Najnowsze dane - na razie wstępne - są takie: stopa bezrobocia na koniec października wyniosła 5,6 procent, tyle samo co we wrześniu (kiedy była najwyższa od lutego 2023 roku). Szacunki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że w urzędach pracy zarejestrowanych było 868,3 tysięcy bezrobotnych. To o 102,8 tys. więcej niż przed rokiem i o 2,2 tys. więcej niż w końcu poprzedniego miesiąca.
Najniższe bezrobocie mamy - tradycyjnie - w Wielkopolsce, a niższe od średniej krajowe w łącznie siedmiu województwach. Najwyższe z kolei występuje - też niestety jak zwykle - na tak zwanej ścianie wschodniej z 9 proc. w podkarpackim.
Zgłoszonych wolnych miejsc pracy było 37,93 tys., o 14 proc. mniej niż na koniec września. To wyraźnie mniej niż jeszcze kilka miesięcy temu (wtedy liczba wakatów była nawet ponad dwukrotnie wyższa). Nie jest to typowe zjawisko, podobnie jak rosnąca od czerwca stopa bezrobocia. Wakacyjny wzrost bezrobocia jest zjawiskiem dość niezwykłym (bo w końcu sezonowo rośnie wtedy popyt dla pracowników) i może budzić pewne zaniepokojenie, tak jak drastyczny spadek ofert pracy. Tyle że jest w dużej mierze efektem zmian w prawie. O co chodzi?
W czerwcu tego roku zaczęła obowiązywać reforma urzędów pracy. W ramach zmian możliwe jest rejestrowanie bezrobotnych w miejscu zamieszkania, a nie zameldowania, a także zgłaszanie rolników. W teorii więc poszerzyła się pula nowych bezrobotnych. Jednak to inne zapisy w prawie spowodowały podbicie stopy bezrobocia, co podkreślali ekonomiści Pekao SA już kilka tygodni temu. Zmieniono szereg zasad powiązanych nie tyle z rejestrowaniem nowych bezrobotnych, ale z wyrejestrowywaniem tych już obecnych na listach. Po pierwsze, bezrobotni są wykreślani dopiero po trzech miesiącach niekontaktowania się z urzędem pracy (nie ma comiesięcznych wezwań z UP). Do tego, nie ma obowiązku osobistego stawiania się w urzędzie takiej osoby, nie straci ona też statusu bezrobotnego, jeśli odmówi przyjęcia oferty pracy z urzędu. Mniej jest zatem wyrejestrowywanych bezrobotnych.
Jest jeszcze kwestia ofert pracy. W ostatnich kilku miesiącach zgłaszanych jest do urzędów około 40 tysięcy wolnych etatów. I to ponad dwa razy mniej niż rok temu. Według ekspertów Pekao SA, to także jest skutek wejścia w życie nowej ustawy. "Publicznym służbom zatrudnienia zostało narzucone dokładniejsze weryfikowanie firm, które zgłaszają swoje oferty pracy, m. in. pracodawcy będą sprawdzani pod kątem posiadania zaległości finansowych. Co więcej, zlikwidowano tzw. test rynku pracy, czyli obowiązek zgłoszenia miejsca pracy celem sprawdzenia przed powierzeniem pracy cudzoziemcowi, czy na lokalnym rynku nie ma osób bezrobotnych lub poszukujących pracy, które pracodawca mógłby zatrudnić" - wyjaśniają.
Nie wszystko jednak, co dzieje się na rynku pracy, można przypisać temu swego rodzaju "efektowi technicznemu". Bo widać spadek popytu na pracę. Nie jest to może załamanie, ale moment pewnego zawahania firm wydaje się realny.
- To, że dziś mamy mniej ofert pracy na rynku, to konsekwencja tego, jak wyglądają marże i rentowności firm - mówił mi niedawno Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. - Ja wiem, że to brzmi mniej atrakcyjnie niż hasło, że roboty zabiorą nam pracę, ale to jest prawdziwy powód obecnej sytuacji.
Firmy są po serii kryzysów, działają w otoczeniu dużej niepewności, a w ubiegłym roku mierzyły się ze spadkiem przychodów. To właśnie sprawia, że dziś mniej chętnie zatrudniają. Do tego mamy w Polsce relatywnie wysokie koszty pracy. Według najnowszych danych NBP, relacja kosztów pracy do wszystkich innych kosztów ogółem jest historycznie wysoka - to 14,5 procent. Budżety kadrowe puchną, nawet jeśli firmy nie zwiększają zatrudnienia
- podkreślał ekspert.
Jest jeszcze budzący duże emocje wątek zwolnień grupowych. W tym roku przebijają się one szczególnie mocno do medialnych nagłówków, ale warto pamiętać, że za dużymi liczbami w znacznej mierze stoi jedna firma: Poczta Polska. Nie oznacza to zatem potężnych kłopotów całego polskiego rynku pracy (choć dla zwalnianych z Poczty to oczywiście marne pocieszenie).
Według ostatnich danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, od stycznia do września zgłoszono plany zwolnień grupowych wobec 89,5 tysiąca pracowników. Przy czym w 65 proc. przypadków nie chodziło o ostateczne zwolnienie z pracy, a o zmianę warunków pracy lub płacy. Dotyczyło to także wspomnianej Poczty Polskiej, która na początku roku zgłosiła planowane zwolnienia grupowe obejmujące blisko 62 tysiące osób, przy czym ponad 53 tysiące z nich dotyczyło właśnie wypowiedzeń zmieniających warunki pracy i płacy. Warto pamiętać, że zwolnienia grupowe to proces rozłożony na miesiące, a nawet lata, do tego często nie są one realizowane w pełnym zgłoszonym wymiarze.
Wciąż jednak trudno mówić o załamaniu na rynku pracy. Także jeśli chodzi o poziom bezrobocia, jesteśmy w unijnej czołówce - po tej jaśniejszej stronie zestawienia. Według unijnej metodologii, stopa bezrobocia we wrześniu wyniosła u nas 3,2 proc. Niższą odnotowały jedynie Czechy i Malta (3 proc.) oraz Słowenia (3,1 proc.). Najwyższe bezrobocie mają z kolei Hiszpania (10,5 proc.) oraz - co ciekawe, ale to temat na osobny artykuł - Finlandia (9,8 proc.) i Szwecja (8,7 proc.). Bezrobocie w całej UE to 6 proc., a w strefie euro 6,3 proc.
Słabiej wypadamy, jeśli chodzi o bezrobocie młodych, które sięga u nas 13 proc. To nadal poniżej średniej unijnej (14,8 proc.), ale wyprzedza nas więcej państw. Najniższą stopę bezrobocia wśród osób poniżej 25. roku życia mają Niemcy (6,7 proc.), dalej jest Holandia (8,8 proc.), Malta (10,1 proc.), Czechy (10,2 proc.), Austria (11,9 proc.) i Słowenia (12,2 proc.). Najwyższe jest - znów - w Hiszpanii (25 proc.), Szwecji (24 proc.) i Finlandii (21,5 proc.).