Do Bałtyku już niedługo wleją się ogromne ilości bardzo słonej i dobrze natlenionej wody z Morza Północnego, przez które nasze morze ma połączenie z Atlantykiem. To połączenie nie oznacza jednak łatwej wymiany wody między tymi akwenami. Dzieje się to w czasie tak zwanych wlewów, które mają miejsce co około dekadę. I właśnie taki wlew spodziewany jest na przełomie tego i przyszłego roku - pisał o tym niedawno dla Next.gazeta.pl dr Daniel Rak z Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk (IO PAN) w Sopocie. Z jednej strony, to zjawisko pozytywne i pożądane, ale niesie też ze sobą pewne ryzyka, w tym te dotyczące niebezpiecznych, powojennych pozostałości na dnie Bałtyku.
- Taka wymiana wody generuje dość duże prądy przydenne, co powoduje tak zwaną resuspensję, czyli poderwanie się najbardziej nieskonsolidowanego osadu z dna Bałtyku - mówił dr hab. Jacek Bełdowski, prof. IO PAN w "Porannej rozmowie Gazeta.pl". Wyjaśniał, że taki wzbudzony osad jest następnie rozprzestrzeniany w kierunku, w którym podążają morskie prądy. - Wchodzi przez cieśniny duńskie, potem przez Głębię Arkońską i Bramę Bornholmską na Głębię Bornholmską, tam, gdzie jest zatopione najwięcej amunicji i stamtąd, poprzez Rynnę Słupską, trafia do Głębi Gdańskiej i Gotlandzkiej. W tym momencie osady, które są zanieczyszczone tym, co wydostaje się z broni chemicznej, zostają rozpylone na dnie Bałtyku - wyjaśniał ekspert.
Co to za osady? Na dnie Bałtyku zatopione jest około pół miliona ton różnej amunicji. Przede wszystkim jest to broń konwencjonalna, która trafiła tam w wyniku działań wojennych, ale koroduje tam też około 40 tysięcy ton broni chemicznej - i ona pojawiła się w Bałtyku w nieco innych okolicznościach. Znalazła się tam w konsekwencji traktatu pocztamskiego, którego jednym z postanowień była demilitaryzacja Niemiec. Należącą do nich broń chemiczną przejęły europejskie państwa alianckie. Postanowiły uporać się z problemem, usuwając go sprzed oczu - i umieszczając na dnie morza.
- To są głównie bomby lotnicze i pociski artyleryjskie - mówił prof. Bełdowski. Jeśli chodzi o substancje, które zawierają bomby, to w 80 proc. jest to iperyt siarkowy, a w 20 proc. różnego rodzaju związki oparte o olej arsenowy, czyli klark, adamsyt i luizyt. - One też są drażniące i parzące. Dla środowiska one mogą być nawet groźniejsze od iperytu, ponieważ nigdy nie rozłożą się do substancji całkowicie nieszkodliwych - podkreślił ekspert.
Bomby, na które napotkali naukowcy, głównie były już bombami korodującymi, a znajdujące się w nich związki chemiczne były w kontakcie z morską wodą. Ale na taką broń trafiali też rybacy. Od czasu zatopienia broni sytuacji, kiedy do rybackich sieci trafiały fragmenty lub nawet całe bomby, było około 400. W kilku z nich doszło do poparzeń załogi.
Te substancje potrafią się przepalić nawet przez gumowe rękawice i dochodzi do poważnych poparzeń skóry, która jest nie tylko poparzona, ale i zatruta. Nie da się tego leczyć tak jak zwykłego poparzenia, najpierw trzeba to zneutralizować i dopiero wtedy skóra może się zregenerować
- mówił naukowiec IO PAN. Zauważył, że substancje znajdujące się w broni chemicznej rozkładają się w skomplikowany sposób, do około czterdziestu związków, z których część jest bardziej szkodliwa niż substancje macierzyste. - Te stężenia na szczęście są bardzo niskie, więc ten wyciek i rozprzestrzenianie się jest dość powolny - mówił.
Czy gdyby to rozszczelnianie broni chemicznej przyspieszyło, grozi nam katastrofa ekologiczna? - Gdyby przyspieszyło, to jak najbardziej, natomiast czy ono przyspieszy, tego nie wiemy - podkreślił prof. Jacek Bełdowski. - To, co zostało zrobione na Bałtyku jak do tej pory, to były projekty badawcze, które miałem przyjemność prowadzić, i one badały procesy. Sprawdzały, czy to jest toksyczne dla organizmów - i owszem, jest. Czy może wyciekać i rozprzestrzeniać się w osadach - tak, jak najbardziej. Czy może być transportowane w wyniku takiego wzbicia się zawiesiny, kiedy jest wlew - też jak najbardziej.
Czyli te wszystkie mechanizmy, które mogą prowadzić do powstania katastrofy, istnieją, natomiast nie wiemy o skali procesu i czy ten wyciek wzrasta, czy maleje. Ponieważ to wymagałoby monitoringów, czyli badania serii czasowych, albo badania wielkoskalowego, czyli mapowania i szacowania ryzyka dla dużych obszarów Bałtyku. To nigdy nie zostało przeprowadzone, ponieważ to już wymaga funduszy bardziej państwowych
- zauważył naukowiec z Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk.
Pewne poruszenie na polu międzynarodowym już w tej sprawie widać. Co dokładnie jest robione, kto w tym uczestniczy, jaka jest rola Polaków i czy w ogóle będziemy w stanie broń chemiczną z dna Bałtyku wydobyć i zneutralizować? Zapraszamy do obejrzenia całej rozmowy POD TYM LINKIEM, temat dotyczący bałtyckiego problemu z przeszłości zaczyna się w 19. minucie nagrania (wcześniejszym gościem programu był dr Adam Czerniak z Polityka Insight, z którym rozmawialiśmy o tym, jak rewolucja w nieruchomościach, która czeka nas już niedługo w związku z unijnymi regulacjami, może wpłynąć na ceny mieszkań - do obejrzenia tej rozmowy również zachęcamy).
Programu można też posłuchać, np. za pośrednictwem serwisu Spotify, z poniższego linka: