W połowie listopada doszło do uszkodzenia dwóch podmorskich kabli internetowych na Morzu Bałtyckim. Najpierw przestał działać kabel C-Lion1 łączący Finlandię i Niemcy, a następnie przerwane zostało połączenie pomiędzy Szwecją i Litwą. Obydwa incydenty miały miejsce na przestrzeni kilkunastu godzin.
Firma Cina, która zarządza kablem C-Lion1 podkreśliła, że na tym etapie trudno jest ocenić, co mogło być przyczyną awarii. Dodała jednak, że nosi ona znamiona "działań zewnętrznych" i nie można wykluczyć "celowego uszkodzenia przewodu". Takich wątpliwości nie miał natomiast Boris Pistorius, niemiecki minister obrony. Już dzień po zdarzeniu stwierdził z pełnym przekonaniem, że doszło do sabotażu.
Nikt nie wierzy, że te kable zostały uszkodzone przez przypadek. Nie chcę też wierzyć w teorię, że to kotwice statków przypadkowo spowodowały szkody
- tłumaczył Pistorius, cytowany przez agencję Reutera. - Dlatego musimy stwierdzić, nie wiedząc dokładnie, od kogo pochodzi, że jest to działanie "hybrydowe". I musimy również założyć, nie mając jeszcze pełnej wiedzy, że jest to sabotaż - dodał.
Eksperci twierdzą, że mówimy o uszkodzeniach fizycznych lub mechanicznych, uszkodzenia te nie są związane z żywiołami, zjawiskami naturalnymi
- stwierdził z kolei Vilmantas Vitkauskas, szef litewskiego Krajowego Komitetu Zarządzania Kryzysowego, odnosząc się do uszkodzenia drugiego z europejskich kabli.
Łączący Finlandię i Niemcy podmorski kabel C-Lion1 ma 1773 km długości. Został oddany do użytku w 2016 r. i jest jednym z setek podwodnych przewodów światłowodowych, które tworzą gigantyczną sieć telekomunikacyjną obejmującą całą Ziemię. Ich łączna długość to 1,4 mln km, co oznacza, że mogłyby opleść równik 35 razy.
Szacuje się, że podmorskie kable przewożą dziś od 90 do 98 proc. globalnego ruchu internetowego. Na sprawnym działaniu tych przewodów opiera się niemalże cała globalna gospodarka oraz infrastruktura sieciowa - od światowych rynków finansowych przez sieci korporacyjne, a skończywszy na hubach logistycznych czy wreszcie naszym "domowym Wi-Fi".
"System nerwowy naszej cywilizacji" coraz częściej ulega jednak awariom, które potencjalnie mogą być katastrofalne w skutkach. Jak informuje Komisja Europejska, tylko w samej Europie rocznie dochodzi do ponad 100 uszkodzeń podmorskiej infrastruktury telekomunikacyjnej. Za większość takich incydentów odpowiadają statki, a nawet ryby.
Firmy zarządzające podmorskimi kablami zwracają jednak uwagę, że tego rodzaju uszkodzenia nie zawsze są dziełem przypadku. Coraz częściej pojawiają się oskarżenia o celowe działania, a słowo "sabotaż" jest dziś odmieniane przez wszystkie przypadki. Podobnie jak nazwa kraju, który miałby odpowiadać za te "hybrydowe ataki".
Admirał Dider Malterre, zastępca Sojuszniczych Sił Morskich NATO (MARCOM), już w kwietniu tego roku na łamach dziennika "The Guardian" ostrzegał, że podwodna infrastruktura Zachodu jest zagrożona przez działania Rosji.
Bezpieczeństwo prawie miliarda ludzi w Europie i Ameryce Północnej jest zagrożone w wyniku rosyjskich prób wykorzystania rozległych luk w podwodnej infrastrukturze
- zaznaczył Malterre. Jednocześnie przestrzegł, że podwodna infrastruktura nie została zbudowana tak, aby wytrzymać "wojnę hybrydową" prowadzoną przez Moskwę oraz innych przeciwników NATO.
Biegnące dnem mórz i oceanów kable charakteryzują się w stosunkowo lekką konstrukcją. Mówimy tu o przewodach o grubości węża ogrodowego chronionych kilkoma warstwami plastiku oraz dodatkową stalową otoczką. Skoro potrafią sobie z nimi poradzić większe ryby, to tym bardziej mogą zostać uszkodzone przez celowe działanie ze strony człowieka.
Wiemy, że Rosjanie przeprowadzili wiele wojen hybrydowych pod powierzchnią morza, aby zdestabilizować europejską gospodarkę za pomocą kabli internetowych czy rurociągów
- tłumaczył dalej admirał Malterre. W tym miejscu odniósł się m.in. do ubiegłorocznej awarii gazociągu Balticconnector, która w dziwny sposób zbiegła się z uszkodzeniem podmorskiego kabla telekomunikacyjnego łączącego Szwecję i Estonię.
MARCOM w maju br. utworzył Morskie Centrum Bezpieczeństwa Krytycznej Infrastruktury Podwodnej CUI. Jednym z jego priorytetów ma być ochrona podmorskich kabli telekomunikacyjnych leżących m.in. na dnie Bałtyku. Podczas niedawnej konferencji w fińskim Turku szef CUI, Pal Bratbak zapowiedział, że rurociągi i kable przesyłowe będą monitorowane przy pomocy nowego oprogramowania, a większą rolę w ochronie tych instalacji odegrają patrole okrętów przeciwminowych.
Jednocześnie Bratbak zaznaczył jednak, że do rozpoznania tysięcy kilometrów instalacji rurociągowych i kablowych, które mają znaczenie krytyczne dla państw, "potrzebne jest wsparcie poszczególnych sojuszników NATO".
O tym, jak poważny w skutkach może być nawet chwilowy blackout, w marcu br. przekonali się mieszkańcy kilkunastu krajów Afryki Zachodniej. Na skutek przecięcia co najmniej dwóch podmorskich kabli przy wybrzeżu Kości Słoniowej mieszkańcy m.in. Sierra Leone, Nigerii, Gambii, Ghany i Nigru zostali całkowicie odcięci od internetu. Prace wstrzymały banki, urzędy oraz korporacje, co nie pozostało bez wpływu na gospodarkę.
Również w marcu doszło do uszkodzenia czterech podmorskich kabli na Morzu Czerwonym. Awaria ta wpłynęła na 25 proc. ruchu internetowego między Azją a Europą oraz Bliskim Wschodem. W tym wypadku podejrzenia padły na jemeńskich rebeliantów Huti, którzy od miesięcy przeprowadzają ataki na statki przepływające przez Morze Czerwone. Sami bojownicy stwierdzili jednak, że awarie kabli powstały w wyniku "militaryzacji Morza Czerwonego przez amerykańskie i brytyjskie okręty wojenne".
Wyjątkowo często z awariami podmorskich kabli zmaga się też Tajwan. Tylko w ciągu ostatnich pięciu lat kable łączące ten kraj z resztą świata były przecinane ponad 25 razy. Oficjalnie to przypadkowe incydenty, za które odpowiadają kotwice łodzi rybackich. Na wyspie wszyscy zdają sobie sprawę, że są to celowe działania zaczepne ze strony Chin.
W opublikowanym w 2021 roku raporcie think tank Center for a New American Security ujawnił prowadzone przez Chiny oraz Rosję symulacje, których celem było odcięcie od internetu Japonii, Tajwanu oraz innych krajów tego regionu. Jak zauważa serwis "Obserwator Finansowy", w ramach tych ćwiczeń w prawie każdym scenariuszu ataki pozwoliłyby agresorom na zakłócenie komunikacji w USA i w Europie.
Historia podwodnych kabli telekomunikacyjnych sięga połowy XIX w. W 1850 r. na dnie kanału La Manche położono kabel, który miał połączyć Anglię i Francję. Miał, ale nie połączył, bo podczas prac instalacyjnych doszło do jego uszkodzenia. Osiem lat później powstało pierwsze połączenie transatlantyckie - między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Jeszcze przed nadejściem XX wieku Stary Kontynent był połączony kablami ze wszystkimi kontynentami (poza Antarktydą).
Na nadejście ery współcześnie znanych nam kabli światłowodowych musieliśmy poczekać aż do lat 80. ubiegłego wieku. W 1988 roku Europę i USA związało podmorskie łącze TAT-8, którego budowa pochłonęła aż 350 mln dolarów.
Dziś światłowody oplatają cały świat, a przepustowość tych podmorskich autostrad sięga 160 terabitów na sekundę. Obecnie trwają prace nad 70 nowymi instalacjami, które łącznie będą mieć około 300 tys. km. Z szacunków firmy TeleGeogrphy wynika, że na rozbudowę podmorskiej infrastruktury tylko do 2025 roku przeznaczone zostanie 10 mld dolarów.
Do układania oraz serwisowania kabli wykorzystywane są specjalistyczne statki - kablowce. Ich globalna flota liczy obecnie zaledwie 50-60 jednostek, przy czym kraje Unii Europejskiej mają do dyspozycji zaledwie dwa takie statki, a Wielka Brytania jeden dodatkowy.
To kolejne "miękkie podbrzusze" podmorskiej infrastruktury światłowodowej. Ze względu na ograniczoną liczbę kablowców naprawa uszkodzonych kabli trwa często bardzo długo. A światowa gospodarka, która jest dziś zależna od internetu jak człowiek od tlenu, na dłuższy blackout pozwolić sobie nie może.