Soviet City - gra Polaka, której nienawidzą Rosjanie. Twórca oskarżany o rusofobię

Już przed wydaniem Soviet City, gra znalazła się na celowniku Rosjan. Tamtejszym graczom nie spodobały się nawiązania do systemu komunistycznego. I to, że przedstawiony został w bardzo niekorzystnym świetle.

O co chodzi w Soviet City? To gra, w której zarządza się miastem. Trochę jak SimCity, tyle że w czasach komunistycznych. Ważny jest więc nie tylko rozwój metropolii, ale też panowanie nad społecznością. Za pomocą terroru kontroluje się mieszkańców, uważając przy tym, by nie wszczęli buntu. Jest sierp i młot, jest czerwona gwiazda, jest brud, smutek, ubóstwo i alkoholizm. A skoro tak, to na Steam jest też protest grupy Rosjan, którym nie podoba się, że Soviet City obraża Związek Radziecki, sugerując, że właśnie tak wyglądało życie w ZSRR. Choć gra Polaka nie rozgrywa się w żadnym prawdziwym, konkretnym mieście i teoretycznie czerpie inspiracje z całego bloku wschodniego (i systemów totalitarnych), a nawet z całej komunistycznej architektury, to domyślamy się, że bliżej jej do terenów obecnej Rosji. Choćby dlatego, że w karcie gry na Steam widzimy podobiznę Stalina. To jednak tylko domysły, bo miejsce akcji jest nieokreślone. 

Antysowiecka propaganda Polaka

Rosjanie bardzo szybko uznali grę za antysowiecką, antykomunistyczną i propagandową. Twórca uznany został za rusofoba i polskiego nacjonalistę. Grecki komunista, jak sam się opisuje, w komentarzu oskarża autora Soviet City o zdyskredytowanie komunizmu, co według niego jest niedopuszczalne i ahistoryczne. Pojawiają się opinie w stylu: to nic dziwnego, że taka gra powstała w Polsce, w kraju, który nie przyjmuje imigrantów. Internetowy spór wokół Soviet City związany jest nie tylko z poglądem na temat komunistów.

 

Soviet City ma również fanów. Ci nie tylko chwalą grę, ale bronią też twórców przed oskarżeniami. Polacy żyli w komunizmie, więc mają prawo tworzyć takie gry - pisze jeden z komentujących. To smutne, że Rosjanie bronią terroru - dodaje inny. Sporo pozytywnych ocen to zasługa Polaków, po tym jak informacja o grze pojawiła się na Wykopie czy portalu Sadistic.pl.

A co na to sam autor gry? W rozmowie z serwisem Graczpospolita Paweł Słabiak przyznał: 

Gra nie jest antyrosyjska, ale wyobrażam sobie sytuację, w której rosyjski hejter widzi w grze, że ludzi przerabia się na surowce, co jest istotnym elementem gameplaya. Niestety może nie skojarzyć, że jest to motyw wprost zaczerpnięty z literatury, powieści Dmitrija Głuchowskiego – >Witajcie w Rosji< (The Russian Anti-Popular Tales)

Czy twórca gry celowo liczył na kontrowersje i starał się wkurzyć Rosjan? Jest to prawdopodobne, ale taki zarzut bardzo łatwo obronić. Soviet City uznane może być za "wschodnią” wersję serii Tropico, w której wcielamy się w dyktatora. Wysepką również rządzi się w mało demokratyczny sposób. Soviet City po prostu przenosi nas w inne realia i wykorzystuje symbole. Bardziej niż do konkretnej nacji odwołuje się do pojęcia homo sovieticus. 

Soviet City jest jednak bardziej bezpośrednie - uważają niektórzy dziennikarze. Marcin Traczyk na łamach Polygamii pisze, że Soviet City powinno nazywać się inaczej: "Mając ciekawy pomysł na rozgrywkę, twórcy mogli wybrać dziesiątki innych tytułów, które miałyby bardziej uniwersalny, nieobraźliwy charakter”. Tylko czy Soviet City takim nie jest? Jeśli uznamy, że nawiązuje do "człowieka radzieckiego", to trudno zarzucić grze obraźliwy charakter - nie przedstawia stereotypów na temat nacji, ale sposobu myślenia.  

Sam tekst nosi tytuł: "Rozumiem oburzenie Rosjan na polskie Soviet City”. Ja też mogę oburzenie zrozumieć. Choć 62 proc. Rosjan uważa, że Józef Stalin był "okrutnym tyranem", to 57 proc. respondentów sądzi też, że "był mądrym przywódcą, który zbudował potęgę i dobrobyt Związku Radzieckiego" - wynika z opublikowanego pod koniec marca sondażu niezależnego centrum Lewada. Z kolei 26% ankietowanych uważa, że stalinowskie czystki "były polityczną koniecznością i są historycznie uzasadnione”. Obecne rosyjskie władze chętnie przyznają, że Związek Radziecki był potęgą.

Marsz z okazji urodzin Stalina jego rodzinnym mieście Gori w GruzjiMarsz z okazji urodzin Stalina jego rodzinnym mieście Gori w Gruzji DAVID MDZINARISHVILI / REUTERS / REUTERS

Problemem jest więc nie polska gra, która może być uznana za lekko przerysowaną, ale na pewno nikogo wprost nie atakuje. Rosjanie patrzą na nią przez pryzmat swojej wersji historii. Konflikt będzie zawsze, jeśli tylko ktoś przedstawi punkt widzenia inny od rosyjskiego. Sierp i młot ma symbolizować dobrobyt, jeśli jest inaczej, to znaczy, że ktoś szkaluje ZSRR.

Rosyjska cenzura

Soviet City rzecz jasna nie jest pierwszą grą, która ma problem z rosyjskim oburzeniem. Nie tak dawno protestowano przeciwko polskiej planszówce "Kolejka”. Rosyjscy urzędnicy uznali ją za "antyradziecką" i zażądali zmian, na które nie zgodził się IPN, więc gra zniknęła z rosyjskich sklepów. Taki sam los spotkał Company of Heroes 2, strategię czasu rzeczywistego. Jej twórcy przedstawili w niej Armię Czerwoną jako okrutnych żołnierzy, krzywdzących cywili. Mimo że jest to historycznie uzasadnione, taki wątek wywołał lawinę negatywnych recenzji - widać to na portalu Metacritic, gdzie średnia ocen mediów wynosi 80/100, a od graczy 20/100. To rzecz jasna robota zorganizowanych grup, które wlepiały Company of Heroes 2 "jedynki”, by obniżyć średnią.

Olbrzymie emocje już wywołuje Kursk - kolejna polska gra, opowiadająca o losach załogi rosyjskiego okrętu podwodnego. Rosjanie są oburzeni i sugerują polskim twórcom, by stworzyli podobną produkcję o Katyniu lub tragedii smoleńskiej. Wielu z nich obawia się, że autorzy Kurska będą obwiniać Rosjan za brak pomocy załodze lub za całą tragedię. Tyle że nie ma mowy tutaj o antyrosyjskiej propagandzie, tylko o przedstawienie ciekawego, choć bolesnego tematu.

 

Niewygodnego dla Rosjan, więc zabronionego - zapewne tego chcieliby niektórzy Rosjanie. Soviet City to gra niezależna, stworzona przez jednego człowieka, więc siłą rzeczy nie jest nastawiona na komercyjny sukces. Ale tego samego nie można powiedzieć o megahitach od wielkich wydawców. Bojkot gry w Rosji lub związana z tym afera mogłaby zaszkodzić firmom dbającym o swój wizerunek. Drażliwych tematów nie będzie się więc poruszać albo zrobi się w to sposób zgodny z rosyjską propagandą.

W świecie gier to nic nowego. Kiedy ekipa tvgry.pl zastanawiała się, dlaczego nie ma gier o II wojnie światowej osadzonych w latach 1939-1941, bardzo szybko podano przyczynę. Był to okres, w którym alianci dostawali łupnia, Amerykanie nie walczyli, a Związek Radziecki nie znajdował się po właściwej stronie. Dlatego też twórcy przez lata darowali sobie te "niewygodne” tematy, tak by nie drażnić mieszkańców tych regionów i nie strzelać sobie w stopę. Niestety takie biznesowe podejście miały też polskie ekipy zajmujące się tworzeniem gier. W Uprising 44, bardzo złej produkcji o Powstaniu Warszawskim, nikt nawet nie poruszał wątku radzieckich żołnierzy mających wkroczyć do stolicy. Twórcy zapowiedzieli to przed premierą gry, później ze względu na krytykę z braku Rosjan się wycofali, ale mimo to w grze problem nie został poruszony. Autocenzura, strach przed ewentualnymi kontrowersjami? Na to wygląda.

Powstanie Warszawskie nie może być strzelanką

Całkiem możliwe, że Polacy reagowaliby na każdą grę o polskiej historii podobnie. Jan Ołdakowski, szef Muzeum Powstania Warszawskiego, po premierze Enemy Front (także polskiej gry, która rozgrywa się w trakcie powstania) mówił, że "z powstania warszawskiego nie powinna powstać 'strzelanka'; nie popieramy takich gier”. Sama gra była nawet udana, a twórcy skupili się nie tylko na wydarzeniach z Warszawy, a mimo to została skrytykowana przez najważniejszą osobę związaną z MPW. Zupełnie niepotrzebne, bo w pewien sposób była to "promocja” tragicznego zrywu - dzięki grze mogli się o nim dowiedzieć gracze na całym świecie, jak jak wielu polskich chłopaków dzięki Medal of Honor dowiedziało się np. o lądowaniu na plaży Omaha. Skoro nie doceniono tej pracy Polaków, to pewnie wiele emocji wywołałoby powstanie zaprezentowane przez zagranicznych twórców.

Solidarność: Menadżer konspiracjiSolidarność: Menadżer konspiracji fot. Solidarność: Menadżer konspiracji

Niewiele wiadomo o grze Solidarność: Menadżer konspiracji. Miała to być darmowa gra edukacyjna, w której zadaniem grającego byłoby "tworzenie i utrzymanie siatek konspiracyjnych, aby poprzez zdobywanie wpływu w kolejnych zakładach pracy oraz organizowanie protestów przekonać władzę do przystąpienia do negocjacji w celu dokonania zmian ustrojowych”. Miejscem akcji miało być fikcyjne miasto przedstawiające "PRL w pigułce”. Produkcję zapowiedziano w 2013 roku i od tego czasu wciąż niewiele o niej wiadomo. To wcale nie dziwi, biorąc pod uwagę emocje związane z Lechem Wałęsą czy społeczną ocenę wydarzeń z okresu komunistycznego, np. stanu wojennego. Czyżby właśnie to powstrzymało twórców przed wydaniem gry?

Nie tylko Rosjanie mają problem z własną historią. To jednak nie powód, żeby wpływać na twórców i torpedować wydanie dzieł mówiących o kontrowersyjnych wydarzeniach. Niestety, w świecie gier nie ma miejsca na dyskusję. Jeżeli z czymś się nie zgadzam, wystawiam najniższą notę albo zgłaszam grę na Steam, tak by ta została wycofana ze sprzedaży. W ten sposób walczą Rosjanie. I pewnie swój cel osiągną, bo to odstrasza twórców od podejmowania takich tematów. W wirtualnym świecie ważniejsza od prawdy jest propaganda i "nasza" wersja historii. Ale to chyba nikogo już nie dziwi.