Od poniedziałku, 30 marca, zmieniają się przepisy na polskich drogach. Zmiany to część szerszej nowelizacji przepisów dotyczących ruchu drogowego, której celem jest poprawa bezpieczeństwa na drogach.
Zakazane zostaje m.in. driftowanie. Chodzi o celową utratę przyczepności nawet jednego koła pojazdu. A to oznacza, że brawurowa jazda na jednym kole odejdzie do lamusa.
Kierowcy, którzy zdecydują się na drift, muszą liczyć się z poważnymi konsekwencjami, bo minimalna kara wynosi 1500 zł. Jeśli jednak takie zachowanie stworzy zagrożenie w ruchu drogowym, mandat wzrośnie do co najmniej 2500 zł. W takiej sytuacji policjant zatrzyma też prawo jazdy na trzy miesiące.
Nowe przepisy zawierają też definicję nielegalnego wyścigu. To rywalizacja co najmniej dwóch kierowców, którzy chcą pokonać określony odcinek drogi w jak najkrótszym czasie i z naruszeniem zasad bezpieczeństwa drogowego. Za organizację lub udział w takich wydarzeniach przewidziano karę od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia.
Co ważne, takie wyścigi będą nielegalne, nawet jeśli jeśli nie dojdzie do żadnego wypadku.
Spotkania motoryzacyjne liczące co najmniej 10 pojazdów będą musiały być zgłaszane urzędom gmin i mieć zezwolenie samorządu. Są to rozwiązania analogiczne do przepisów regulujących kwestie zgromadzeń obywateli, gdzie zgromadzenie powyżej 15 osób wymaga zgłoszenia.
Uregulowano również kwestię tamowania ruchu drogowego. Chodzi o sytuacje, gdy ktoś swoim zachowaniem sprawia, że inni kierowcy nie mogą jechać płynnie albo w ogóle nie mogą przejechać. Takie zachowanie będzie zagrożone karą grzywny na zasadach ogólnych (dotąd była ograniczona do 500 zł), a w sytuacji poważniejszego zakłócenia ruchu sąd może orzec dodatkowo nawiązkę w wysokości do 1500 zł.
Nowe przepisy mają szczególnie uderzyć w kierowców, którzy wielokrotnie łamali prawo. W przypadku złamania sądowego zakazu prowadzenia pojazdów kierowca musi się liczyć z dożywotnim odebraniem prawa jazdy. Możliwa będzie także konfiskata samochodu.
Gdy kierowca zostanie zatrzymany w aucie, które nie jest jego własnością, zapłaci nawiązkę od 5 tys. zł do nawet 500 tys. zł. Resort zrezygnował natomiast z zapisu, że takie kierowca ma zapłacić równowartość samochodu, w którym go zatrzymano.