"Industrial Accelerating Act" (IAA) ma być sposobem na wzmocnienie unijnego przemysłu. Plan określany często jako "made in Europe" zakłada, że przynajmniej część elementów i komponentów w kluczowych branżach będzie pochodziła od producentów ze Starego Kontynentu. Na te rozwiązania oczekuje m.in. branża motoryzacyjna czy technologii strategicznych. Plany mają zostać opublikowane 26 lutego, choć możliwe, że stanie się to dopiero w marcu.
Szczególne znaczenie miałyby tu zamówienia publiczne. To nawet 2 biliony euro albo 14 proc. unijnej produkcji rocznie, które miałyby wspierać krajowe przedsiębiorstwa. IAA ma określić wymagania dotyczące zawartości części europejskich dla produktów kupowanych w ramach zamówień publicznych. Za kluczowe sektory strategiczne uznano turbiny wiatrowe, panele słoneczne, baterie czy małe reaktory modułowe.
Każda branża miałaby określone wymagania. Przykładowo dla producentów pojazdów elektrycznych (kupowanych lub leasingowanych w ramach zamówień publicznych) aż 70 proc. komponentów miałoby zostać wyprodukowanych w Europie, żeby mogli oni otrzymać subsydia. W sektorze aluminium 25 proc. byłoby zarezerwowane dla rodzimego i niskoemisyjnego wytwórstwa, a w przypadku betonu byłoby to 5 proc.
Określone będą również warunki dla inwestycji zagranicznych przekraczających 100 milionów euro w sektory strategiczne, jeśli inwestor pochodzi z kraju kontrolującego co najmniej 40 proc. światowych zdolności produkcyjnych tego sektora. Zagraniczny inwestor nie może też posiadać większościowego udziału w spółce UE, musi także udzielić licencji na własność intelektualną, żeby skorzystać z unijnych inwestycji. Choć projekt obejmuje państwa członkowskie, to nie jest wykluczone, że w przyszłości będą mogli dołączyć inni "zaufani partnerzy".
IAA miałoby przeciwdziałać rosnącym wpływom chińskich produktów na europejskich rynkach. Przewidziano w nim również wyjątki - np. zniesienie wymogu produkcji europejskiej, jeśli firma ma wyłączność globalną na wytwarzanie jakiegoś towaru albo sytuacja, gdy produkcja europejska byłaby co najmniej 30 proc. droższa.
Projekt spotkał się z dużym poparciem ze strony Francji i większości przemysłu europejskiego, choć bez nadmiernej ekscytacji reagują na niego koncerny samochodowe, które obawiają się o swoje rozległe łańcuchy dostaw. Ostrożne są też Niemcy, a rządy Szwecji i Czech ostrzegają, że może to zniechęcić do inwestycji i podnieść ceny. Oponuje również dziewięć Dyrekcji Generalnych wewnątrz KE oraz Wielka Brytania, która wstępnie jest wykluczona z nowego pomysłu.
Czytaj też:Wyciekł plan KE na odbudowę przemysłu. Chce naśladować Chiny. "Prawnie wątpliwe"