Już nie deweloperka i pola golfowe. To na tym rodzina Trumpa zbija fortunę. 1,4 mld dolarów w rok

Daniel Maikowski
Przez dziesięciolecia nazwisko Trump było niemal synonimem luksusowych nieruchomości. Złote litery na fasadach wieżowców w Nowym Jorku, pola golfowe oraz ekskluzywne kurorty, jak słynne Mar-a-Lago, stanowiły fundament, na którym budowano mit o potędze finansowej tej rodziny. Rok 2025 przyniósł jednak znaczącą zmianę w strukturze majątku 47. prezydenta USA. Jak wynika z najnowszych analiz, tradycyjna deweloperka ustąpiła miejsca cyfrowej gorączce złota.
FINTECH-CRYPTO/LEGISLATION
Fot. REUTERS/Kevin Wurm

Historycznie rzecz ujmując, imperium Trumpów było nierozerwalnie związane z rynkiem nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych. To właśnie wahania cen na nowojorskim rynku determinowały przez lata pozycję Donalda Trumpa na listach najbogatszych ludzi świata, a wielokrotnie wpędzały go także w gigantyczne problemy finansowe. Jednak po powrocie do Białego Domu w 2025 roku, strategia inwestycyjna Pierwszej Rodziny uległa drastycznym zmianom.

Zobacz wideo Trump przeszacował wartość ropy z Wenezueli, bo nafciarze z USA jej nie chcą

Jak wynika z analizy opublikowanej przez Bloomberga, w ciągu ostatniego roku majątek rodziny Trumpów, który sięga 6,8 miliarda dolarów, powiększył się o ponad 1,4 miliarda. Co jednak najważniejsze, za ten wzrost odpowiadają niemal wyłącznie aktywa cyfrowe. Trumpowie, wyczuwając zmianę wiatru na rynkach, zaczęli agresywnie inwestować w niezliczone projekty kryptowalutowe. I nie chodzi tu jedynie o posiadanie bitcoina czy ethereum.

Portfel Trumpów to dziś skomplikowana sieć powiązań, w której centralne miejsce zajmuje World Liberty Financial (WLFI). Jest to platforma DeFi (zdecentralizowanych finansów), firmowana twarzami synów prezydenta, która stała się prawdziwą maszynką do zarabiania pieniędzy. Projekt oficjalnie ma na celu "ochronę amerykańskiego bogactwa", ale jednocześnie generuje gigantyczne przychody z opłat transakcyjnych oraz emisji własnego tokena.

Do tego dochodzą niesłabnące wpływy z kolejnych serii Trump Digital Trading Cards (NFT), które stały się czymś więcej niż kolekcjonerską ciekawostką. Są dziś traktowane jako jedno z aktywów spekulacyjnych powiązanych z popularnością prezydenta.

Do tego dochodzą zyski płynące z udzielania licencji na nazwisko. Trumpowie przenieśli swój ulubiony model biznesowy z hoteli do świata krypto - liczne projekty płacą krocie za możliwość sygnowania swoich tokenów czy giełd marką "Trump", co w obecnym klimacie politycznym jest gwarancją uwagi inwestorów.

Analitycy rynkowi zwracają uwagę, że tak gwałtowny wzrost wartości portfela krypto w rękach prezydenta i jego rodziny jest bezprecedensowy. W czasie, gdzie tradycyjne rynki akcji oraz nieruchomości oferują stosunkowo niskie stopy zwrotu, kryptowaluty pozwoliły Trumpom na pomnożenie kapitału w znacznie szybszym tempie.

Polityka w służbie portfela?

Ten sukces finansowy jest ściśle skorelowany z polityką prowadzoną przez Donalda Trumpa. Od początku swojej drugiej kadencji prezydent USA przyjął postawę zdecydowanie pro-kryptowalutową, realizując obietnice złożone jeszcze w trakcie kampanii wyborczej. Jego administracja dąży do deregulacji rynku, ograniczenia wpływów SEC (Komisja Papierów Wartościowych i Giełd) oraz stworzenia w Stanach Zjednoczonych "raju dla innowacji cyfrowych".

Każda zapowiedź łagodzenia przepisów czy też włączenia bitcoina do rezerw strategicznych USA winduje kursy cyfrowych aktywów, na czym bezpośrednio korzystają portfele należące do rodziny prezydenta. Sam Donald Trump, który w 2021 roku nazwał bitcoina "oszustwem", nagle stał się jego wielkim orędownikiem, gdy tylko dostrzegł w nim potencjał polityczny i finansowy.

Podczas poświęconej bitcoinowi konferencji w Nashville w lipcu 2024 roku, jeszcze przed objęciem urzędu, Donald Trump zadeklarował wprost: "Nigdy nie sprzedawajcie swoich bitcoinów"

Represje wobec kryptowalut i bitcoina ze strony administracji Bidena i Harris są złe i bardzo szkodliwe dla naszego kraju

- dodał. 

Już po zaprzysiężeniu 20 stycznia 2025 roku nowa administracja przeszła od słów do czynów, wywołując euforię na rynku, którą Trumpowie skutecznie monetyzują. Istotnym momentem, który "odkręcił kurek" z pieniędzmi, była realizacja sztandarowego postulatu dotyczącego nadzoru finansowego. W pierwszych dniach urzędowania Donald Trump doprowadził do odwołania Gary'ego Genslera, szefa SEC (Komisji Papierów Wartościowych i Giełd), którego branża krypto uważała za wroga numer jeden.

Kolejnym "prezentem" dla rynku było oficjalne wstrzymanie prac nad cyfrowym dolarem (CBDC), który mógłby stanowić konkurencję dla prywatnych kryptowalut. Trump dotrzymał słowa, podpisując rozporządzenia wykonawcze, co uzasadniał koniecznością ochrony prywatności Amerykanów.

W jednym ze swoich wystąpień, odnosząc się do tego zagrożenia, prezydent stwierdził stanowczo: "Nigdy nie pozwolę na stworzenie cyfrowej waluty banku centralnego. To byłoby niebezpiecznym zagrożeniem dla wolności i powstrzymam to przed przybyciem do Ameryki".

Równie istotna była decyzja o utworzeniu Strategicznej Rezerwy Bitcoinowej. Administracja wstrzymała wyprzedaż kryptowalut przejętych przez organy ścigania, traktując je od teraz jako zasób państwowy, niemalże na równi z rezerwami złota czy ropy. To działanie drastycznie ograniczyło podaż na rynku, windując ceny w górę.

Ciemna strona cyfrowego imperium

Inwestycje w kryptowaluty, mimo że przyniosły Trumpom fortunę, wiążą się jednak z ogromnym ryzykiem, o czym niektórzy boleśnie przekonali się pod koniec ubiegłego roku. Entuzjazm wokół nazwiska Trumpa bywa bowiem bronią obosieczną.

Na początku grudnia doszło do krachu na akcjach spółki American Bitcoin Corp, powiązanej z rodziną Trumpa, na której czele stał Eric Trump, syn 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Inwestorzy, skuszeni wizją zysku firmowanego nazwiskiem Trump, masowo kupowali akcje i tokeny powiązane z tym projektem. Niestety, bańka pękła, a wartość American Bitcoin Corp runęła, pozostawiając tysiące ludzi z ogromnymi stratami (>>> więcej na ten temat piszę w TYM tekście).

Ten incydent rzuca cień na narrację o nieustającym paśmie sukcesów Donalda Trumpa. Pokazuje, że choć sama "rodzina królewska" potrafi wyciągnąć z rynku 1,4 miliarda dolarów zysku, to mechanizmy te nie zawsze działają na korzyść tych, którzy ślepo podążają ich inwestycyjnymi śladami.

Daniel Maikowski
Więcej o: