W kwestii klimatu pierwszą turę wygrały węglowe bzdury. Na tym możemy stracić wszyscy

Polski węgiel jest drogi, w większości trudny do wydobycia, elektrownie się starzeją, a smog zabija. To nie przeszkadzało niektórym kandydatom na prezydenta powtarzać w kampanii, że "musimy fedrować" nasze "czarne złoto". Ci politycy zdobyli w sumie ponad połowę głosów w pierwszej turze, co źle zwiastuje nam wszystkim, łącznie z górnikami.
Debata prezydencka w TVP
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Przed pierwszą turą wyborów pisaliśmy o przekłamaniach i manipulacjach dotyczących klimatu i energetyki, które pojawiły się w czasie kampanii wyborczej. Po pierwszej turze można powiedzieć: bzdury wygrały. Ci kandydaci, którzy lekceważą kwestie klimatu i mamią powrotem do węgla, zdobyli ponad połowę głosów. 

Zobacz wideo "Mnie to Panie premierze nie rusza" Przemówienie Nawrockiego

Węglowi kandydaci

Karol Nawrocki powtarzał w debatach, że "polski węgiel powinniśmy fedrować" (może próbując nawiązać do Donalda Trumpa i "drill, baby, drill) do czasu uruchomienia elektrowni jądrowych, które są "najbardziej stabilnym i elastycznym źródłem energii". Źródła odnawialne widzi jedynie jako dodatek do systemu.

Grzegorz Braun przekonywał "tylko węgiel się opłaca" i mówił wielokrotnie o "strefie dyskryminacji i wykluczenia w Warszawie". Sławomir Mentzen obiecywał, że węgiel zapewni nam "tanią energię". Węgiel ma być tani, gdy - jak chce tego polityk Konfederacji - przestaniemy płacić opłaty w ramach systemu ETS. Tyle że w rzeczywistości opłata ta jest uiszczana przez elektrownie spalające węgiel, a nie kopalnie - nie ma więc wpływu na cenę samego paliwa. To jest w Polsce drogie niezależnie od polityki klimatycznej Unii. 

Ci kandydaci nie byli jedynymi, których wypowiedzi na tematy energetyki i klimatu miały - w najlepszym razie - luźny związek z rzeczywistością. Manipulację w debatach wytknęliśmy też Rafałowi Trzaskowskiemu. Jednak on, podobnie jak kandydaci Lewicy czy Szymon Hołownia, deklarowali bardziej realistyczne podejście do energetyki i stawianie na rozwój miksu źródeł odnawialnych i elektrowni jądrowych.

Obrona polskiego "czarnego złota" stała się już niemal kampanijnym rytuałem - był to wątek chyba wszystkich wyborów ostatnich 10 lat i wcześniej. Ale w przeciwieństwie do narracji polskiej prawicy, świat się zmienia. Węgiel to nie tylko problem ze względu na klimat i smog. Coraz bardziej stanowi on kulę u nogi naszej gospodarki, bo prąd z węgla jest coraz droższy i obarczony wysoką emisją CO2, co może zniechęcać inwestorów. 

Wybory bez klimatu

Trzeba oczywiście zauważyć, że kwestie klimatu, czy nawet samej energetyki nie było wśród głównych tematów kampanii. Kandydaci wspominali o nich, odpowiadając na pytania w debatach i wywiadach, ale nie brali ich na swoje sztandary. Zatem nie można zakładać, że dla samych wyborów takie podejście do węgla było głównym powodem wyboru prawicowych kandydatów. 

Jednak głosujący na Nawrockiego, Mentzena i Brauna po pierwsze co najmniej akceptowali ich podejście do klimatu i energetyki, a po drugie - sami kandydaci mogli tymi wypowiedziami przekonywać ich o rzekomych zaletach opierania energetyki na węglu.

Poza tym obawy dot. energii - szczególnie jej cen - czy szerzej polityki klimatycznej to nie tylko efekt dezinformacji płynącej z ust polityków, ale też obawy, które mają sami wyborcy. Siły polityczne - czy w Polsce, czy w Brukseli - które chcą wprowadzania bardziej ambitnych przepisów dot. klimatu, musi robić wszystko, aby po pierwsze nie uderzały one w osoby w i tak trudnej sytuacji materialnej, a po drugie - były dobrze wyjaśnione i zrozumiałe dla obywateli. 

Tymczasem poparcie dla kandydatów, którzy kurczowo chcą trzymać się węgla, oznacza dla nas kłopoty. Bo ze względu na klimat i zdrowie z jednej strony, a na gospodarkę i rozwój z drugiej - potrzebujemy dobrze zaplanowanej transformacji energetycznej. 

Zła wiadomość dla wszystkich

Chociaż ci politycy chętnie zarzucają innym kierowanie się "ideologią" w kwestiach klimatu i energetyki, to właśnie obstawanie przy węglu jest podejściem bardziej ideologicznym, a nie opartym na faktach. Jedyną zaletą węgla jest to, że... jest - to znaczy, że w Polsce znajdują się jego zasoby. Tyle że jeśli chodzi o węgiel kamienny, to te łatwo dostępne zasoby w dużej mierze wyczerpaliśmy. Teraz mamy głównie węgiel kiepskiej jakości, którego złoża są głęboko, a ich wydobycie wiąże się z dużymi kosztami i ryzykiem dla górników. Jak zwrócił uwagę dziennikarz Bartłomiej Derski, "wydajność wydobycia w Polskiej Grupie Górniczej w 2024 roku była jedynie o 14 proc. niższa niż w prywatnych biedaszybach z przełomu wieków".

To, że jakieś zasoby węgla w Polsce mamy, wcale nie znaczy, że stanowi on tanie źródło energii. Poza samymi kosztami paliwa, każdego roku dosypujemy miliardy złotych z budżetu do nierentownych kopalń. Jeśli mielibyśmy dalej opierać się na węglu, oznaczałoby to też konieczność sięgania po kolejne złoża, a także remontu lub budowy nowych elektrowni na węgiel. Tymczasem odnawialne źródła energii - choć nie są wolne od problemów - stają się coraz tańsze. Dlatego jeśli Polska miałaby dalej trzymać się węgla, stracimy pieniądze, a także dalej będziemy tracić zdrowie na skutek zanieczyszczeń ze spalania węgla.

Jednak za poprzednich rządów PiS i prezydentury Andrzeja Dudy - mimo obietnic - wydobycie węgla spadało, bo z energetyki wypierają go źródła odnawialne i gaz. Nawet jeśli prawica u władzy spowolniłaby ten proces, to trudno wyobrazić sobie, że go zatrzyma, ani tym bardziej - odwróci. Dlatego na poparciu i możliwym dojściu do władzy kandydatów spod znaku "czarnego złota" straci nie tylko ogół społeczeństwa, ale też sami górnicy. Bo dalej będą mamieni mrzonkami o utrzymaniu lub zwiększeniu wydobycia, o "czystych technologiach węglowych", które rzekomo uratują sektor. A w zamknięcie kopalń i elektrowni i tak nastąpi, tyle że bez planu i przygotowania, bo rządzący nie będą chcieli uczciwie postawić przed nimi sprawy. 

Więcej o: