Zmiana klimatu narobi nam problemów nawet w kosmosie. Zagrożone będą nasze satelity

Jakby brakowało nam kłopotów na Ziemi, teraz okazuje się, że zmiana klimatu narobi problemów także w kosmosie. Zmiany właściwości atmosfery sprawią, że na niskiej orbicie - gdzie umieszczamy większość satelitów - pozostanie więcej "kosmicznych śmieci". Im bardziej zaśmiecimy orbitę, tym większe będzie zagrożenie uszkodzenia działających satelitów.
Satelita (zdjęcie ilustracyjne)
rawpixel.com / NASA (Source)

Nowe badanie pokazuje, że zmiana klimatu może sprawić, że zmniejszy się przestrzeń, w której mogą bezpiecznie działać nasze satelity - opisuje agencja AP. Według ich szacunków może to być spadek o między 33 a 83 proc. do końca tego stulecia.

Zobacz wideo Donald Trump wspiera Elona Muska. Postanowił kupić Teslę

Ta przestrzeń kurczy się, a na niskiej orbicie Ziemi zostanie więcej "kosmicznych śmieci" - satelitów i ich pozostałości, których coraz więcej umieszczamy w kosmosie.

Ocieplenie i ochłodzenie

Nasze emisje gazów cieplarnianych sprawiają, że na Ziemi zostaje więcej energii. W ten sposób podgrzewa się najniższa warstwa atmosfery, co zaburza nasz klimat, prowadzi m.in. do groźniejszych fal upałów i niestabilnej pogody.

Ale skoro gdzieś energii jest więcej, to w innym miejscu musi być jej mniej - i to także może mieć dla nas niebezpieczne konsekwencje. Gdy na skutek efektu cieplarnianego ochładza się najniższa część atmosfery. Tymczasem jej górne partie - konkretnie termosfera - kurczą się i ochładzają. 

Zimne powietrze jest rzadsze, a więc krążące nad ziemią satelity i odpady napotykają mniejszy opór. Im mniejszy ten opór, tym mniejsza część tych obiektów spada na Ziemię i spala się w atmosferze. Dotychczas w ten sposób zaśmiecana przez nas orbita do pewnego stopnia sama oczyszczała się ze śmieci.

Naukowcy z Massachusetts Institute of Technology (MIT) sprawdzili, że wraz z postępem globalnego ocieplenia to zjawisko będzie słabnąć. Ponieważ nie ma żadnego innego sposobu na "wyczyszczenie" orbity, to będzie tam zostawać więcej przedmiotów. W tej chwili na niskiej orbicie (poniżej 2000 km) znajduje się 10 tys. satelitów i prawdopodobnie miliony kosmicznych śmieci.  

Większość z nich - pozostałości satelitów i rakiet, resztki kosmicznych katastrofach - ma tylko kilka milimetrów, ale porusza się niczym pociski - zwraca uwagę AP. Uderzenie w działającego satelitę może go zniszczyć. To oznacza nie tylko koszty i utratę ważnych usług (jak zdjęcia satelitarne, telekomunikację itd), ale też wytworzenie kolejnych tysięcy małych odpadów. 

W ten sposób przestrzeń do bezpiecznego działania satelitów zmniejszy się o kilkadziesiąt procent. - Górne warstwy atmosfery są wrażliwe, a zmiana klimatu zakłóca status quo - powiedział główny autor publikacji naukowej William Parker. Jak dodał:

Jednocześnie nastąpił ogromny wzrost liczby wystrzeliwanych satelitów, zwłaszcza w celu dostarczania szerokopasmowego Internetu z kosmosu. Jeśli nie będziemy ostrożnie zarządzać tą aktywnością i pracować nad zmniejszeniem emisji, przestrzeń kosmiczna może stać się zbyt zatłoczona, co doprowadzi do większej liczby kolizji i śmieci.

Zagrożony ozon

Chociaż spalanie odpadów w atmosferze pozwala "wyczyścić" orbitę, to także nie jest pozbawione swoich konsekwencji. Jak pisaliśmy niedawno w Gazeta.pl, inne badanie wykazało, że związki chemiczne uwalniane podczas spalania się satelitów w atmosferze niszczą warstwę ozonową Ziemi.

Wraz z gwałtownie rosnącą liczbą obiektów na orbicie - szczególnie konstelacji satelitów, jak Starlink Elona Muska - coraz więcej z nich w końcu spada na Ziemię (często w ramach zaplanowanego wycofania z użycia). Tylko w styczniu tego roku "powrót do atmosfery" zaliczyło 120 z 7 tys. satelitów Muska. Spalenie jednego Starlinka podczas wchodzenia do atmosfery wydziela około 30 kilogramów tlenku glinu (aluminium). To substancja, która powoduje rozpad ozonu w atmosferze. 

Opisane przez naukowców scenariusze wycofywania satelitów z megakonstelacji (jak Starlink) pokazują, że roczne emisje tlenków aluminium mogą sięgnąć nawet 360 ton rocznie. To oznaczałoby "poważne wyniszczenie" warstwy ozonowej, a w konsekwencji więcej niebezpiecznego promieniowania docierałoby do Ziemi.

Więcej o: