Niemcy chcą osłabić unijną ustawę o łańcuchach dostaw. "Doręczono mi dokumenty. To było zaskakujące"

Powstające właśnie unijne regulacje mają zobowiązać firmy do przestrzegania praw człowieka w wykorzystywanych przez nich globalnych łańcuchach dostaw. Niemcy lobbują za zmiękczeniem przygotowywanych przepisów.
Zobacz wideo Mularczyk: Nie damy spokoju Niemcom

Rene Repasi zasiada w Parlamencie Europejskim dopiero od lutego br., gdzie zastąpił innego polityka Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). Jadąc do Brukseli miał tylko blade pojęcie, jak wielka przepaść dzieli polityczne oczekiwania od rzeczywistości. Od kilku miesięcy prawnik całym sercem angażuje się na rzecz unijnej ustawy o łańcuchach dostaw. W zamierzeniu nowe przepisy mają udowodnić, że Unia Europejska poważnie traktuje prawa człowieka i ochronę środowiska.

Dzięki ustawie europejskie firmy będą musiały bliżej przyjrzeć się warunkom, w jakich wytwarzane są ich produkty na całym świecie. Tyle teorii. W praktyce Rene Repasi został kilka tygodni temu poinformowany przez jedną z organizacji pozarządowych, że to właśnie jego kraj chce osłabić projekt ustawy, o czym jako pierwsi poinformowali dziennikarze magazynu „Monitor" niemieckiej telewizji publicznej.

Niemcy chcą osłabić unijną ustawę o łańcuchach dostaw

Potem doręczono mi także dokumenty ze stanowiskiem rządu niemieckiego. To było zaskakujące. Samo stanowisko SPD jest ostrzejsze niż to, co zawarto w niemieckiej ustawie o łańcuchach dostaw. Zieloni idą jeszcze dalej. Można zatem odnieść wrażenie, że to Wolna Partia Demokratyczna (FDP) naciska na hamulec

- uważa Rene Repasi.

Ustawa już za dwa miesiące

Niemiecka krajowa ustawa o łańcuchach dostaw wejdzie w życie 1 stycznia 2023 roku. Firmy z siedzibą w Niemczech, które zatrudniają ponad 3 tys. pracowników, czyli ok. 700 przedsiębiorstw, będą odpowiedzialne za przestrzeganie praw człowieka w obrębie swoich łańcuchów dostaw. Rok później przepisy obejmą także firmy, które zatrudniają powyżej 1 tys. pracowników, czyli już ok. 2,9 tys. firm.

Unijne prawo dotyczące łańcuchów dostaw to na ten moment wciąż tylko projekt. Do jego uchwalenia ma dojść jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się wiosną 2024 roku. Wówczas regulacjom podlegałyby także firmy zatrudniające ponad 500 pracowników, a przedsiębiorstwa musiałyby przyjrzeć się całemu łańcuchowi dostaw, a nie tylko bezpośrednim dostawcom, jak ma to miejsce w przypadku niemieckich przepisów. Unijne prawo byłoby mocniejsze przede wszystkim w kwestii odpowiedzialności, ponieważ umożliwiałoby poszkodowanym osobom pozywanie i żądanie odszkodowań od przedsiębiorstw przed sądami europejskimi. Po uchwaleniu przepisów wszystkie państwa UE będą miały dwa lata na zaadaptowanie dyrektywy do krajowych legislacji.

 

Problematyczny mechanizm 

Z dokumentów, które uzyskał europoseł Repasi, wynika, że strona niemiecka stara się osłabić unijny projekt ustawy o łańcuchach dostaw w trzech zasadniczych punktach. Po pierwsze firmy powinny odpowiadać tylko za ryzyka, na które mają „wpływ". Po drugie odpowiedzialność powinna zostać całkowicie zdjęta z inwestorów instytucjonalnych, takich jak banki czy firmy ubezpieczeniowe. Po trzecie firmy będą mogły uzyskać certyfikat potwierdzający, że ich procesy produkcyjne są prawidłowe. Po jego otrzymaniu będą ponosić odpowiedzialność tylko w przypadku rażącego zaniedbania lub działania umyślnego. Mechanizm ten został nazwany „regułą bezpiecznej przystani".

Ta zasada przyprawia mnie o duży ból głowy, ponieważ sprawia, że zasady odpowiedzialności tracą swoje znaczenie. Sprawiamy, że reguły te ostatecznie nie będą miały większego wpływu na cokolwiek. Rozumiem potrzebę posiadania przez firmy jakiejś formy zabezpieczenia w związku ze złożonością obowiązków dotyczących zachowania należytej staranności. Natomiast wtedy trzeba wyjaśnić kwestię, jak postępować z wadliwymi certyfikatami. A to w rządowym stanowisku nie zostało nigdzie wyjaśnione 

- ostrzega Rene Repasi.

Rumuńscy robotnicy pracują za darmo

DW poprosiło rzecznika niemieckiego Ministerstwa Pracy o komentarz w tej sprawie: „Obecnie dyrektywa jest negocjowana w grupie roboczej 'Prawo spółek handlowych' Rady Unii Europejskiej pod przewodnictwem czeskiej prezydencji. Przedstawione tam instrukcje rządu federalnego nie są jawne i dlatego nie będą komentowane. Ponadto proces kształtowania opinii przez rząd federalny nie został zakończony i będzie kontynuowany w świetle stanowiska innych państw członkowskich. Krytyka, że rząd federalny jest zbyt przychylny lobby biznesowemu, nie znajduje jednak żadnego odzwierciedlenia w trwającym procesie wypracowywaniu opinii. Rząd niemiecki jest przekonany, że dzięki obecnemu projektowi dyrektywy i aktualnemu stanowi dyskusji w grupie roboczej Rady można stworzyć skuteczne unijne prawo dotyczące łańcuchów dostaw."

Francja czy Niemcy?

Przed podjęciem pracy w Parlamencie Europejskim Rene Repasi był dyrektorem Erasmus Centre for Economic and Financial Governance na Uniwersytecie Erazma w Rotterdamie. Jego specjalnością były regulacje rynków finansowych. Repasi wbijał studentom do głów, że kryzys na rynku finansowym w 2009 r. wybuchł właśnie dlatego, że wszyscy ślepo polegali na agencjach ratingowych: firmach opłacanych przez branże do wystawiania certyfikatów.

Prawnik obawia się, że Unia Europejska powtórzy ten błąd przy ustawie o łańcuchach dostaw i pokłada teraz całą nadzieję we Francji, której stanowisko jest zbliżone do projektu Komisji: – Z tego, co słyszę w Radzie, stanowisko Niemiec nie ma poparcia większości. O ile wiem, „Reguła bezpiecznej przystani" jest popierana tylko przez Niemcy, a np. Francja jest wobec niej bardzo krytyczna. Dlatego uważam, że nic nie jest jeszcze przesądzone.

Taką nadzieję ma też Eva-Maria Reinwald, która pracuje jako promotorka ds. globalnej gospodarki i praw człowieka w organizacji Instytut Suedwind w Bonn. To jedna z ponad 130 organizacji pozarządowych, które dzień w dzień wywierają nacisk na polityków w celu wprowadzenia w Niemczech obowiązkowych przepisów dot. nadzoru nad łańcuchami dostaw. - Trzeba oddać poprzedniemu rządowi, że w ogóle uchwalił własną ustawę o łańcuchach dostaw, po tym, jak zrobiła to Francja i w podobnym czasie Norwegia. Teraz jednak z wielkim rozczarowaniem dowiadujemy się, że rząd niemiecki chce działać na rzecz osłabienia projektu Komisji Europejskiej.

Organizacje takie jak Suedwind, regularnie przypominają o uchybieniach w zakresie bezpieczeństwa, które doprowadziły do pożaru w fabrykach włókienniczych w Pakistanie w 2012 r. Wówczas zginęło ponad 250 osób, szwaczek, które pracowały dla niemieckiego dyskontu "Kik". Rok później doszło do zawalenia się fabryki włókienniczej Rana Plaza w Bangladeszu. Zginęło 1,1 tys. osób, choć bezpieczeństwo budynku zostało niewiele wcześniej potwierdzone certyfikatem. Innym przykładem było pęknięcie tamy w brazylijskiej kopalni w 2019 r., która wcześniej została sprawdzona przez niemiecką firmę certyfikacyjną „TÜV Süd". W katastrofie zginęło ponad 270 osób.

Reinwald podaje inny aktualny przykład: - Do wydobycia minerału miki (jest stosowana w produkcji lakierów samochodowych, cieni do powiek i produktów elektrycznych) w Indiach i na Madagaskarze wykorzystuje się zazwyczaj pracę dzieci, a łańcuchy dostaw są w tym zakresie mało przejrzyste. Byłoby ogromnie ważne, aby firmy zajęły się tym problemem, zamiast mówić: „Nie mamy wpływu, więc przymykamy oczy na to, co się dzieje".

Można, jeśli się chce

Porozumienie z Bangladeszu pokazuje, że sprawy mogą przybierać inny obrót. Tuż po katastrofie w Rana Plaza dziesiątki firm poparły porozumienie w sprawie ochrony przeciwpożarowej i budowlanej w Bangladeszu, a także procedury wykrywania i remontowania budynków fabryk, które znajdują się w kiepskim stanie przy użyciu niezależnych inspektorów bezpieczeństwa. Ponad 150 firm z branży modowej i tekstylnej podpisało w sierpniu 2021 r. umowę w tej sprawie.

Dlatego szczególnie za granicą bardzo uważnie śledzi się to, co dzieje się z unijną ustawą o łańcuchach dostaw - mówi Eva-Maria Reinwald. - Nasi partnerzy z organizacji pozarządowych, z którymi jesteśmy w kontakcie, oczywiście z niepokojem przyglądają się stanowisku rządu niemieckiego. I mają nadzieję, że Niemcy przyjmą w tym procesie postępową rolę. Europa postanowiła wspierać realizację celów zrównoważonego rozwoju i praw człowieka. Uchwalenie rozporządzenia, w tak okrojonej wersji, byłoby fatalnym sygnałem dla globalnej społeczności - twierdzi Reinwald.

Tekst pochodzi z serwisu Deutsche Welle.

Więcej o: