Brak ładowarki w iPhonie 12 nie uratuje planety. Apple uprawia klasyczny greenwashing [OPINIA]

Daniel Maikowski
Apple lubi chwalić się swoją troską o ekologię. Firma z Cupertino zapowiedziała nawet, że do 2030 roku chce osiągnąć pełną neutralność klimatyczną. Pozbycie się ładowarki z pudełek z iPhonem to jednak klasyczny przykład greenwashingu.

Greenwashing, czyli w wolnym tłumaczeniu "ekościema" bądź "zielone mydlenie oczu" to termin ukuty w 1986 roku przez amerykańskiego ekologa Jaya Westervelta. W taki sposób opisywał on zjawisko polegające na wywoływaniu u klientów mylnego wrażenia, że dana firma tworzy swoje produkty lub oferuje usługi ze szczególną troską o ekologię i środowisko. Westervelt wskazał m.in. na przykład hoteli, które zachęcały swoich gości do rzadszego wymieniania ręczników. 

Zobacz wideo Nawet Apple się myli. Oto największe wpadki giganta

W klasyczną definicję greenwashingu bardzo dobrze wpisują się ostatnie działania Apple. Firma z Cupertino podczas ubiegłotygodniowej prezentacji iPhone'a 12 zapowiedziała, że jej nowy telefon będzie sprzedawany bez ładowarki oraz słuchawek EarPods. W (mniejszym) pudełku znajdziemy jedynie samo urządzenie oraz kabelek ze złączem Lightning na USB-C.

Podczas konferencji, stojąc na dachu siedziby Apple, Lisa Jackson, wiceprezes ds. środowiska, tłumaczyła, że rezygnacja ładowarki w zestawie to krok na drodze do neutralności klimatycznej, którą firma chce osiągnąć w 2030 roku. Jackson przytoczyła dwie interesujące liczby:

  • 2 miliardy - tyle ładowarek do urządzeń Apple znajduje się dziś w obiegu;
  • 700 mln - tyle zestawów słuchawek Earpods "zalega" w szafkach właścicieli iPhone'ów.
Usuwamy te elementy z pudełka z iPhonem, co zmniejszy emisję dwutlenku węgla, jak również zmniejszy wydobycie i wykorzystywanie cennych materiałów

- podkreśliła w swoim wystąpieniu Lisa Jackson.

Apple chwali się też, że pozbycie się ładowarki i słuchawek pozwoliło na zmniejszenie pudełka z telefonem, przez co firma będzie w stanie zmieścić o 70 proc. więcej iPhone'ów na palecie wysyłkowej. Wszystkie te zapewnienia brzmią oczywiście bardzo dobrze, ale kiedy spróbujemy skonfrontować je z rzeczywistością, wówczas szybko okaże się, że Apple uprawia "ekościemę".

Apple i 'zero waste'Apple i 'zero waste' Apple

Problem starszych ładowarek

Zacznijmy od tego, że wiele osób, które posiadają w swoich domach starsze ładowarki od Apple lub innych producentów, wcale nie naładuje nimi iPhone'a 12. Powód? W pudełku z telefonem znajdziemy kabelek ze złączem Lightning na USB-C, podczas gdy większość "kostek" wciąż dysponuje klasycznym złączem USB-A. Apple dopiero od ubiegłego roku zaczął dołączać do swoich niektórych sprzętów ładowarki z USB-C. Podobnie jest np. w przypadku Samsunga.

W tym miejscu ktoś może stwierdzić, że jeśli posiadamy starą ładowarkę do iPhone'a, to mamy też stary kabelek Lightning na USB-A. Zgoda, ale po pierwsze, kable te dość często ulegają uszkodzeniu. A po drugie - skoro tak, to po co Apple dołączył do iPhone'a 12 jakikolwiek kabel? Może w tej sytuacji warto było pójść o krok dalej i pozbyć się kolejnego elektrośmiecia?

Dodajmy do tego fakt, że część osób, które kupią iPhone'a, 12 sprzeda poprzedni telefon razem - tak, zgadza się - z ładowarką. Osoby te będą musiały kupić nową ładowarkę. A owa ładowarka będzie z pewnością zapakowana w jakieś pudełko (jeszcze więcej śmieci). Apple oczywiście przychodzi z pomocną dłonią wszystkim tym, którzy zostaną "na lodzie". Ładowarkę sieciową w sklepie amerykańskiej firmy kupimy za jedyne 99 złotych.

Lightning - największy ekologiczny grzech Apple

Gdyby priorytetem dla Apple - jak twierdzi firma - rzeczywiście była walka o ochronę środowiska, to producent ten zrezygnowałby z uporczywego utrzymywania przy życiu standardu Lightning. Firma z Cupertino potrafiła zrezygnować z tego złącza w przypadku iPada Pro, który korzysta ze standardowego USB-C., podobnie jak MacBooki i kilka innych urządzeń Apple. iPhone wciąż korzysta jednak ze standardu Lightning, co obecnie nie ma już żadnego uzasadnienia.

O ujednolicenie standardu ładowania w UE już od 2009 r. apeluje Komisja Europejska. W styczniu tego roku Parlament Europejski przyjął w tej sprawie rezolucję, która w niedalekiej przyszłości ma zmusić producentów urządzeń mobilnych do stosowania ładowarek z jednolitym złączem. 

Bruksela wskazuje tu na oczywiste korzyści: jeden standard i jedna uniwersalna ładowarka, to mniej elektrośmieci (czy nie o to chodzi Apple?). Tym standardem dla całej branży jest dziś USB-C. Jaka jest odpowiedź Apple na plany unijnych urzędników?

Ponad miliard urządzeń Apple dysponuje złączem Lightning, a do tego należy dodać również cały ekosystem producentów akcesoriów do naszych urządzeń, które również korzystają ze standardu Lightning. Przyjęcie nowych przepisów miałoby  bezpośredni negatywny wpływ, zakłócając działanie setek milionów aktywnych urządzeń i akcesoriów używanych przez naszych europejskich klientów, (...) tworząc bezprecedensową ilość odpadów elektronicznych i powodując ogromne niedogodności dla użytkowników

- czytamy w oświadczeniu wydanym przez Apple. 

Mówiąc krótko: Apple nie zrezygnuje ze standardu Lightning, gdyż korzysta z niego ponad 1 mld urządzeń. Po przejściu na USB-C urządzenia te nie byłyby kompatybilne z nowym standardem. Dlatego też Apple wyprodukuje kolejny miliard sprzętów niezgodnych z USB-C, co sprawi, że firmie jeszcze trudniej będzie się pożegnać ze starym standardem. I tu błędne koło się zamyka.

Apple od lat walczy z prawem do naprawy

Z raportu Global E-waste Monitor wynika, że tylko w ubiegłym roku na świecie wyprodukowano ponad 53,6 mln ton elektrośmieci. Jedną z przyczyn ich gromadzenia się jest fakt, że producenci urządzeń robią wszystko, co w ich mocy, abyśmy sami nie potrafili ich naprawić. 

Można to nazwać "spiskiem żarówkowym," skracaniem cyklu życia produktu lub też w jakikolwiek inny sposób. Faktem jest, że smartfony, laptopy, słuchawki tablety oraz telewizory wymieniamy coraz częściej. Z tego powodu coraz głośniej mówi się również o tzw. prawie do naprawy.

Już w przyszłym roku ma zacząć obowiązywać unijna dyrektywa, która ułatwi klientom możliwość samodzielnej naprawy zepsutych urządzeń lub też ich naprawy w dowolnym serwisie. Na mocy przepisów producenci elektroniki mają udostępniać części zamienne oraz dokumentację techniczno-serwisową przez co najmniej 7 lat od wypuszczenia na rynek urządzenia. 

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż "ekologiczne" Apple jest jednym z najbardziej zagorzałych przeciwników prawa do naprawy. Firma z Cupertino od lat robi wszystko, aby uniemożliwić - lub choćby utrudnić - klientom samodzielne naprawianie jej urządzeń.

W 2016 roku głośno było m.in. o blokowaniu iPhone'ów, których właściciele wymienili czytnik TouchID poza autoryzowanymi serwisami. Użytkownicy widzieli na ekranie komunikat o błędzie nr 53 i tracili dostęp do urządzenia. System  iOS dokonywał weryfikacji zgodności czytnika z innymi podzespołami. Jeśli wykryto nieoryginalną część,  telefon przestawał działać. Po kilku tygodniach - pod naporem krytyki - Apple wycofał się jednak z kontrowersyjnej poprawki. 

Dwa lata później sytuacja ta powtórzyła się jednak w przypadku iPhone'a 8. Po pobraniu łatki do iOS urządzenia, w których wymieniono wyświetlacz poza autoryzowanym serwisem, przestawały reagować na dotyk. To tylko dwa przykłady z bardzo długiej listy "grzechów" Apple. A można przecież wspomnieć również o celowym obniżaniu taktowania procesora w iPhone'ach ze starszymi bateriami. Producent tłumaczył wówczas, że robi to dla dobra użytkowników.

Zanim więc Apple zacznie robić wszystkim wykłady na temat ekologii, firma kierowana przez Tima Cooka powinna uderzyć się mocno w pierś, bo w kwestii walki o neutralność klimatyczną i ochronę środowiska ma wciąż bardzo wiele do zrobienia. 

Na koniec krótkie pytanie: O jaką kwotę Apple obniżył cenę iPhone'a w związku z rezygnacją z ładowarki i słuchawek EarPods? Tak, zgadliście.