Ogromny problem. Tak źle w europejskich portach nie było od lat

Kluczowe porty kontenerowe w północnej Europie mają ogromny problem z terminowością. Sytuacja nie była równie krytyczna od czasu pandemii COVID-19. Opóźnienia mogą potrwać jeszcze kilka miesięcy.
port kontenerowy w Rotterdamie
Aerovista Luchtfotografie / Shutterstock

Zatłoczone porty północnoeuropejskie

W północnej Europie zlokalizowanych jest wiele ważnych portów jak Rotterdam, Antwerpia, Hamburg czy Bremerhaven. Jak wskazują doniesienia, przeżywają one poważny kryzys operacyjny związany z opóźnieniami i zatłoczeniem, co negatywnie wpływa na ich funkcjonowanie. Sytuacja po raz ostatni była tak trudna w trakcie pandemii COVID-19, a co gorsza może się utrzymywać aż do sierpnia bieżącego roku. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Wpłynęły na to strajki czy zamknięcia linii kolejowych spowodowane remontami. To także przyczyny naturalne jak rekordowo niskie poziomy wód śródlądowych na Łabie i Renie. Dla zakłóceń w logistyce portowej znaczenie miały również zmiany w sojuszach żeglugowych.

Długi czas oczekiwania statków

Ponad 8 dni trzeba czekać na nabrzeże w Antwerpii. W czerwcu czas oczekiwania statków wyniósł średnio 44 godziny, co w porównaniu do marca (32 godziny) stanowi 37 proc. wzrost. Przepustowość terminali osiągnęła kres. Dodatkowo zapowiedziano, że 25 czerwca dojdzie do strajku w belgijskich kolejach, co może jeszcze pogłębić kryzys. Nie lepiej wygląda to w Rotterdamie, który jest największym kontenerowym portem europejskim pod względem przeładunku TEU (jednostka pojemności stosowana w portach, równoważna objętości kontenera o długości 20 stóp) i jednym z największych na świecie. Obsługa holenderskiego portu wprawdzie stara się rozładowywać największe jednostki w ciągu 48 godzin, ale mniejsze statki feederowe (rodzaj mniejszych statków kontenerowych) oraz barki czekają nawet po 76 godzin.

Zobacz wideo Donald Tusk podjął decyzję ws. CPK: Nasi przeciwnicy mają dziś mniej powodów do radości

Maksymalne wykorzystanie przestrzeni portowej

Zarówno w Antwerpii, jak i niektórych terminalach Hamburga poziom "wykorzystania placu" przekracza 90 proc., przy czym średni wskaźnik dla niemieckich i niderlandzkich portów wynosi ok. 85 proc. Niektóre firmy zmieniają przez to swoje plany i nakładają dodatkowe opłaty za zatłoczenie. Drugi globalny największy morski operator kontenerowy, czyli duński Maersk zdecydował się pominąć Rotterdam w swoim transatlantyckim serwisie TA5 od 25 czerwca. Opóźnienia mają ogromny wpływ na globalne łańcuchy dostaw, a podejmowanie specjalnych działań (np. zmiana priorytetów nadbrzeży lub ograniczenie przyjmowania pustych kontenerów) nie poprawia znacząco sytuacji.

Napięcia handlowe kolejną przeszkodą

Do tego wszystkiego dochodzi też sytuacja geopolityczna. Napięcia na Bliskim Wschodzie czy wojna handlowa między USA i Chinami nakładają kolejne obciążenia na międzynarodowy handel morski. Jak twierdzą analitycy, skutki bieżącego kryzysu dotkną nie tylko Europy, ale również Azji i Ameryki Północnej. Obecne kłopoty mogą się pogłębić, gdy nadejdzie szczyt sezonu żeglugowego. Zwiększy to jeszcze opóźnienia i podniesie koszty frachtu. W zeszłym roku z podobnym zatłoczeniem mierzył się już port w Singapurze.

Czytaj też: Podejrzane statki na Morzu Północnym. Rosyjskie drony mogły szpiegować Niemcy

Źródła: Gospodarka Morska, WNP

Więcej o: