Unia Europejska chce, by towary krytyczne w nawet 70 proc. były produkowane w Europie. O takich (na razie) planach donosi dziennik ekonomiczny "Financial Times". Sprawą ma zajmować się Stéphane Séjourné, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej ds. dobrobytu i strategii przemysłowej.
"FT" cytuje anonimowego unijnego urzędnika, według którego plan ma być odzwierciedleniem strategii przemysłowych Chin. Pekin zachęcał firmy spoza kraju do tworzenia spółek joint venture z firmami chińskimi, by w ten sposób zyskać dostęp do tamtejszego rynku.
Trzech innych unijnych oficjeli przekazało, że rozważane jest wprowadzenie progów wymaganego udziału zawartości wytworzonej w UE. Progi te mogą sięgać 70 proc., a poziom nasycenia "unijnością" ma zależeć od sektora i jego uzależnienia od chińskich komponentów. Od spełnienia tych kryteriów zależałyby na przykład decyzje o rządowych dopłatach - czyli dostawałyby je firmy tylko na produkty z odpowiednim udziałem unijnej produkcji.
Te pomysły nie zostały jak na razie oficjalnie ogłoszone, ale odzwierciedlają narastającą potrzebę wsparcia europejskiego przemysłu, tracącego na konkurencyjności z tańszymi wyrobami mocno ekspansywnych Chin. Kolejnym problemem jest samo potencjalnie niebezpieczne uzależnienie od chińskiego eksportu w produkcji, rosnące wraz z rosnącymi cenami energii w UE. Rozmówca "Financial Times" jako przykład podaje falowniki do paneli słonecznych, wyposażone w mechanizmy wyłączania, które mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa. Gdyby nowe przepisy weszły w życie, takie falowniki w większości mogłyby być produkowane w Europie.
Minus takich rozwiązań to oczywiście potencjalnie znacznie wyższe koszty, a więc i ceny końcowe towarów. Według szacunków, unijne firmy mogłoby to kosztować łącznie ponad 10 miliardów euro rocznie. Projekt tych zmian ma zostać zaprezentowany 10 grudnia.
Kilka dni temu serwis Bloomberg donosił o zalewie tanich chińskich części samochodowych w Niemczech, co tylko pogarsza i tak już trudniejszą sytuację tamtejszego przemysłu. Kiedyś to Chiny były odbiorcą niemieckiej branży samochodowej, teraz sytuacja nie tylko się odwraca, ale także zagraża niemieckim dostawcom części i podzespołów.
Według cytowanego przez Bloomberga Andreasa Bohnerta z rady zakładowej firmy PWO, produkującej m.in. kolumny kierownicze, części samochodowe z Chin "napływają na rynek niemiecki z niewiarygodną prędkością". "Tempo, w jakim te produkty docierają - i, trzeba przyznać, ich jakość jest stosunkowo dobra - pokazują, że Chińczycy naprawdę odrobili pracę domową" - stwierdza rozmówca portalu.
Europa podejmuje próby podniesienia konkurencyjności, do czego wzywał w zeszłym roku w swoim głośnym raporcie Mario Draghi, były szef Europejskiego Banku Centralnego i były premier Włoch. Wskazywał, że jeśli UE nie wdroży planu inwestycji (który kosztowałby setki miliardów euro rocznie), to czeka ją "powolna agonia". Według Draghiego bez skoordynowanej i lepszej polityki przemysłowej, szybszych decyzji i ogromnych nakładów finansowych nie uda się nam poradzić sobie z konkurencją z Chin i Stanów Zjednoczonych. Rok po publikacji raportu, napisanego zresztą na zlecenie szefowej KE Ursuli von der Leyen, oceniano, że postulaty w nim wymienione zostały zrealizowane jedynie w niewielkim zakresie.