Pieniędzy za mało, żeby się ścigać z Chińczykami na starych zasadach. Flota USA chce je więc zmienić

Jedna trzecia amerykańskiej floty ma być bezzałogowa. Jej dowódcy są przekonani, że to jedyna możliwa droga w przyszłość. Chcąc rywalizować z szybko rosnącą flotą Chin, Amerykanie muszą uciekać do przodu. Opublikowano raport opisujący, jak ma to wyglądać.

US Navy już od około dekady coraz mocniej kładzie nacisk na rozwój systemów bezzałogowych. Ciągle są one jednak na etapie eksperymentów. Do pełnoprawnych maszyn bojowych jeszcze daleko. Ambicje są jednak duże. Włącznie z bezzałogowymi okrętami wielkości współczesnych fregat, zdolnymi samodzielnie pokonywać oceany i przenoszącymi po kilkadziesiąt różnych rakiet.

Roboty od brudnej roboty, ludzie od decydowania

Dojście do tego etapu będzie wymagało jednak dużo pracy. Między innymi nad przełamaniem oporu systemu, tradycjonalistów i pokazaniem wszystkim, dlaczego kurs na drony jest konieczny. Najnowszy raport ma między innymi temu służyć. Przygotowano go w Departamencie US Navy, który zarządza samą flotą jak i Korpusem Piechoty Morskiej. Opisuje po co trzeba przejść na częściową bezzałogowość, jakie z tego będzie miała korzyści i jak to się musi stać. Nie zawiera konkretnych informacji na temat tego kiedy i jaki bezzałogowy okręt wejdzie do służby. To raczej nakreślenie ram procesu, który doprowadzi do nowej rzeczywistości.

- Ten dokument ma służyć jako początek do zrozumienia dlaczego systemy bezzałogowe są konieczne i dlaczego będą coraz ważniejsze w najbliższej przyszłości. Takie wizje jak połowa naszych samolotów i śmigłowców będących bezzałogowcami, albo większość logistyki obsługiwana przez bezzałogowce, nie powinny wywoływać u nikogo obaw - pisze w przedmowie do raportu dowódca Korpusu Piechoty Morskiej generał David Berger.

Dron MQ-25 koncernu BoeingFuturystyczne drony dla lotniskowców za 800 mln dolarów

W dokumencie dominuje narracja mówiąca o tym, że systemy bezzałogowe będą wsparciem i uzupełnieniem tych załogowych. Planem jest stworzenie "sił hybrydowych", w których ludzie będą uwolnieni od najniebezpieczniejszych i najbardziej żmudnych zadań. W zamian za to człowiek ma się znaleźć na samym szczycie łańcucha dowodzenia i podejmować kluczowe decyzje, na przykład o użyciu uzbrojenia. To jak będzie prowadzona wojna, ma się istotnie nie zmienić. Nadal trzeba będzie opanować jakiś obszar, wysadzić desant i go zaopatrywać.

W praktyce oznacza to na przykład stworzenie floty bezzałogowych okrętów patrolowych, które będą prowadziły żmudne poszukiwania wrogich okrętów podwodnych a następnie je śledziły. Inny bezzałogowy okręt wyposażony w rozbudowany sprzęt zwiadowczy będzie mógł popłynąć tam, gdzie wysłanie większego załogowego odpowiednika wiązałoby się z ryzykiem jego wykrycia i narażenia na zniszczenie. Mowa też o dużych okrętach przenoszących znaczny zapas rakiet, których zadaniem byłoby rozpraszanie potencjału floty, tak aby zniszczenie jednego czy dwóch dużych załogowych niszczycieli nie oznaczało wielkiego wyłomu w linii obrony. Bo zawsze będzie pod ręką kilka mniejszych i tańszych bezzałogowców.

Różne bezzałogowe systemy rozwijane na potrzeby sił morskich USA. Fragment opublikowanego dokumentuRóżne bezzałogowe systemy rozwijane na potrzeby sił morskich USA. Fragment opublikowanego dokumentu Fot. US Navy

Konieczne rozbicie betonu biurokracji

Autorzy raportu podkreślają też, że konieczna jest fundamentalna zmiana myślenia. Zamiast koncentrować się na tym jaki musi być dron X i opracowywać go jako skończoną całość, należy przejść do myślenia o systemie zdolnym wykonać określone zadania. Czyli opracować wspólne systemy dowodzenia, wymiany informacji i obsługi, które będą następnie powszechnie stosowane na najróżniejszych bezzałogowcach robiących różne rzeczy, ale mające wspólne zdanie - na przykład oczyścić wybrany obszar z wrogich min i okrętów podwodnych.

Może się to wydawać mało rewolucyjne, ale w świecie wojska to owszem rewolucja. Raport podkreśla, że będzie się to wiązało ze znacznymi zmianami w całym biurokratycznym procesie, który trzeba przebrnąć od momentu stwierdzenia, że potrzeba nowego sprzętu do wykonania takiej a takiej misji, do momentu faktycznego wysłania go na misję. Ten obecny system ma być za mało elastyczny, zbyt powolny i znacznie utrudniający koordynację. Raport wytycza ścieżkę zmian do rzeczywistości, w której okręt czy samolot (w sensie skorupy zdolnej pływać czy latać) jest tylko elementem układanki a nie jej podstawą.

Istotą problemu jest to, że cała administracja wojskowa i procedury nią rządzące są bardzo konserwatywne i sztywne. Od dekad coś jest załatwiane tak a nie inaczej, więc po co coś zmieniać. To problem nie tylko Amerykanów. Autorzy raportu chcieliby jednak doprowadzić do zmian, bo ich zdaniem inaczej USA nie będą w stanie nadążyć za rywalami. Czyli w praktyce Chinami.

Graficzne opisanie problemu konieczności zmiany podejścia do tworzenia nowego uzbrojeniaGraficzne opisanie problemu konieczności zmiany podejścia do tworzenia nowego uzbrojenia Fot. US Navy

Przeciwnik wymusza zmiany

To właśnie Chiny są tym, co napędza dowództwo US Navy do zmian. Najwyżsi dowódcy zdają sobie bowiem sprawę, że Chińczycy szybko rosną na niebezpiecznych rywali, którzy bardzo intensywnie rozbudowują swoją flotę. W ostatnich latach prześcignęli USA jeśli chodzi o liczbę okrętów i mają ich obecnie już około 350, podczas gdy Amerykanie od lat oscylują wokół 300.

Tempo budowy nowych okrętów w Chinach jest tego rodzaju, jakiego na zachodzie nie widziano od zimnej wojny. Na raz powstaje po kilkanaście dużych niszczycieli i mniejszych fregat a do tego lotniskowce, duże okręty desantowe, okręty podwodne i inne jednostki pomocnicze. Za tym imponującym wzrostem kryją się jednak liczne wyzwania i problemy, zwłaszcza jeśli chodzi o jakość sprzętu, dostępność nowych kadr i jakość ich wyszkolenia. Nie ulega jednak wątpliwości, że rozbudowa chińskiej floty jest dla Amerykanów wyzwaniem. Zwłaszcza, że US Navy działa nie tylko na wodach Azji, ale całego świata i musi adekwatnie rozpraszać swoje siły.

Amerykańskie i brytyjskie jednostki na Morzu BarentsaOkręty USA w rosyjskim bastionie

Najprostszym rozwiązaniem tego problemu byłoby zwiększanie liczebności floty USA. Stary jak świat wyścig zbrojeń. W czasie swojej prezydentury Donald Trump opowiadał się za wizją US Navy liczącej 350 okrętów, co jest też pragnieniem wielu admirałów i zwolenników sił zbrojnych. Taki cel nawet zapisano w dokumentach. Problem w tym, że jest nieosiągalny bez istotnego zwiększenia wydatków na flotę a na to w praktyce nie ma zgody. Pentagon już teraz ma ogromny budżet sięgający 700 miliardów dolarów rocznie. Nie udało się go istotnie zwiększyć podczas prezydentury Trumpa i rządów tradycyjnie bardziej skłonnych do zbrojeń republikanów. Teraz za rządów Joe Bidena i demokratów będzie to właściwie niemożliwe. Wręcz przeciwnie, grupa kilkudziesięciu demokratycznych członków Kongresu naciska na prezydenta, aby budżet Pentagonu ciąć. Zwłaszcza w obliczu kryzysu wywołanego przez pandemię.

Dowództwo US Navy nie może więc liczyć na to, że dostanie istotnie więcej pieniędzy i więcej okrętów takich jakie ma dzisiaj. Może dojdzie do jakichś przesunięć funduszy w ramach budżetu Pentagonu na korzyść floty, kosztem wojsk lądowych, ale nie będą to radykalne zmiany. Trzeba więc szukać sposobu, aby poradzić sobie z coraz silniejszym rywalem przy wykorzystaniu obecnie posiadanych środków. Jedyna droga do tego to wykorzystywanie tych środków w sposób bardziej efektywny. W ocenie dowództwa floty oznacza to w praktyce konieczność uczynienia znacznej części sił bezzałogowymi i zwiększenie elastyczności.

Można mieć wątpliwość, że to tylko atrakcyjne i okrągłe słowa oraz prezentacje w Power Poincie. I rzeczywiście wiele różnych planów rewolucji w przeszłości przegrało już ze skostniałym systemem. Tylko teraz Amerykanie nie mają specjalnie wyboru. Jeśli czegoś nie zmienią, to w przeciągu dekady ich pozycja na wodach Azji będzie bardzo nie do pozazdroszczenia.

Cały dokument opublikowany przez Departament Floty.

Zobacz wideo