Rząd wdraża nowy program dopłat do samochodów elektrycznych, który ma zastąpić opodatkowanie aut spalinowych. Wsparcie obejmie nie tylko nowe samochody. Dopłaty do używanych elektryków mogą znacząco przyspieszyć rozwój polskiego rynku e-aut - twierdzi Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności (PSNM), na które powołuje się "Rzeczpospolita".
Ponad połowa ankietowanych na samochód elektrycznych mogłaby wydać maksymalnie 50 tys. zł, co pozwala na zakup tylko najstarszych modeli zasilanych prądem. Dlatego tak ważne są dopłaty do używanych aut. Bazowa dopłata ma wynosić 30 tys. złotych i maksymalnie wzrośnie do 40 tys. zł i obejmie nowe elektryki do kwoty 225 tys. zł. Średnie cena elektryka w Polsce to jednak 250-260 tys. zł - wylicza prezes Instytutu Samar, Wojciech Drzewiecki. W przypadku samochodów, które nie wyjeżdżają wprost z salonu, rząd dofinansuje zakup do 150 tys. zł, ale tylko jeśli pojazd nie będzie miał więcej niż cztery lata.
Wszystkie Tesle wypadają. Nie będzie po prostu dopłat do samochodów z najwyższej półki, tylko ze średniej, a także możliwość leasingu i zakupu używanych aut elektrycznych
- mówiła w rozmowie z Money.pl Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministerka funduszy i polityki regionalnej. Przygotowano też bonusy dla osób, które zarobiły mniej niż 135 tys. zł w roku poprzedzającym złożenie wniosku o dotację. Takie osoby otrzymają dodatkowe 10 proc. dotacji. Na taki sam dodatek mogą liczyć osoby, które zdecydują się na zezłomowanie auta spalinowego, którym jeździli co najmniej trzy lata. Cały program ma kosztować 1,5 mld zł. To dwa razy więcej niż wsparcie z obecnego programu wsparcia "Mój elektryk".
W całej Unii elektryki stanowią 14,6 proc. samochodów. Średnią te zaniża Polska, gdzie takie auta stanowią mniej niż 4 proc. rynku. - Jeśli chodzi o opłaty od samochodów spalinowych, uznaliśmy, że coś, co może mieć swoje uzasadnienie w innych krajach - danie impulsu podatkowego, by ludzie przesiadali się na elektryki - w warunkach polskich jest nie do przyjęcia - mówiła w rozmowie z money.pl ministerka. - To w ogóle nie ten etap, jest za drogo, rynek jest za mało rozwinięty, więc apetyt ludzi na auta elektryczne jest umiarkowany i to z zasadnych powodów. Trzeba więc zacząć od zachęt, tak jak to funkcjonuje w 20 krajach unijnych - dodała.
Ale to nie jedyny problem, jaki trzeba przeskoczyć. Bez odpowiedniej sieci ładowarek trudno będzie zachęcić obywateli do korzystania z elektryków. A ta jest marna. Według danych GDDKiA na krajowej sieci szybkich tras istnieje tylko 91 stacji ładowania dla samochodów osobowych ulokowanych na 87 miejscach obsługi podróżnych. A na realizację przyłączy do stacji przeznaczono tylko 1 mld zł, "które w praktyce nie zawsze są przeznaczone na inwestycje energetyczne związane z elektromobilnością" - czytamy w "Rz".
Unia Europejska planuje zmniejszyć emisje CO2 pochodzące od nowych samochodów osobowych i dostawczych o 100 proc do 2035 roku. W tym celu mają być wprowadzone m.in. opłaty rejestracyjne aut spalinowych i jednorazowy podatek, którego wysokość będzie zależała od normy spalania (EURO) danego pojazdu. Oprócz tego Rada UE przyjęła zakaz rejestracji aut spalinowych po 2035 roku. Polska sprzeciwia się jednak wprowadzeniu nowych danin.