Takiej sytuacji jeszcze nie było. Volkswagen rozważa zamknięcie swoich dwóch niemieckich fabryk, pierwszy raz w 87-letniej historii firmy. Do tego zarząd chciałby rozwiązać umowę o ochronie zatrudnienia ze związkami zawodowymi, obowiązującą od 1994 roku. Znamienne też jest, że według analityków na celowniku są między innymi zakłady w Dreźnie w Saksonii - gdzie kilka dni temu odbyły się wybory lokalne (druga lokalizacja to Osnabrueck w Dolnej Saksonii). Volkswagen to jeden z największych producentów samochodów na świecie, zatrudniający około 680 000 osób. To coś więcej, niż jedna z wielu historii o kłopotach dużej firmy i konieczności zwolnień. Bo Volkswagen dla Niemiec jest wyjątkowy.
To zaskoczenie i spory szok. Zwłaszcza w kontekście kondycji niemieckiej gospodarki. Ta gospodarka nie dość, że tkwi w stagnacji, to nie widać miejsca, z którego Niemcy mogłyby się odbić, tego, co mogłoby stać się napędem. Na razie nie ma światełka w tunelu
- komentuje dla Next.gazeta.pl dr Konrad Popławski z Ośrodka Studiów Wschodnich.
Ta gospodarka w drugim kwartale tego roku się skurczyła o 0,1 proc. w ujęciu kwartał do kwartału (w ujęciu rocznym wzrosła o 0,3 proc.). To wznowiło obawy o kolejną recesję - techniczną recesję wyznaczają dwa kolejne kwartały spadku PKB, jeden już jest. Instytut Ifo obniżył właśnie swoją prognozę na cały rok i teraz spodziewa się zerowego wzrostu - gospodarczej stagnacji (wcześniej zakładał delikatne zwiększenie PKB). "Gospodarka Niemiec utknęła i huśta się w stagnacji, podczas gdy inne kraje odczuwają wzrost" - powiedział Timo Wollmershaeuser, szef badań ekonomicznych w Ifo. Sytuacja Volkswagena idealnie się w te nastroje wpisuje.
- Szok jest tym większy, że to nie tak miało wyglądać - zauważa Konrad Popławski. - Niemcy miały czerpać z globalizacji pełnymi garściami, zalewać świat swoimi świetnymi samochodami świetnej jakości. Owszem, budować fabryki za granicą, ale tylko słabszych modeli, komponentów i części, ewentualnie montownie. Najcenniejsza produkcja, silników, skrzyni biegów, miała zostać na miejscu i Niemcy miały się bogacić podwójnie: mieć lukratywne miejsca pracy, zachowywać kontrolę nad technologią i jeszcze czerpać dywidendy z oddziałów za granicą. Tyle że ten model zaczyna się wywracać. Symptomy tego widzimy już od dawna, pierwszy sygnał wysłała afera dieslowa z 2015 roku - przypomina ekspert.
W poniedziałek, kiedy firma ogłaszała swoje plany, jej prezes Oliver Blume podkreślał, że mają one związek z bardzo trudną sytuacją przemysłu motoryzacyjnego w Europie, w którego uderzyła mocno m.in. konkurencja z Azji. "Mamy jeszcze rok, może dwa lata, żeby odwrócić sytuację. Ale musimy wykorzystać ten czas" - tak z kolei mówił w środę członek zarządu ds. finansowych VW Arno Antlitz podczas spotkania ze związkowcami. Do przyczyn kłopotów dorzucał skurczenie się europejskiego rynku - przed pandemią na kontynencie sprzedawano 16 mln samochodów rocznie, teraz to 14 mln.
To tylko część prawdy. Owszem, jest tak, że w Europie mamy pełzający kryzys, co przekłada się na decyzje konsumentów. Ale to wynika też częściowo z błędów niemieckich, bo wysokie ceny energii to też efekt grania na Nord Stream 2
- zauważa Konrad Popławski. Do tego dochodzi chińska strona tego medalu. Volkswagen dawno temu mocno postawił na Chiny - i nie tylko on. Niemieckie koncerny motoryzacyjne w szczytowym momencie miały blisko jedną czwartą udziału w chińskim rynku. Tyle że Chińczycy sami zaczęli ten sektor budować, tyle że postawili od razu na elektromobilność - i to był dla nich strzał w dziesiątkę. Elektromobilność oznacza pozywanie się z samochodów komponentów, z których Niemcy słynęli, a kluczowa staje się bateria. Niemcy nie mają tutaj dużych kompetencji, zresztą jak cała Europa. - Volkswagen długo liczył na silniki konwencjonalne, był też trochę zakładnikiem dobrych wyników, co nie motywowało do wprowadzenia rewolucji. Przy czym VW się tej rewolucji boi, bo wymagałaby wymyślenia koncernu na nowo. Zerwania wieloletnich powiązań z poddostawcami, nieraz firmami rodzinnymi. Trzeba by było ją przeprowadzić, wiedząc, że Niemcy nie mają wielu silnych atutów. Oprócz marek, ale w dzisiejszych czasach konsument jest coraz mniej lojalny - zauważa analityk OSW.
Historia Volkswagena jest ciekawa i ważna, że ta firma jak żadna inna jest symbolem niemieckiej gospodarki, a obecnie kłopotów, które ją trapią. A nawet dużo więcej.
To jest jeden z filarów niemieckiej gospodarki, która się opiera na branży chemicznej, motoryzacyjnej i maszynowej. Tylko że chemiczna i maszynowa też tworzą produkty na rzecz motoryzacyjnej, która jest perłą w koronie Niemiec. Dlatego jej sytuacja determinuje sytuację całej gospodarki niemieckiej. Inaczej: motoryzacja to barometr niemieckiej gospodarki
- mówi Popławski.
I ta branża wpływa też na kondycję całego przemysłu, który nie jest w najlepszym stanie. - Słabość niemieckiego przemysłu widać dobrze po indeksach giełdowych. Główny DAX idzie do góry, ale MDAX jest już na minusie. A to dlatego, że w DAX mamy 40 gigantów, którzy w dużym stopniu robią interesy z zagranicą. MDAX to średniaki działające głównie w Niemczech. Ci, którzy są międzynarodowo usieciowieni, rosną, ci z rynku krajowego radzą sobie gorzej na giełdzie - mówi Next.gazeta.pl Bartosz Dudek, redaktor naczelny Sekcji Polskiej Deutsche Welle.
Niemcy to analogowy kraj w cyfrowym świecie. Dosłownie, bo jednym z problemów tej gospodarki - przypomnijmy, największej w Europie i jednej z największych na świecie - jest bardzo niski poziom cyfryzacji. Brakuje też inwestycji, w innowacyjność, w infrastrukturę, według Popławskiego "Niemcy przejadają od lat swój sukces". Ale to nie wszystkie problemy.
I tutaj pojawia się wątek niedawnych wyborów lokalnych w dwóch landach - Turyngii i Saksonii. Były one znamienne z kilku powodów. Po pierwsze, skrajna prawica, AfD po raz pierwszy od końca II wojny światowej zdobyła przewagę - w obu landach po ponad 30 proc. głosów, przy czym w Turyngii znalazła się na pierwszym miejscu, a w Saksonii wyprzedziła ją tylko CDU. Po drugie, inna populistyczna partia, tym razem lewicowy, niedawno utworzony Sojusz Sahry Wagenknecht, miała dwucyfrowy wynik - jako wyborczy debiutant. Po trzecie, koalicjanci rządu federalnego zaliczyli najgorszy wyborczy rezultat w historii. Do tego za chwilę (22 września) odbędą się lokalne wybory w graniczącej z Polską Brandenburgii i tam też w sondażach AfD wysuwa się na pierwsze miejsce.
Głównymi tematami kampanii były wojna w Ukrainie oraz migracja - temat często chętnie podchwytywany przez populistyczne siły. Tym razem tuż przed wyborami zagadnienie to zostało wzmocnione przez tragiczny atak w Solingen (to zachód Niemiec). Mimo że rząd Olafa Scholza szybko zareagował, wprowadzając ograniczające zmiany w prawie, nie bardzo wsparło to popularność jego gabinetu.
Wspomniane czynniki były najbardziej medialnie rozgrywane, ale sytuacja ekonomiczna i społeczna także była jednym ze źródeł sukcesu AfD.
- W Turyngii i Saksonii PKB się kurczy. W Brandenburgii jest inaczej, i tam choć AfD ma według sondaży szansę na pierwsze miejsce - około 25 proc. poparcia, to rządząca SPD może liczyć na około 20 proc. a CDU na około 19 proc. To będzie już trochę inna układanka koalicyjna - mówi Bartosz Dudek z Deutsche Welle. Jego zdaniem, najważniejsza tutaj jest psychologia
Niemcy we wschodnich landach nadal się czują obywatelami drugiej kategorii. Rzeczywiście jest tak, że w zarządach przedsiębiorstw czy na stanowiskach kierowniczych na uczelniach odsetek osób ze wschodu jest znikomy. Biorąc pod uwagę, że wschodnie landy to około 13 mln ludności, czyli blisko 1/6 całej populacji Niemiec, to mieszkańcy tych terenów są niedoreprezentowani. To przyczyny frustracji mieszkańców wschodnich Niemiec. Z badań wiemy, że tylko 1/4 głosujących na AfD to radykałowie, skrajni prawicowcy. Większość to ludzie, którzy najwidoczniej chcą w ten sposób pokazać, że nie podoba się im, w jaki sposób partie głównego nurtu ich traktują
- zauważa. Dodaje, że choć to w zachodnich landach mieszka więcej uchodźców, resentymenty na wschodzie są o wiele silniejsze. I to jest polityczne złoto populistów wszelkiej maści. - Niemcy wschodni uważają, że rząd w Berlinie bardziej się troszczy socjalnie o przybyszów z dalekich krajów zamiast o własnych obywateli - mówi.
Te wybory to czerwona, a w zasadzie brunatna kartka dla rządu Olafa Scholza. SPD ledwo ledwo weszła do lantagów, liberalna FDP, koalicjant współrządzący Niemcami, w ogóle nie wszedł, Zieloni weszli tylko w Saksonii i to też ledwo-ledwo. To mówi samo za siebie. To jest absolutna katastrofa
- ocenia Dudek. Oczywiście, to tylko dwa landy, wynik wyborów na szczeblu federalnym będzie zupełnie inny. Niemniej dla rządzącej koalicji to sygnał bardzo złej oceny.
Na tym tle wraca określenie Niemiec jako "chorego człowieka Europy". Według eksperta OSW jest ono uzasadnione.
Problemy tej gospodarki są bardzo głębokie i są efektem wieloletnich zaniedbań. Pytanie, czy znajdzie się odważny lider polityczny, który będzie potrafił tymi krajem potrząsnąć. Mi się wydaje, że na razie będzie to zmierzać w kierunku kilkuletniego marazmu i być może z tego marazmu narodzi się siła, która będzie gotowa do odświeżenia niemieckiej gospodarki. Oby to nie była zbyt radykalna siła
- podsumowuje Konrad Popławski.