Rząd może wprowadzić ceny urzędowe na niektóre produkty. - Dostałem dramatyczną informację, że w Kłodzku to, co jest najbardziej potrzebne, jest wyraźnie droższe niż przed powodzią. Uprzedzam wszystkich, którzy spekulują czy usiłują zarobić na powodzi i tragedii ludzkiej: mamy narzędzia prawne związane ze stanami nadzwyczajnymi, których użyjemy, by przymusić do powrotu do cen sprzed powodzi - mówił w środę premier Donald Tusk podczas posiedzenia sztabu kryzysowego we Wrocławiu.
Na zapowiedź szefa rządu zareagowała Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji (POHiD), której członkami są największe sieci handlowe, w tym Auchan, Biedronka, Ikea, Lidl, Leroy Merlin, Obi i Pepco. "W obliczu powodzi sieci handlowe podjęły szereg działań na rzecz osób poszkodowanych skutkami klęski żywiołowej. Placówki handlowe utrzymują pełne stany magazynowe, aby na bieżąco dostarczać produkty najpilniejszej potrzeby i zapewnić ciągłość dostaw" - przekazała organizacja w mediach społecznościowych.
"Firmy podjęły decyzję o czasowym zamrożeniu cen na najbardziej poszukiwane produkty. Ceny te nie ulegną podwyższeniu, a wiele produktów jest oferowanych po cenach promocyjnych" - czytamy.
Z kolei w piątkowym komunikacie POHiD powiadomiła, że międzynarodowe sieci handlowe zrzeszone w Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji podjęły szereg działań na rzecz osób poszkodowanych skutkami klęski żywiołowej. Wsparcie otrzymują mieszkańcy oraz pracownicy zamieszkujący tereny powodziowe. "Sklepy dysponują specjalnym budżetem pomocowym na doraźną pomoc w swojej okolicy. Pieniądze są przeznaczone na zakup materiałów potrzebnych do usuwania skutków klęski żywiołowej" - przekazała organizacja.
Ekonomista Sławomir Dudek wyjaśnił, że ewentualne wprowadzenie cen regulowanych na niektóre produkty na terenach powodziowych jest legalne (art. 20 ustawy o stanie klęski żywiołowej), ale w jego ocenie może okazać się nieskuteczne. "Istnieje ryzyko, że niektórych towarów zabraknie, bo regulowana cena ograniczy podaż. Musimy też pamiętać, że stan klęski dotyczy tylko części Polski, a co z cenami w pozostałych regionach?" - napisał w mediach społecznościowych.
Wyjaśnił, że istnieje wiele obiektywnych czynników wzrostu cen po stronie kosztowej. "Przecież są wyższe koszty transportu, pewnych towarów nie ma na magazynach w odpowiedniej ilości, trzeba je sprowadzać z innych regionów, a tam nie będzie cen regulowanych. Mamy cały łańcuch powiązań, cen i kosztów, które powinny być brane pod uwagę" - czytamy. "Sugeruję dużą ostrożność i raczej udrożnienie podaży i głęboką analizę tematu, aby nie wylać dziecka z kąpielą" - podkreślił ekonomista.