Urzędy Skarbowe przepytują lekarzy i pacjentów. Chodzi oczywiście o kwestie podatkowe. W sierpniu "Dziennik Gazeta Prawna" informował, że fiskus próbuje w ten sposób zorientować się, czy przeprowadzony zabieg powinien być zwolniony z podatku, czy nie. Skarbówka dotarła nawet do pacjentki jednej ze śląskich klinik, w związku z czym klinika złożyła zawiadomienie do prokuratury. O kontrolach pisze też Prawnik Lekarza, blog prowadzony przez prawniczki Karolinę Podsiadły-Gęsikowską oraz Aleksandrę Powierzę.
Wobec faktu, iż nie udostępniacie (lekarze - red.) żądanych informacji, urzędy skarbowe znalazły inny sposób, aby dokonać kontroli Waszych zobowiązań podatkowych. (...) Zgłaszają się bezpośrednio do Waszych pacjentów i w pismach do nich kierowanych zadają baaardzo szczegółowe pytania
- czytamy we wpisie Prawnika Lekarza z 26 września.
Prawniczki udostępniły listę pytań, które są zadawane pacjentom:
Jak czytamy, skarbówką ostrzega, że brak odpowiedzi oznacza karę porządkową lub grzywnę, czego urząd chciałby uniknąć. Zdaniem Powierży to "życzliwa" przestroga i "jawna groźba".
Zrozumiałe jest, że urząd skarbowy ma prawo pytać, czy pacjent otrzymał paragon z kasy fiskalnej, jaki był jej koszt i kiedy odbyły się wizyty (w kontekście oceny należytego wywiązanie się z obowiązków podatkowych), ale już inne pytania nie mają związku z oceną spełnienia zobowiązań podatkowych)
- piszą prawniczki.
W wywiadzie dla "DGP" z niedzieli 6 października Aleksandra Powierża tłumaczy, że choć fiskus ma prawo prowadzić kontrolę, to nie powinien robić tego w taki sposób. Prawniczka wyjaśnia też, że lekarze nie mogą sami przekazać informacji o zrealizowanych świadczeniach medycznych i ich charakterze, bo są one chronione przez tajemnicę lekarską.
Dlatego skarbówka wypytuje pacjentów o recepty. W ten sposób próbuje oszacować dochody podmiotu medycznego, co potwierdzili sam szef i wiceszef KAS - mówi Powierża. Szefa KAS tłumaczył, że liczba recept czy wystawionych L4 może świadczyć o tym, że odbyła się wizyta. Ale zdaniem Powierży, taka logika jest pozbawiona sensu.
- Pamiętajmy, że przy okazji jednej wizyty lekarskiej albo konsultacji online może zostać wystawionych kilka recept, co samo w sobie prowadziłoby do przewagi liczby recept nad liczbą paragonów czy faktur. Lekarze mogą też udzielać świadczeń pro bono oraz wystawiać recepty pro auctore (dla siebie) i pro familiae (dla członków swojej najbliższej rodziny). Czy można z tego wysnuć jednoznaczny wniosek, że nie ewidencjonują oni swoich usług?
Pozostaje też sama kwestia wzywania pacjentów do przekazania szczegółowych danych o otrzymanych receptach. Uważam to za niezgodne z przepisami i nieetyczne. Nieetyczne jest również domaganie się szczegółowych wyjaśnień od osoby, która nie musi ich udzielać, i to pod jawnie wyrażoną groźbą nałożenia kary
- podsumowuje Powierzą.