Janusz Lewandowski: Nie jesteśmy w stanie złapać Chin za rękę

Jakie wyzwania stoją przed polską i europejską gospodarką? Jak dogonić rozpędzone Chiny i Stany Zjednoczone? O tym między innymi Gazeta.pl rozmawiała na sopockim Europejskim Forum Nowych Idei (EFNI) z Januszem Lewandowskim.
Chiny, port kontenerowy w prowincji Jiangsu.
Fot. REUTERS/China Daily

O czym powinno się więcej przestrzeni publicznej rozmawiać dzisiaj, o jakim trendzie lub zjawisku? 

Janusz Lewandowski, europoseł KO, były komisarz UE ds. budżetu: W tej chwili największym darem, jaki może ofiarować polityka ludziom, jest polityka bezpieczeństwa - i to bardzo mocno wybrzmi w czasie polskiej prezydencji w Radzie UE. Niezwykle istotne będzie też nadrabianie straconego czasu, czyli transformacja w kierunku zielonych technologii. Benjamin Franklin powiedział, że na świecie nieunikniona jest śmierć i podatki. Ja wiem, że nieuniknione jest to, że przyszłość będzie zielona i cyfrowa. Akurat w obu tych zakresach Polska nie jest mocarstwem, a nawet ma zaległości z uwagi na patriotyczny stosunek do węgla przez wiele lat. Przez to nasza transformacja w kierunku zielonych technologii będzie bardziej bolesna niż w innych krajach, które są znaczniej bardziej z przodu.

Dlaczego uważa pan, że bolesna? Premier Tusk wskazywał podczas swojego wystąpienia na EFNI na inwestycje w energię wiatrową na Bałtyku, również na energię jądrową. Zdaje się, że tutaj już ten konsensus trochę się buduje. Czy przewiduje pan jeszcze jakiś opór w debacie? 

Jeśli chodzi elektrownię atomową, to już jest przesądzona, mam nadzieję, że będzie się materializowała. Natomiast jeśli chodzi o tak zwany offshore, to rzeczywiście idiotyzmem była poprzednia walka z wiatrakami - bo poprzedni rząd stoczył walkę z wiatrakami, głównie lądowymi, ale również morskimi. To  bardzo opóźniło temat. Bardzo mi osobiście zależy, żeby w tym wielkim przedsięwzięciu uczestniczyło wiele polskich firm. Na razie to nie wygląda dobrze, pierwszy projekt, Baltic Power Orlenu, będzie oparty o terminal na Bornholmie, a nie w Świnoujściu, bo ten się opóźnia. To nadal jednak jest olbrzymia szansa, ważne jest, żeby nie polegała na zamawianiu wszystkich komponentów za granicą. Do budowy statków, które stawiają te farmy, do ich serwisowania, trzeba zaangażować nasz przemysł stoczniowy. Jest na przykład gdyńska stocznia Crist, która wyrosła od zera i zbiera kontrakty zagraniczne, ale nie mieści się w tym pierwszym polskim programie offshore. 

Na panelu wspominał pan o nierównej konkurencji z Chinami. Padło tam też takie sformułowanie, że trudno z tym krajem konkurować, bo jest on mistrzem trudnego do wytropienia subwencjonowania swojej produkcji. Co miał pan na myśli? 

Chiny za przyzwoleniem Stanów Zjednoczonych są członkiem Światowej Organizacji Handlu, czyli powinny dotrzymywać standardów organizacji handlu. My wiemy, że subwencjonują, ale to nie są subwencje płynące wprost od rządu do na przykład stoczni. Chiny znalazły takie sposoby, że jeżeli byśmy chcieli się z nimi sądzić, to niezwykle trudno będzie im to udowodnić. Chińczycy w przemyśle stoczniowym są około 40 proc. tańsi, ale w części właśnie dzięki subsydiom. My to wiemy, ale nam jest niezwykle trudno to wykazać.

Ale jak ten mechanizm wygląda? 

Dzieje się to przez teoretycznie niezależne od państwa firmy pośredniczące - na tym polega nasz kłopot, że nie jesteśmy w stanie złapać ich za rękę. Nie oznacza to, że jesteśmy bezradni, bo będziemy jako Europa bardziej asertywni. Na pewno nie będzie ekspansji kapitału chińskiego w Europie, jeżeli będzie powstawał port zewnętrzny w Gdyni, to na pewno to nie będzie kapitał chiński. Istniejący już terminal chiński w Gdyni [terminal kontenerowy GCT – red.] jest w tej chwili uważany za infrastrukturę krytyczną, a więc mocniej przez państwo polskie obserwowany. 

Europa musi zmierzać do większej suwerenności, większej odporności na szoki zewnętrzne w oparciu o własne siły. Na pewno to będzie też motyw przewodni polskiej prezydencji,a także strategii europejskiej na najbliższe lata, zwłaszcza, że nie wiemy co się zdarzy 5 listopada w Stanach Zjednoczonych. 

Powiedział pan, że Europa musi teraz postawić to, żeby być samowystarczalna strategicznie. Tymczasem po raporcie Mario Draghiego znów rozpaliła się dyskusja na temat kondycji gospodarczej kontynentu. Pojawiły się opinie, że Europa się zestarzała i traci dystans, tak do Chin, jak i USA. Jak pan się do tego odniesie?  

Ja niespecjalnie pocieszyłem słuchaczy na EFNI mówiąc, że rzeczywiście jesteśmy bezkonkurencyjni jeśli chodzi o dobra luksusowe, kosmetyki, szampany, odzież haute couture. We Włoszech budowane są fantastyczne wycieczkowce, produkujemy też wspaniałe jachty czy katamarany. Ale jako Europa nie możemy zostać z przewagą konkurencyjną w dobrach luksusowych.  

Rzeczywiście jesteśmy najbardziej ciekawym rynkiem na świecie. Mamy średni poziom zamożności, co stwarza najgłębszy rynek na świecie. Nie przez liczebność ludzi, bo to jest 440 milionów, tylko właśnie przez naszą zdolność nabywczą - i to jest zwycięstwo demokracji. Ale jeśli chodzi o wytwórczość dóbr nieluksusowych, zostaliśmy daleko w tyle pomimo takich dumnych zapowiedzi typu strategia lizbońska.  

Dlaczego? Duży w tym udział ma unijne przeregulowanie, mnożenie nieprzejrzystych regulacji, gdy inni, jak Stany Zjednoczone, dają biznesowi pieniądze do ręki, na przykład przez zachęty podatkowe. Nasze regulacje mają przechył socjalny i ekologiczny, co z jednej strony dobrze, ale jeśli będą się mnożyły, to nie odzyskamy konkurencyjności, nie ma na to żadnych szans. 

Będziemy klientem Chin? 

Nawet nie Chin. Już w tej chwili się mówi, że jesteśmy kolonią cyfrową GAFA, wielkich platform cyfrowych Stany Zjednoczonych, są to Google, Amazon, Apple i Facebook. Usługi w chmurze są zdominowane przez dysponentów nieeuropejskich - największa firma europejska ma 2 proc udziału w europejskiej chmurze. W tej sytuacji nie ma na szans na na wyścig konkurencyjny, jeśli regulacje unijne będą wyłącznie proekologiczne i prosocjalne.

Więcej o: