"El Niño oficjalnie się skończyło według NWSCPC [Centrum prognoz klimatycznych Krajowego Serwisu Pogodowego - red.] i jesteśmy w warunkach neutralnych, czekając na rozwój La Ninii" - podała amerykańska NOAA (Narodowa Służba Oceaniczna i Atmosferyczna).
Amerykanie pilnie śledzą te zjawiska, bo wpływają na pogodę u wybrzeży ich kraju (choć nie tylko tam). NOAA dodaje w cytowanym powyżej poście, że jej eksperci dyskutują teraz o tym, "czy silne El Nino zwiastuje silną La Nina". To ważne dla milionów mieszkańców wybrzeży. La Nina może bowiem wzmocnić tegoroczny sezon huraganów na Atlantyku. Ale to niejedyny jej potencjalny wpływ.
Zacznijmy może od wyjaśnienia, czym są często pojawiające się przy okazji opisywanych w mediach ekstremalnych zjawisk pogodowych określenia "El Nino" i "La Nina". To elementy tzw. oscylacji południowej (z angielskiego ENSO - El Nino Southern Oscillation). Występuje tropikalnych obszarach Pacyfiku, a w jej ramach wyodrębniane są trzy fazy: La Nina z ujemną anomalią temperatury powierzchni, faza neutralna z temperaturą zbliżoną do wieloletniej średniej oraz El Nino z anomalią dodatnią. Temperatura powierzchni oceanu to jeden z czynników branych pod uwagę przy określaniu momentu oscylacji południowej. Do niej dochodzi sytuacja w atmosferze (prędkość wiatrów i opady). Cykl nie odnawia się w równych odstępach czasu (pełne koło zatacza co 2-7 lat). Więcej na ten temat można przeczytać w szczegółowo wyjaśniającym to zagadnienie artykule dr Aleksandry Kardaś na portalu Nauka o klimacie>>>.
W uproszczeniu, El Nino jest zatem fazą ciepłą (i działającą "podgrzewająco"), a la Nina chłodną (i "ochładzającą"). Co ważne: są to zjawiska naturalne, sezonowo wpływające na klimat, ale mogą podbijać też efekty potężnej, generowanej przez człowieka zmiany klimatu. I ostatnie El Nino, obecne od maja 2023 roku do maja tego roku, tak właśnie działało, przyczyniając się m.in. do obserwowanych przez wiele miesięcy rekordów temperatur powierzchni oceanów, stresu cieplnego raf koralowych czy suszy w Amazonii i Ameryce Centralnej - podaje NOAA.
W teorii powinniśmy mieć teraz chwilę oddechu od klimatycznych zawirowań - jesteśmy w końcu w fazie neutralnej. Ale to tylko teoria, bo faza ta, według NOAA, może nie potrwać zbyt długo. Amerykańscy eksperci prognozują, że istnieje 65-procentowa szansa, że La Nina rozwinie się w okresie od lipca do września. Szanse, że pojawi się tej zimy (dla półkuli północnej) wynoszą obecnie 85 proc. Według ekspertów, La Nina może nadejść nieco wolniej niż zwykle, ale wiele wskazuje na to, że będzie obecna w czasie szczytu sezonu huraganów na Atlantyku.
La Nina, chłodząc powierzchnię wody oceanicznej, działa w sposób, który sprzyja formowaniu się huraganów. Jeśli jednak pojawi się nieco później niż zwykle, może "nie zdążyć" podbić sezonu burz na Atlantyku (niosących zagrożenie wybrzeżom USA). Z trzeciej strony, jak zauważa portal Axios, i tak widoczne są inne czynniki, które mogą sprawić, że tegoroczny sezon huraganów będzie bardzo aktywny, tak jak wspomniane już rekordowo wysokie temperatury powierzchni oceanu.
Ale cykl od El Nino do La Nina wpływa na ludzi także w inny sposób. Może potęgować zjawiska pogodowe ważne dla upraw i rolnictwa w ogóle (a zatem i w konsekwencji cen towarów rolnych). Bardziej zagrożone ewentualnymi podwyżkami cen są tutaj uprawy mocno skoncentrowane geograficznie. Czyli dla rynku np. pszenicy zjawiska te mają mniejsze znaczenie. La Nina może wręcz tu "pomóc", bo pociąga za sobą duże opady deszczu np. w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej oraz w Indiach i Australii. Pod warunkiem rzecz jasna, że deszcze nie przerodzą się w katastrofalne powodzie. Na południu Stanów Zjednoczonych La Nina często przynosi suchsze niż zwykle warunki.
Wiele zależy od tego, jaka będzie aktualna La Nina. Wiemy już, że El Nino był wyjątkowo silny i podbijał rekordy temperatur na świecie. Na razie zdecydowanie za wcześnie, by eksperci mogli formułować prognozy dotyczące jego "zmienniczki".