Inne spojrzenie na całą sprawę niż polscy pszczelarze ma tymczasem Polska Izba Miodu. "W ciągu ostatnich 10 lat liczba pszczelarzy w Polsce wzrosła niemal dwukrotnie - z 58 tysięcy w 2014 roku do prawie 100 tysięcy w 2024 roku. Procentowy przyrost liczby rodzin pszczelich wyniósł niemal 70 proc. (z 1 386 tysięcy w 2014 roku do 2 350 tysięcy w 2024 roku). Niestety, nie przekłada się to na zwiększenie produkcji miodu, da się za to zauważyć rosnący problem związany z chorobami pszczół, co komunikują sami hodowcy" - podkreśla Izba.
Przetwórcy miodu podają, że Polsce jest prawie tyle samo rodzin pszczelich co w 30-krotnie większych Stanach Zjednoczonych. - To pokazuje skalę przepszczelenia (oficjalny pszczelarski termin - red.) w naszym kraju - mówi Przemysław Rujna Sekretarz Generalny Stowarzyszenia Polska Izba Miodu. "Liczba pszczół od lat rośnie, ale produkcja krajowego miodu spada. Dlatego polski rynek spożywczy potrzebuje importowanego miodu, by zaspokoić popyt, ale także po to, by dalej rozwijać branżę miodową" - twierdzi Polska Izba Miodu w komunikacie. I dodaje, że nim krajowa produkcja nadąży za popytem, "polscy przetwórcy wykorzystują miód sprowadzany z zagranicy, blendują go z surowcem krajowym i w ten sposób zaspokajają zapotrzebowanie konsumentów, nie windując jednocześnie cen finalnego produktu".
"Międzynarodowy miód w żadnej mierze nie jest gorszej jakości, a już na pewno nie zasługuje na miano 'miodu technicznego'" - ocenia Izba. Według szacunków przetwórców miodu mieszanki stanowią około 70 proc. produktów dostępnych w polskich sklepach, "jednak nadal ich istotnym elementem jest miód pochodzący z krajowych pasiek". Polska Izba Miodu podkreśla przy tym, że miody importowane do Unii Europejskiej, w tym do Polski, muszą przejść rygorystyczne badania jakościowe.
Informacje o "przepszczeleniu" w Polsce mogą wydawać się dziwne, bo media - także Gazeta.pl - od lat informują o problemach tych owadów i zagrożeniu wyginięciem. Nie ma tu jednak sprzeczności, a wręcz przeciwnie - bezpośredni związek.
Bo pszczoła miodna, którą trzymamy w ulach i od której czerpiemy miód, to tylko jeden z gatunków pszczoły. Tymczasem w Polsce żyje co najmniej 470 różnych gatunków dzikich pszczół (a na świecie jest ich nawet 20 tysięcy!). Niektórzy przyrodnicy mówią, że pszczoła miodna tak ma się do reszty pszczół, jak kury na fermie do dzikich ptaków. Porównanie jest może nieco radykalne, bo pszczoły miodne nie żyją w zamknięciu i także mają swoją rolę w środowisku jako zapylacze.
Zaś dzikie pszczoły jak najbardziej są zagrożone z powodu naszej działalności, jak stosowanie pestycydów. Co więcej, zagraża im także… nadmiar pszczół hodowlanych. Bo mogą konkurować ze sobą o te same, ograniczone zasoby pożywienia. Fundacja Kwietna informowała w tym roku, że w Warszawie tak szybko przybywa uli, że w stolicy może żyć już nawet 325 milionów pszczół miodnych. Ich zdaniem to nawet kilka razy za dużo, bo mieszkające w ulach pszczoły konkurują z tymi dzikimi i mogą je wypierać. W ten sposób firmy czy instytucje stawiające swoje ule mogą wręcz szkodzić przyrodzie - co fundacja nazywa "beewashingiem". Chociaż pszczoły miodne także są zapylaczami, to różne gatunki odgrywają różne role w ekosystemie (niektóre gatunki owadów ewolucja "dopasowała" do konkretnych gatunków kwiatów). Jeśli zbraknie dzikich pszczół, to wpłynie na powiązane z nimi gatunki roślin czy zwierząt.