Nadciąga koniec ISS. Stacja spadnie w Punkcie Nemo. Sławosz Uznański-Wiśniewski będzie pierwszy i ostatni

Sławosz Uznański-Wiśniewski najpewniej będzie jedynym Polakiem, który postawi stopę na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. NASA zdecydowała się na deorbitację, co oznacza, że szykuje się spektakularny pokaz. Najpierw jednak Elon Musk musi wywiązać się z umowy.
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS)
Wikipedia Commons: NASA

Sławosz Uznański-Wiśniewski, pierwszy i ostatni Polak na ISS?

W czwartek ok. 12:20 kapsuła Dragon Grace ma zadokować do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Choć Sławosz Uznański musi się zadowolić tytułem "ledwie" drugiego Polaka w kosmosie, to stanie się pierwszym polskim astronautą na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Najpewniej będzie to też ostatni nasz rodak, który będzie miał okazję ją odwiedzić. ISS niedługo zostanie bowiem odstawiona na boczny tor i rozpocznie się jej deorbitacja. NASA zobowiązała się do obsługi stacji do 2030 roku, a nikt nie przejmie od niej tego zadania. Zresztą już trzykrotnie wydłużano jej żywot. Początkowo miała operować do 2015 roku, ale przesuwano tę datę na 2020, 2024 i ostatecznie na 2030 rok.

Zobacz wideo Pierwszy Polak na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Rozmowa ze Sławoszem Uznańskim

Żywot ISS zdecydowano się zakończyć ze względu na przestarzałą technologię, a także zużycie. Nie wiadomo, czy stacja w ogóle nadawałby się do użytku po 30 latach na orbicie (pierwsze elementy wyniesiono w 1998 roku). ISS odczuwa skutki przybijania do niej pojazdów kosmicznych, a także gwałtownych cykli nagrzewania oraz stygnięcia, które są efektem okrążania przez nią Ziemi 16 razy dziennie. NASA rokrocznie wydaje 1,1 mld dol. na koszty operacyjne oraz konserwację stacji. Całkowite koszty to natomiast 4,1 mld dol. rocznie, czyli 16 proc. budżetu NASA z ostatnich dwóch lat. 

Liczące dekady podzespoły mogą w pewnym momencie odmówić posłuszeństwa, co poskutkowałoby niekontrolowanym lotem po orbicie ważącego 420 ton obiektu. Taki los spotkał rosyjską stację kosmiczną Salut 7 w 1985 roku, gdy na jej pokładzie było dwóch astronautów. Wtedy wysłano misję ratunkową, która po trudnym, ręcznym dokowaniu do stacji, uratowała moduł i załogę. - Nie chcemy znów przez to przechodzić - mówiła przed rokiem Cathy Lewis, historyczka kosmosu z National Air and Space Museum w USA (cytujemy za BBC). 

Elon Musk zbuduje kosmiczny holownik

ISS ma wylądować w Pacyfiku. Ale żeby tego dokonać, potrzebny będzie olbrzymi kosmiczny holownik. Tyle że jeszcze go nie ma, a zostało mniej niż pięć lat. NASA wystąpiła w marcu ubiegłego roku o fundusze na jego budowę. Maszyna ma zepchnąć stację z powrotem do atmosfery. Budowę zlecono oczywiście firmie SpaceX należącej do Elona Muska, a kontrakt opiewa na 843 miliony dolarów. 

Deorbitacja sprawi, że większość stacji spłonie w atmosferze, przetrwają tylko elementy o większej gęstości oraz te odporne na ciepło. Rozważano również inne opcje, które mogłyby oszczędzić stację dla przyszłych pokoleń. Wyniesienie stacji wyżej, jak w przypadku innych obiektów na orbicie, nie było jednak możliwe z powodu jej rozmiarów.

Analizowano też pozwolenie stacji, by sama w końcu naturalnie zdeorbitowała, ale ta opcja z kolei stwarzałaby zbyt wiele problemów związanych z bezpieczeństwem. Rozbiórka stacji okazała się natomiast zbyt droga - jej budowa wymagała 27 lotów, i to z użyciem wycofanych już użycia wahadłowców, które pozwalały latać w kosmos wielokrotnie. Nie było też zainteresowania ze strony przemysłu, by wykorzystać elementy stacji w późniejszych konstrukcjach. Zdecydowano się więc na kontrolowaną deorbitację. 

Jak będzie przebiegać deorbitacja?

Proces zacznie się od stopniowego obniżania wysokości orbitowania ISS. Po wyłączeniu systemów wspomagających utrzymanie na obecnej orbicie stacja w sposób naturalny obniży się z 400 do 320 kilometrów. Ten etap zostanie wdrożony już w 2026 roku. Po tym na ISS zostanie wysłany ostatni zespół, który zabezpieczy przydatne elementy oraz te, które mają historyczne znaczenie. Gdy ostatni astronauci opuszczą stację, jej wysokość zostanie obniżona do 280 kilometrów. To punkt bez powrotu. 

Przez kolejne miesiące ISS będzie krążyć po orbicie, aż zostanie zepchnięta w grubsze warstwy atmosfery na wysokość 120 km, w które wejdzie z prędkością 29 tys. kilometrów na godzinę. Najpierw na wysokości 100 km zaczną odrywać się od niej panele fotowoltaiczne. Na 80 kilometrach zaczną rozpadać i rozdzielać się od siebie moduły, z których składa się ISS. Moduły zaczną się spalać i spadać z olbrzymią prędkością, w związku z czym można spodziewać się wielu gromów dźwiękowych, gdy elementy stacji przekroczą prędkość dźwięku. ISS ma spaść w tzw. Punkcie Nemo na Pacyfiku, pomiędzy Nową Zelandią a Ameryką Południową, który jest często używany jako kosmiczny cmentarz. 

Deorbitacja ISS będzie bez wątpienia spektakularnym widowiskiem. Cały świat obserwował, gdy to samo spotkało rosyjską stację Mir w 2001 roku, która była trzykrotnie lżejsza. Od wejścia w atmosferę do czasu wylądowania w punkcie Nemo minie 40 minut. Cały proces ma się zakończyć w 2031 roku. 

Co dalej? Czas na komercyjne stacje

NASA zależy na tym, by na orbicie dalej znajdowali się ludzie. To pozwala bowiem testować zachowanie naszego ciała w kosmicznych warunkach. Obecnie jednak oprócz ISS działa tylko jedna stacja kosmiczna, chińska Tiangong, która przeznaczona jest jedynie dla astronautów z Państwa Środka. ISS to natomiast międzynarodowy projekt prowadzony przez Rosję, USA, Europę, Kanadę i Japonię. Pierwszy zamontowany moduł to zresztą rosyjska Zarya, uruchomiony w listopadzie 1998 roku. Niemal równo dwa lata później zaczął się okres, w którym nieprzerwanie od 2000 roku na orbicie przebywa człowiek. Możliwe jednak, że aby przedłużyć ten rekord, będzie trzeba polegać na Chinach. 

NASA obecnie celuje w zastąpienie ISS stacją lub wieloma stacjami, które będą należeć do prywatnych podmiotów, a które NASA będzie wynajmować. Pracują nad tym takie firmy jak Blue Origin razem z Sierra Space, Axiom, który wynosi drugiego Polaka na orbitę, oraz Voyager Space we współpracy z Airbusem. Zostało jednak pięć lat, a nie wygląda na to, by cokolwiek było gotowe do startu. Najbliżej realizacji budowy nowej stacji wydaje się Axiom, który pracuje nad modułem dołączanym do ISS. Ma być to zalążek Axiom Station, który zostanie odłączony przed deorbitacją. Podłączenie modułu zaplanowano na 2026 rok. 

Pozostaje pytanie, czy jeśli nie uda się na czas dołączyć modułu lub jeśli SpaceX nie zdąży zbudować holownika, możliwe będzie przedłużenie funkcjonowania ISS. Amerykański Inspektorat Generalny uważa, że będzie to trudne, ponieważ pozostali partnerzy planują wspierać projekt tylko do 2030 roku (z wyjątkiem Rosji, która się nie określiła). Po 2030 roku budżet na stację może zostać obcięty, dojdzie inflacja, mogą pojawić się problemy z łańcuchami dostaw. NASA zatem goni czas, szczególnie że Agencji nie w smak będzie przedłużanie projektu ze względu na chęć przekierowania wszystkich wysiłków na lądowanie na Księżycu w ramach misji Artemis. 

Problematyczne jest też to, że na razie nikt nie wie, czy kosmiczne stacje będą w ogóle na siebie zarabiać. Póki co nic nie uzasadnia czysto ekonomicznie takiej inwestycji, ponieważ nie ma rzeczy, które można produkować na orbicie z odpowiednim zyskiem. Dlatego prywatne firmy będą musiały liczyć na pieniądze z NASA i innych agencji. Niektórych martwi jednak, że NASA skupi się na podróży na Księżyc oraz Marsa, przez co ucierpią istotne dla nauki badania, na które nie będzie tyle środków co dotychczas.

- Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, które z fundamentalnych odkryć naukowych zrewolucjonizują naszą przyszłość - historia udowadnia to na każdym kroku. I to jest właśnie najmocniejszy argument za tym, by finansować badania, które wydają się czysto teoretyczne. To w nich może kryć się klucz do zmiany świata - powiedział Bruce Betts, szef zespołu naukowego w The Planetary Society cytowany w The Verge.

Źródła: BBC, US News, Florida Today, Time, The Verge

Więcej o: