Eksplozje w luksusowej dzielnicy Dubai Marina, uszkodzony pięciogwiazdkowy hotel Burdż Al-Arab oraz jedno z największych lotnisk na świecie - Port Lotniczy Dubaj. Od kilku dni Iran przeprowadza odwetowe ataki w całym regionie Zatoki Perskiej. Oficjalnie zapowiadał uderzenie w amerykańskie bazy wojskowe, ale regularnie irańskie rakiety i drony trafiają w różne cele w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA). Kraj ten jest najczęściej atakowanym przez Iran. Mówimy o ponad 800 atakach rakietowych i dronowych. Nie ma w tym jednak przypadku - Iran konsekwentnie realizuje plan uczynienia wojny na Bliskim Wschodzie sprawą globalną.
Wojna, w której atakowany jest Iran, jest problemem głównie samego Iranu. Biorąc pod uwagę dysproporcję sił i środków, Izrael jest bardzo dobrze broniony, w związku z tym zdolność Irańczyków do zadania Izraelowi jakichś poważnych strat jest dosyć ograniczona
- zauważa Marek Matusiak, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, zajmujący się państwami Zatoki. - W moim przekonaniu doszli oni do wniosku, że należy uczynić tę wojnę problemem całego świata. Atakowanie Dubaju, który jest znanym centrum finansowym, centrum transportowym, miejscem, gdzie ludzie jeżdżą na wakacje i gdzie mieszka wielu ekspatów, jest sposobem na podniesienie ceny tej wojny dla całego świata - dodaje.
Ten plan zdaje się działać. Od kilku dni Polacy żyją losem swoich rodaków, którzy utknęli w Dubaju i nie mogą wrócić do ojczyzny. Martwimy się też o ceny paliw, bo przecież zamknięcie Cieśniny Ormuz (przez nią przepływa jedna trzecia całkowitego światowego eksportu ropy) podbija ceny ropy naftowej. Na stacjach paliw pojawiają się kolejki, a branża transportowa obawia się o podwyżki, które mogą nadszarpnąć ich finanse. To samo przeżywają zresztą obywatele Francji, czy Wielkiej Brytanii.
- Nagle się okazuje, że nie można tej wojny na Bliskim Wschodzie zignorować. Gdyby to miało dotyczyć tylko samego Iranu, to większość z nas mogłaby się kompletnie tym nie interesować. To nie dotyczyłoby naszych interesów, a nagle się może okazać, że to dotyczy tego, czy polecimy na wakacje, ile będzie kosztowała ropa naftowa oraz ile będzie kosztował gaz. To już zaczyna dotyczyć znacznie większej grupy ludzi - wskazuje Marek Matusiak.
Atak na Dubaj ma przyciągnąć uwagę jeszcze jednej kluczowej grupy - biznesu. Stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich to przecież światowa stolica interesów. Kraje Zatoki Perskiej odchodzą przecież od ropy naftowej i chcą budować swoją pozycję na zagranicznych firmach prowadzących biznesy m.in. w Dubaju. Służą do tego liczne zachęty m.in. niższe podatki (jak np. brak podatku od zysków kapitałowych) oraz skrócona droga założenia konta w dubajskim banku. Pod koniec zeszłego roku skrócono średni czas potrzebny na otwarcie firmowego rachunku bankowego o 90 proc. z 65 dni do zaledwie 5 dni. Kraj ten staje więc na głowie, by przyciągnąć jak najwięcej zagranicznych inwestorów. Dane pokazują, że robi skutecznie.
Dubajskie międzynarodowe centrum finansowe DIFC poinformowało, że całkowita liczba aktywnie zarejestrowanych firm w centrum na koniec grudnia ubiegłego roku wynosiła ok. 8840, co stanowi wzrost o 28 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Liczba nowych rejestracji firm w centrum wzrosła w ubiegłym roku o prawie 40 proc. do 1525. Głównie były to fundusze hedgingowe. Ahmad Khalifa AlQaizi AlFalasi, dyrektor generalny Dubai Business Registration and Licensing Corporation (DBLC) mówił pod koniec poprzedniego roku, że chce rozwijać "wizję Dubaju, globalnie konkurencyjnego i przyjaznego inwestorom środowisko" oraz "światowego lidera w zakresie łatwości prowadzenia działalności gospodarczej".
Takie postrzeganie Dubaju podzielał świat. Nazywało się go bezpieczną przystanią. Prof. Cinzia Bianco, ekspertka ds. Zatoki Perskiej z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych w swoim wpisie na platformie X obecną sytuację nazywała "koszmarem Dubaju, którego istotą jest bycie bezpieczną oazą w niespokojnym regionie". "Być może istnieje sposób na zachowanie odporności, ale nie ma już drogi powrotnej" - dodawała. Nieco spokojniej do sprawy podchodzi Marek Matusiak.
Inwestorzy i społeczność międzynarodowa będą patrzeć. Myślę, że to za wcześnie, żeby tutaj coś rozstrzygać w tej sprawie. To wszystko zależy od tego, jak długo potrwa wojna. ZEA jak na razie okazują się być dosyć dobrze przygotowane. Mają bardzo skuteczną obronę przeciwlotniczą; strącają ok. 90 proc. wszystkiego, co nad Emiraty nadlatuje, więc jak dotąd poziom rzeczywistych szkód jest relatywnie nieduży
- tłumaczy Marek Matusiak. - Natomiast jeżeli ten ostrzał ze strony Iranu miałby trwać dłużej, no to nagle się może okazać, że emiracka obrona przeciwlotnicza już nie będzie aż tak skuteczna, bo np. mogą im się po prostu skończyć rakiety do tych systemów. Poczucie stresu i zagrożenia będzie nabierało charakteru przewlekłego i w związku z tym nie będzie już tylko chwilowym zakłóceniem, które można jakoś zaakceptować, tylko przedłużającym się stanem. Może to wpłynąć na kalkulacje części ludzi - dodaje.
Analityk zastrzega jednak, że "pozycja Dubaju jako centrum finansowego jest w tej chwili tak silna, że ta wojna musiałaby naprawdę długo trwać i przynieść duży poziom zniszczeń oraz zagrożenia dla ludzi mieszkających w samym Dubaju, żeby wizerunek tego kraju, czy raczej tego miasta i emiratu, miał jakoś trwale i w poważny sposób ucierpieć".
Już teraz biznes ponosi jednak realne straty. Głównie z powodu wstrzymania lotów w regionie i wyłączenia dubajskiego lotniska. - Tamtejsze lokalne linie lotnicze z tego regionu jak Emirates, które są linią dubajską z tamtejszym lotniskiem macierzystym, czy Qatar Airways, które z kolei mają lotnisko macierzyste w Dosze w Katarze, należą do dziesiątki największych linii na świecie. W związku z tym zatrzymanie ich działalności na czas nieokreślony dotyczy interesów bardzo wielu ludzi - podkreśla Marek Matusiak. Dodaje, że zakłada, że wielu biznesowych kontraktów, czy umów nie zrealizowano z tego powodu.
Trudno mi sobie wyobrazić, żeby to nie doprowadziło do przestoju biznesowego w Dubaju
- uzupełnia analityk.
Ogromne straty ponoszą też same linie lotnicze. - Dla państw takich jak Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie linie lotnicze są też instrumentem wizerunkowym, gospodarczym i politycznym. Są to państwa, które nie są ograniczone żadnymi przepisami dotyczącymi pomocy publicznej, więc mogą wspierać te linie w swoim imieniu. Niemniej jednak mamy do czynienia z przestojem, o którym nie wiadomo, jak długo będzie trwał. Przynosi to bardzo wymierną stratę finansową, polityczną i wizerunkową tym wszystkim państwom - mówi nam ekspert. - Na pewno są to bardzo wymierne straty finansowe dla samych linii lotniczych oraz dla branży turystycznej. W związku z tym, że mamy wojnę na Ukrainie i samoloty nie latają nad Rosją, ten szlak przez Bliski Wschód stał się jeszcze ważniejszy, niż był wcześniej - dodaje.
Mówimy o prawdziwych gigantach w branży. Linie lotnicze Emirates przewiozły w zeszłym roku 55,6 miliona pasażerów podczas prawie 180 580 lotów. Z kolei Etihad Airways obsłużyło w 2025 r. 22,4 miliona pasażerów. Względem 2024 r. był to wzrost o 21 proc. To pokazuje, jak mocno rośnie zainteresowanie i znaczenie Bliskiego Wschodu. Trwająca obecnie wojna ten proces prawdopodobnie wyhamuje, ale czy zatrzyma? Wiele zależy od tego, co wydarzy się w najbliższych dniach i tygodniach. Niewykluczone, że gdyby nie doszło do przełomu, to władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich będą chciały wziąć sprawy w swoje ręce.
ZEA rozważają podjęcie działań militarnych. Od początku konfliktu aktywie zabiegają u swoich sojuszników o szybkie zakończenie konfliktu w sposób dyplomatyczny. Odbyli już rozmowy m.in. z europejskimi przywódcami takimi jak: premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Friedrich Merz. Aby przekonać do tego m.in. prezydenta Donalda Trumpa, zbierają szerszą koalicję państw, które będą wywierać presję na szybkie zakończenie wojny w regionie.
- Ten kraj ma pewne możliwości i scenariusze, aby włączyć się w działania mające na celu ograniczenie wpływu konfliktu na swoje bezpośrednie, lokalne problemy. Na pewno posiada bardzo dobrą obronę przeciwlotniczą, która skutecznie broni emirackiego nieba przed irańskimi rakietami. Oczywiście żadna obrona, żaden system obrony przeciwlotniczej nie jest w stu procentach skuteczny, więc zawsze istnieje ryzyko, że coś się przedrze i w tym przypadku też parę razy jakiś dron, rakieta czy odłamek jednak uderzyły - zauważa Marek Matusiak. - Co do ogólnej formy ich zaangażowania: bronią się, ale nie zapowiedzieli oficjalnie włączenia się w sam konflikt. Na razie o wszystkim mówi się nieoficjalnie. Może pozostawiają pole do domysłów, a oficjalnie wolą pozostać przy obecnym statusie - dodaje.