Na miesiąc przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, 10 maja, Solidarność planuje w Warszawie protest wymierzony w Europejski Zielony Ład. W opłaconych reklamach na Twitterze naciąga dane dot. kosztów polityki klimatycznej.
W jednej z takich reklam związek zawodowy pisze o nowym systemie handlu emisjami (ETS 2), który nazywa "podatkiem". System ma zacząć działać w 2027 roku (lecz może to być opóźnione, jeśli pojawią się wyjątkowe okoliczności). Będzie podobny do istniejącego systemy handlu uprawnieniami do emisji, który działa już od wielu lat. W nim np. elektrownie na węgiel lub gaz muszą kupować pozwolenia na każdą tonę wyemitowanego dwutlenku węgla. To sprawia, że produkcją energii trująca atmosferę staje się mniej opłacalna. Zaś za te środki (do budżetu Polski trafiło w 2023 roku ponad 20 miliardów złotych) można finansować zieloną transformację.
Nowy system będzie obejmował inne sektory niż obecny: budynki (np. ogrzewanie węglem) oraz transport. Zasada działania będzie podobna, jednak z istotnymi różnicami. System ma działać tak, by cena uprawnień nie przekraczała pewnego pułapu, a część środków z góry będzie przeznaczona na wsparcie najuboższych.
W reklamie, którą Solidarność zachęca do protestu, czytamy, że koszt systemy ETS na jedno gospodarstwo domowe "może sięgnąć nawet 10 000 z". Ta liczba jest jednak naciągniętą, maksymalną wartością, która pojawiłaby się pod warunkiem, że system nie zadziała tak, jak założono (bo nie zadziała cena maksymalna).
Skąd wzięto tę liczbę? Solidarność powołuje się na analizę Marka Lachowicza, ekonomisty związanego z konserwatywno-liberalnym think-tankiem Warsaw Enterprise Institute, który nieraz krytykuje politykę klimatyczną i środowiskową. Chociaż Solidarność pisze o kosztach rzędu 10 tys. zł na gospodarstwo, to już we wstępie analizy Lachowicza można przekonać się, że to więcej niż zakłada nawet opisany przez niego czarny scenariusz gwałtownego wzrostu cen w systemie.
Jedną z głównych różnic między istniejącym systemem handlu emisjami a nowym jest wprowadzenie ceny maksymalnej, obowiązującej do 2029 roku. Ta została ustalona na poziomie 45 euro za tonę CO2. Przy takiej cenie koszt nowego ETS 2 na statystyczne polskie gospodarstwo wyniesie ok. 1560 zł w 2030 r. rocznie (lub 130 zł miesięcznie). Skoro taki jest przeciętny koszt przy maksymalnej cenie systemu, to skąd strasząca informacja o 10 tys. zł?
Granica cenowa w systemie jest "miękka". To oznacza, że cena uprawnień może wzrosnąć powyżej 45 euro, ale w takim wypadku - żeby zbić cenę - na rynek zostanie uwolniona nowa pula uprawnień. To powinno spowodować zbicie ceny. Jednak teoretycznie możliwe jest, że mechanizm nie zadziała. Nie wiadomo też, czy i tak będzie ograniczana w kolejnej dekadzie.
Gdyby cena rosła dalej, w górę szedłby koszt dla przeciętnego obywatela. Lachowicz wylicza, że gdyby sięgnęła 200 euro za tonę, to przeciętne gospodarstwo zapłaciłoby ponad 7 tys. zł rocznie (lub niecałe 600 zł miesięcznie). To wciąż nie 10 tys., o których pisze Solidarność, a do tego zakłada, że przez lata kraje Unii Europejskiej pozwolą, by cena rosła gwałtownie mimo (przewidywalnego) niezadowolenia części społeczeństwa.
Opłata w systemie ETS 2 będzie częścią ceny paliwa czy opału (nie będziemy płacić samodzielnie jej jako osobnego "podatku" czy daniny). Będzie ona zależeć od ceny uprawnień oraz tego, jak bardzo emisyjne jest dane paliwo (np. spalanie węgla to więcej emisji CO2 niż w przypadku gazu). Jak pisze w odpowiedzi na nasze pytania Robert Jeszke, Kierownik Centrum Analiz Klimatyczno-Energetycznych, można już wyliczyć cenę dla konkretnego paliwa czy opału.
"Gdyby przyjąć do analizy cenę maksymalną za uprawnienie, jaka ma obowiązywać do końca 2029 roku czyli 45 euro/tona to koszty samego ETS2 wynosiłby około: 450 zł/tona dla węgla kamiennego, około 40 gr/m3 gazu ziemnego, około 30 gr/litr LPG, około 50 gr/litr benzyny i diesla" - wylicza Jeszke.
To, ile dokładnie zapłacimy, zależy więc od tego, czym ogrzewamy domy i jak się poruszamy. Opłata będzie dotkliwa w przypadku węgla, który jest najbardziej emisyjny. Obecnie tonę węgla typu groszek można kupić za ok. 1500 zł, więc opłata z nowego systemu to podwyżka aż o ok. 30 proc. Gospodarstwo domowe zużywające 3 tony węgla poniosłoby koszty rzędu 1350 zł.
W przypadku mniej emisyjnego gazu procentowy udział opłaty za emisje jest mniejszy. Obecnie (przy zamrożonych cenach) metr sześcienny gazu, z opłatą za dystrybucję, kosztuje trochę ponad 3 zł. A więc ETS 2 oznaczałby podwyżkę o kilkanaście procent. Przy rocznym zużyciu np. 2500 m3, to dodatkowy koszt 1000 zł rocznie (lub 83 zł miesięcznie).
Jeśli chodzi o paliwo - wszystkim zależy od tego, jak wiele i jakim samochodem jeździmy. Ale tylko niewielka część kierowców pokonuje więcej niż 20 tys. km rocznie, a prawie co drugi - mniej niż 10 tys. Zatem przeciętny kierowca, jeżdżący przeciętnym samochodem, poniesie koszt ok. 300-400 zł rocznie (lub 25-33 zł miesięcznie). Jeżdżąc dużym samochodem, który spala o wiele więcej paliwa - zapłacimy więcej. Zaś wybierając ekonomiczny, mało palący pojazd - mniej. Taki jest zresztą sens systemy handlu emisjami.
Pod znakiem zapytania pozostaje to, co po 2029 roku. Z jednej strony można spodziewać dalszego wzrostu kosztu uprawnień. Jednak - jak wyjaśnia Jeszke - skala wzrostu będzie zależeć od przyszłych regulacji związanych chociażby z finansowaniem inwestycji w transformację np. ze środków pochodzących ze sprzedaży uprawnień w ETS2.
Największym zagrożeniem systemu ETS 2 jest to, że będzie stanowił o wiele większe obciążenie dla uboższych. Dla dobrze zarabiających osób kilkadziesiąt złotych miesięcznie (a nawet kilkaset, w scenariuszu ceny powyżej maksimum) nie jest kolosalnym obciążeniem. Jednak dla najuboższych gospodarstw może to być problem.
Do tego osoby w gorszej sytuacji materialnej nie będą w stanie tak łatwo uniknąć opłat związanych z systemem ETS. Lepiej sytuowanych stać na nowy samochód elektryczny i pompę ciepła, mieszkańcy miast mają do dyspozycji systemy komunikacji zbiorowej i centralne ogrzewanie. Korzystanie z nich sprawia, że opłaty za emisje ich nie obchodzą, bo wykorzystują czyste lub niskoemisyjne technologie. Z drugiej strony mamy rodzinę mieszkająca w domu na wsi
Czy jednak to oznacza, że system ETS po prostu wpędzi niektórych ludzi w ubóstwo, jak grozi Solidarność? Całe założenie zielonej transformacji ma temu przeciwdziałać. Po pierwsze, środki pozyskiwane z ETS 2 będą obowiązkowa trafiać do unijnego Społecznego Funduszu Klimatycznego. We wspomnianej analizie WEI oszacowano, że Polska może otrzymać z niego ok. 15,3 mld euro, tj. ok. 70 mld zł. Te środki mają być przeznaczone właśnie na wsparcie tych osób, dla których opłata za emisje jest trudna do udźwignięcia.
Po drugie, założeniem systemu nie jest to, aby ludzie musieli stale ponosić opłatę (dlatego nie jest to podatek), lecz że jak najszybciej przestaną musieć ją płacić. System ETS obejmie paliwa kopalne - ropę, gaz, węgiel. Więc gospodarstwo domowe, które nie ogrzewa domu węglem lub gazem (tylko pompą ciepła lub z sieci) oraz w małym stopniu korzysta z samochodu spalinowego, ponosi małe lub zerowe koszty. A Społeczny Fundusz Klimatyczny i inne środki unijne i krajowe mają wspomóc wszystkich potrzebujących wsparcia w przejściu od nieefektywnych, zatruwających atmosferę źródeł ciepła i środków transportu do czystych alternatyw. Taki idealny scenariusz sam się nie wydarzy, jednak rolą nie tylko Unii, ale przede wszystkim władz państw - w tym Polski - jest upewnienie się, że transformacja będzie przebiegać w sposób sprawiedliwy społecznie.