Handel przygraniczny umiera, "Polenmarkty" opustoszałe. "Nie ma Słubic bez bazaru, nie ma bazaru bez Niemców"

Druga fala koronawirusa i restrykcje z nią związane mocno uderzają w handel przygraniczny. Choć bazary są otwarte, klienci nie mogą przyjechać. W okresie największych obrotów na bazarze w Słubicach panuje pustka.
Zobacz wideo

Wszystko wygląda inaczej niż zwykle. O 10:30 w piątek część stoisk nadal jest zamknięta, między boksami przemykają pojedynczy kupujący. Parkingi świecą pustkami. Większość nielicznych samochodów ma rejestracje polskie, wiele to samochody sprzedawców. Rzadko podjeżdża auto z niemiecką rejestracją: z przygranicznego powiatu, rzadziej z Berlina.

Druga fala zmieniła bazary

"To katastrofa", mówi Paweł Sławiak, prezes zrzeszenia kupców z targowisk miejskich w Słubicach "Odra". "Normalnie ten czas to były dla nas przysłowiowe żniwa. Mieliśmy największe obroty, odbijaliśmy sobie za gorsze miesiące, a teraz klientów jak na lekarstwo". To kolejny cios w tym roku. Bazary były nieczynne przez całą wiosnę, gdy granica była zamknięta. Od końca czerwca, opowiada Paweł Sławiak, sytuacja powoli zaczęła wracać do normalności, a kupcy zaczęli mieć nadzieję, że dadzą radę.

Jednak w październiku przyszła druga fala koronawirusa, Polska została uznana za kraj ryzyka i Niemcy znowu nie mogli przyjeżdżać: granice zostały wprawdzie otwarte, ale po powrocie z Polski obowiązywała kwarantanna. Choć władze Brandenburgii, a potem i Berlina wkrótce zniosły obowiązek kwarantanny dla swoich obywateli, którzy przebywali w Polsce do 24 godzin, dla bazarów wiele to nie zmieniło. "Wielu Niemców po prostu bało się koronawirusa, inni byli zdezorientowani; nie wiedzieli o wyjątkach od kwarantanny albo słyszeli o lockdownie w Polsce i sądzili, że bazary też nie działają, więc nie ma po co przyjeżdżać", mówi Sławiak.

Twardy lockdown w Niemczech.Twardy lockdown w Niemczech. Ekspert spodziewa się przedłużenia do Wielkanocy

W Słubicach są dwa bazary, powszechnie znane jako "Polenmarkt". To typowy element krajobrazu przygranicznego. Podobne funkcjonują wzdłuż całej granicy. Można tu kupić wszystko - od żywności przez odzież po zabawki czy wyposażenie mieszkań. I, oczywiście, papierosy. Szyldy są tam dwujęzyczne lub tylko niemieckie, ceny - podawane w euro, sprzedawcy - dwujęzyczni, bo klient rzadko był z Polski. "Nasi klienci przyjeżdżają z Niemiec, nie tylko z regionu przygranicznego czy Berlina, ale i z głębi Niemiec, a nawet z Holandii", opowiada Paweł Sławiak. Pochodzili, pooglądali, kupili, zjedli obiad.

Znaczny spadek obrotów

Jerzy Kirej prowadzi tu bar, od powstania bazaru. Pracuje z żoną i ośmioma innymi osobami. Normalnie, mówi, "w południe nie można tu było znaleźć wolnego miejsca". Sznycle, bigos, żurek sprzedawały się non stop. "Dziś mogę sprzedawać tylko na wynos, w styropianie", kręci zdegustowany głową. "Jakie to obciążenie dla środowiska". Ale nie to jest jego największym problemem. Smętnie patrzy na stoliki i zamknięte patio z drugiej strony.

"Od końca października (uznanie Polski za strefę ryzyka - red.) obroty spadły o 60 procent. W tym miesiącu na razie udało mi się dociągnąć do jakichś 5 procent normalnych grudniowych obrotów". Mniej klientów na bazarze to i mniej klientów u niego. I mniej pracy. Na razie nikogo nie zwolnił. Część pracowników pobrała zaległe urlopy, bar ciągnie dzięki wcześniej odłożonym oszczędnościom. "Będę starał się przetrzymać. Może, jeżeli w końcu rząd uruchomi pomoc dla nas, to mi się uda". Na razie pomocy udzieliła gmina: czynsze za stoiska na bazarze obniżone zostały o 50 procent do końca roku.

Koronawirus. Francuski tenor Stephane Senechal, przebrany za Świętego Mikołaja, śpiewa świąteczne utwory z okna swojego mieszkania w Paryżu, w czasie częściowego lockdownu. 15 grudnia 2020 r.Zaskakujące dane z Francji i Niemiec. "Pozytywny sygnał dla polskiego przemysłu"

Do Polski po fajerwerki

Na brak klientów nie narzekała dotąd Eliza Loba, sprzedawczyni w specjalistycznym sklepie z fajerwerkami w Słubicach. Choć i tu 90 procent kupujących to Niemcy, do połowy grudnia pandemii nie dało się tu odczuć. Tylko w listopadzie, gdy w Niemczech rozpatrywano wprowadzenie zakazu używania fajerwerków, liczba zamówień spadła. "To trwało około tygodnia, potem znowu wszystko wróciło do normy". Klienci przyjeżdżają z Berlina, ale i Bochum czy Magdeburga. Nie przyjeżdżają w ciemno, jak na bazar, tylko wcześniej umówieni na konkretną godzinę, wcześniej często przesyłają listę zakupów. Zakupy duże, szybkie i celowe, a przy tym sezonowe. Dlatego, mówi Eliza Loba, "z wyprawy do nas na razie nie zrezygnowali".

Ale od środy i na bazarze, i u Elizy może dużo się zmienić. W Niemczech, w związku z lockdownem, sklepy przemysłowe są zamknięte. Teoretycznie to powód, by na zakupy jechać do Polski. Ale na natłok z Brandenburgii czy choćby z sąsiedniego Frankfurtu nad Odrą nie ma co liczyć; Brandenburgia ograniczyła wyjazdy do Polski. Od teraz na kwarantannę trzeba się udać także po krótkim pobycie w Polsce (poniżej 24 godzin), co sprawia, że wyjazd na zakupy albo na tankowanie jest nieopłacalny. Berlin na razie takich ograniczeń jeszcze nie wprowadził. I mieszkańcy stolicy to ostatnia deska ratunku dla handlu w Słubicach w tym sezonie. Bo może okaże się, że jednak sporo osób nie kupiło jeszcze prezentów czy dekoracji. Albo fajerwerków - bo w Niemczech fajerwerków w tym roku sprzedawać nie można, ale można ich używać. Dla mieszkańców Berlina, którzy Sylwestra bez strzelania wyobrazić sobie nie mogą, sklep w Słubicach jest jedyną opcją. A dla Elizy Loby ci berlińczycy są jedyną szansą na uratowany sezon.

Bez Niemców nie ma bazaru

Paweł Sławiak i wielu jego kolegów z bazaru czekają z utęsknieniem na szczepionkę. Może, mówi Sławiak, "wtedy sytuacja się poprawi". W styczniu albo lutym. Inaczej wielu grozi plajta. A z bazaru żyje wiele osób: ponad 300 zatrudnionych i ich rodziny, często ich jedyny dochód jest z tego miejsca.

Jerzy Kirej i jego żona Katarzyna wolą nie myśleć, co będzie, jeżeli nic się nie zmieni. Oni też zarabiają tylko na bazarze. Dla Katarzyny pracy przy tak niewielu klientach już nie ma, więc przejęła opiekę nad dziećmi, odkąd szkoły zostały zamknięte. Nie wyobrażają sobie, że bazar mógłby splajtować. "Nie ma Słubic bez bazaru", mówi Jerzy. "A bazaru - bez Niemców", wzdycha Katarzyna.

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle.