>>> Zobacz także: Aplikacje, które pomogą zrealizować noworoczne postanowienia. Poznaj je!
Facebook ma za sobą krótką, ale brzemienną w skutkach awarię swojego serwisu. Na skutek błędu część autorów zarządzających stronami, czyli fanpage'ami, przestała być anonimowa.
Podczas awarii przy niektórych wpisach na Facebooku pojawiała się opcja "pokaż historię edycji". Dzięki tej funkcji można było poznać imię i nazwisko osoby, która dany wpis umieściła lub edytowała.
Oto przykład. Dzięki wpadce serwisu społecznościowego wiemy, że przynajmniej część wpisów na profilu Donalda Trumpa zamieszcza ktoś inny. Niejaki Mike Hahn.
Tu kontrowersje są mniejsze - nikogo chyba nie dziwi, że prezydent USA ma ważniejsze rzeczy, niż nadzorowanie swojego profilu. Jednocześnie nie musi to oczywiście oznaczać, że amerykański przywódca nie autoryzuje treści, które na jego profilu się pojawiają.
I w Polsce można znaleźć podobny przypadek. Część wpisów na profilu premiera Mateusza Morawieckiego umieszcza inna osoba. Także w tym wypadku kontrowersji raczej nie ma, bo premier ma mnóstwo zajęć.
Dlaczego zatem wiele osób piątkowe popołudnie będzie wspominać koszmarnie? Nie jest tajemnicą, że sieć jest pełna profili hejterskich, prześmiewczych, satyrycznych, których twórcy korzystają z zapewnionej im przez Facebooka anonimowości.
Autorzy mogli publikować do woli nie martwiąc się o to, że ktoś pozna ich prawdziwą tożsamość. W piątek część tej anonimowości legła w gruzach. Przekonali się o tym np. twórcy prześmiewczego profilu Sok z Buraka czy jeden ze znanych dziennikarzy.
Warto podkreślić, że dane zwykłych użytkowników i twórców zwykłych fanpage'y również częściowo wyciekły. A przecież ktoś zakładając stronę np. o tematyce religijnej, seksualnej czy związanej z pracą, niekoniecznie chce być identyfikowany. Anonimowość ma przecież i dobre strony - zapewnia autorom wypowiedzi swobodę.
Przed awarią sytuacja wyglądała tak: wchodziliśmy na stronę np. TVN48 na Facebooku. Widzieliśmy poszczególne wpisy, nie wiedzieliśmy jednak, kto dany wpis zamieścił. A przecież każdy fanpage musi mieć administratora czy redaktora, który - podobnie jak serwis internetowy - zamieszcza dane wpisy. I właśnie dane administratorów częściowo wyciekły. Twórcy, szczególnie ci bez opamiętania hejtujący, pewnie się tego nie spodziewali. Sądzili, że zawsze pozostaną anonimowi.
Facebook awarię usunął. Oznacza to, że funkcja "pokaż historię edycji", nie działa - nawet jeśli wciąż wyświetla się na niektórych stronach. Twórcy fanpage'y znów są zatem anonimowi. Poza tym awaria nie trwała długo (ok. trzech godzin) - na różnego typu internetowe śledztwa było więc trochę za mało czasu. Sporo sekretów nie wyszło na jaw, jednak z drugiej strony jest ich pewnie na tyle dużo, że wirtualny świat będzie nimi żył jeszcze przez jakiś czas.
Czytaj też: Nadchodzi zaostrzenie zakazu handlu w niedzielę. Minister: To jest niezwykle istotne dla życia rodzinnego
Piątkowy incydent jest również dowodem na to, że prywatność w sieci może okazać się złudna. Gdyby awaria potrwała dużej skutki, szczególnie te społecznościowe, mogłyby być znacznie bardziej dotkliwe.