Kilka tygodni temu przez media i portale społecznościowe przetoczyła się dyskusja o elektrowni atomowej, sprowokowana wypowiedziami pomorskich urzędników, w tym wojewody Beaty Rutkiewicz. I dobrze - taki sposób wypowiadania się o lokalizacji elektrowni był niepoważny. Wybór lokalizacji czy oceny środowiskowe to złożony, wieloletni proces i nie powinno się go podważać, bo jedna urzędniczka "zastanawia się, czy decyzję wydano słusznie".
Teraz kolejna fala deklaracji poparcia dla atomu pojawiła się w mediach społecznościowych wraz z dyskusją o CPK i szerszą - o dużych projektach i "rozwoju". Można znaleźć wpisy polityków, aktywistów czy zwykłych użytkowników z deklaracjami "Tak dla CPK, atomu...." i nie tylko. W deklarowaniu swojego poparcia dla budowy elektrowni nic złego nie ma. Ale przy okazji tej dyskusji pojawiła się narracja, która także może być niebezpieczna - o tym, że elektrownia jądrowa rozwiąże wszystkie nasze problemy z energetyką.
Politycy różnych opcji powtarzają, że nie odejdziemy od węgla tak długo, jak długo nie będzie można go zastąpić atomem. Do tego u niektórych pojawia się emocjonalne podejście, typowe zresztą dla poprzedniej władzy. Ta mówiła np. o przekopie Mierzi Wiślanej czy innych inwestycjach, że to kwestia "godności", "odzyskania suwerenności", a kto jej nie chce, ten nie jest "prawdziwym Polakiem". Teraz w sieci można przeczytać, że ewentualnie opóźnianie czy "uwalenie" budowy elektrowni jądrowej to "zdrada". Co rzeczywiście da, a czego nie da nam budowa elektrowni atomowej?
Wobec projektu trzeba mieć realistyczne oczekiwania. Bo atom nam się przyda, pomoże w transformacji i rozwiąże pewne problemy - ale nie wszystkie. Zacznijmy od tego, czy jest nam niezbędny, żeby odchodzić od węgla.
A odchodzimy od niego nie tylko dlatego, że to konieczne dla ścinania emisji i ochrony klimatu. Nasze elektrownie są stare i wymagają remontów. Węgiel wydobywany w Polsce jest coraz droższy, a sektor staje się finansową dziurą bez dna (tylko na ten rok spółki górnicze domagały się 7 miliardów złotych wsparcia z budżetu). Poprzedni rząd teoretycznie widział dla węgla rolę w energetyce do 2049 roku, ale w praktyce już w latach 30. byłaby ona marginalizowana. Zdaniem ekspertów realną datą odejścia od węgla w produkcji prądu jest 2035 rok. Wiemy już, że do tego czasu praktycznie wygaszony będzie Bełchatów, największa elektrownia w Polsce.
To rodzi pytanie: co ten węgiel zastąpi? Jego rola już spada, ale w 2023 roku wciąż dał nam ponad 60 proc. produkcji elektryczności, a w ciemne, bezwietrzne dni - i 80 proc. Czy wygaszane elektrownie mógłby zastąpić atom? Mógłby - teoretycznie. W praktyce jednak nie spina się to czasowo.
Oficjalnie termin otwarcia pierwszego reaktora to 2033 rok, ale już wiadomo, że budowa ma opóźnienie. Przy założeniu, że żadnych kolejnych opóźnień już nie będzie, w 2035 roku będziemy mieli elektrownię jądrową z jednym reaktorem o mocy trochę ponad 1,2 gigawata. To mniej niż 1/4 mocy elektrowni Bełchatów, a z całego węgla mamy ponad 30 gigawatów. W jaki więc sposób ta elektrownia ma uzupełnić "dziurę" po węglu? Poprzedni rząd zakładał co prawda, że do 2040 roku będziemy mieli już niemal 8 gigawatów atomu, ale to założenie skrajnie optymistyczne, bo wymagałoby ukończenia do tego czasu pozostałych reaktorów w pierwszej elektrowni, zbudowania całej drugiej, a także licznych tzw. małych reaktorów.
Nawet jeśli taki scenariusz by się sprawdził, to budowa atomu ani nie załata "dziur" po węglu w najbliższych 10 latach, ani nie da nam całkowicie "czystej" energetyki. Nie wyeliminuje też potrzeby włączania od czasu do czasu elektrowni na gaz (lub węgiel), gdy przez pogodę zabraknie prądu ze źródeł odnawialnych.
Czy jesteśmy zatem skazani na drożejący, emisyjny węgiel i remonty elektrowni? Niekoniecznie. Jeden z ostatnich raportów Fundacji Instrat pokazał, że do 2040 roku - i z atomem, i bez niego - możemy praktycznie odejść od produkcji energii z paliw kopalnych. Taki system opierałby się w ogromnej większości na energii z wiatru i słońca. Żeby działał, konieczne jest nie tylko postawienie samych wiatraków i paneli, ale też rozbudowa sieci elektroenergetycznych i magazynów energii oraz pozostawienie części elektrowni na gaz (lub węgiel) w rezerwie na ciemne, bezwietrzne dni w grudniu czy styczniu.
Konieczne jest drastyczne zwiększenie tempa inwestycji w modernizację sieci elektroenergetycznych, a także dostosowanie systemu do nowych źródeł.
Czy elektrownia jest potrzebna do stuprocentowej dekarbonizacji, czyli odejścia w energetyce od węgla, gazu i części biomasy? Tutaj opinie są podzielone. Część ekspertów pokazuje wyliczenia, w których "spina się" system oparty tylko o odnawialne źródła energii (taki chcą mieć np. Niemcy), część przekonuje, że bez atomu nie ma w polskich warunkach szans na 100 proc. czystej energii.
Elektrownię dobrze budować, ale trzeba mieć co do niej realistyczne oczekiwania. A także plan B - na wypadek, gdyby budowa dalej się opóźniała i pierwszy reaktor powstał nie w 2035, a np. 2038, albo 2040 roku.
Ale nawet jeśli przyjąć, że atom nie jest nam absolutnie niezbędny lub że projekt jest obarczony dużym ryzykiem (opóźnienia, rosnących kosztów) - to może on być przydatny. Według Fundacji Instrat energetyka jądrowa nie będzie filarem transformacji, ale może ją wesprzeć.
Po pierwsze - pomoże nam dopiąć system energetyczny całkowicie wolny od paliw kopalnych. Np. wspomina analiza Instratu pokazuje, że mając elektrownie jądrowe w 2040 roku (dające nam 14 proc. produkcji prądu) będziemy potrzebować nieco mniej gazu i źródeł odnawialnych innych niż wiatr i słońce. A w dalszej perspektywie podstawa produkcji prądu z atomu może ułatwić całkowicie pozbycie się emisji z energetyki.
Po drugie, nawet przy szybkiej rozbudowie i atomu, i OZE, nie ma co martwić się nadmiarem prądu. Ten będzie nam potrzebny do ładowania magazynów energii, do zasilenia pomp ciepła (ogrzewanie) czy transportu (samochody elektryczne, szybka kolej) czy wreszcie do produkcji wodoru - a ten przydać się może wszędzie, od przemysłu, przez lotnictwo po ogrzewanie.
Po trzecie, system energetyczny oparty tylko i wyłącznie na źródłach odnawialnych - nawet jeśli teoretycznie możliwy - ma swoje wady. Wymaga on m.in., aby tych źródeł - wiatraków, paneli fotowoltaicznych - a także magazynów energii było dużo, nawet bardzo dużo. Jeden reaktor jądrowy, działająca w sposób niezależny od pogody, wyprodukuje tyle prądu, co kilkaset wiatraków. Atom potrzebuje najmniej terenu na jednostkę wyprodukowanej energii. Zatem zbudowanie jednej czy dwóch elektrowni pozwoli nam "oszczędzić" ziemię potrzebną na kilka lub kilkanaście dużych farm wiatrowych.
Wśród zwolenników atomu można znaleźć jeszcze inne argumenty, wykraczające poza kwestie energetyczne i klimatyczne - jak zacieśnienie współpracy z USA, które ma dostarczyć technologię do przynajmniej pierwszej elektrowni, i co ma teoretycznie poprawić nasze bezpieczeństwo. Patrząc czysto technicznie, czy nawet technokratycznie, można spokojnie argumentować za budową elektrowni jądrowej (chociaż są też uzasadnione wątpliwości jak ogromne koszty). Nie trzeba sprowadzać dyskusji na pole skrajnych emocji, mówienia o "zdradzie" i "godności". Nie powinnyśmy też liczyć, że elektrownia rozwiąże nasze wszystkie problemy z węglem i energetyką, bo tak po prostu nie będzie. A takie myślenie grozi tym, że na drugi czy trzeci plan zejdą inne niezbędne projekty w energetyce.
Oczywiście w rozmowie o transformacji pewna dawka emocji nie zaszkodzi. Przed nami wiele wyzwań związanych z klimatem i to, w jaki sposób o nich mówimy, może przesądzić o tym, w jaki sposób jako społeczeństwo do nich podejdziemy. Ale jeśli już uderzmy w wysokie tony i mówimy o "racji stanu", to pamiętajmy, że dla niej budowa wiatraków, paneli fotowoltaicznych, sieci i magazynów energii czy poprawa efektywności energetycznej są co najmniej tak samo ważne - a prawdopodobnie ważniejsze - jak elektrownia atomowa.
- Nie można wstrzymywać inwestycji w OZE w nadziei na szybki rozwój energetyki jądrowej. Nasze analizy pokazują, że obie te technologie mogą ze sobą dobrze współpracować - ocenia Patryk Kubiczek z Fundacji Instrat.