Czeka nas demograficzna katastrofa? "To nic strasznego"

Kacper Kolibabski
- Jeśli chcemy, aby przyszłe pokolenia mogły się cieszyć środowiskiem naturalnym, musimy ograniczyć własną konsumpcję. A ograniczenie populacji bezpośrednio do tego prowadzi - mówi nam prof. UJ, dr hab. Zofia Łapniewska.
Pusta porodówka, zdjęcie ilustracyjne
Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl

Nie sposób nie zauważyć, że w ostatnich latach głosy mocno zaniepokojone perspektywami demograficznymi słychać niemal wszędzie. Wspierają je kolejne szacunki na temat tego, ilu Polaków będzie chodzić po świecie do 2100 roku. W mediach społecznościowych można spotkać nawet tezy, że do tego czasu Polacy zwyczajnie znikną. To oczywiście przesadzone "prognozy", trend jest jednak realny. Ale może spadek populacji to nie problem, a szansa dla ludzkości? Najpierw przyjrzyjmy się liczbom. 

Problem z demografią jest realny, ale czy katastrofalny?

Dzietność na poziomie 2,1 zapewnia zastępowalność pokoleń. To złoty standard, do którego w teorii powinny dążyć państwa, nie chcące się wyludniać. Oznacza to, że każda kobieta powinna urodzić średnio nieco ponad dwójkę dzieci, by liczba populacji była względnie stała. Tymczasem w Polsce wskaźnik ten był w ubiegłym roku na poziomie 1,09, w związku z czym zajmujemy 198. miejsce na 209 krajów pod tym względem. A w tym roku idziemy na kolejny rekord, bo w pierwszym półroczu wskaźnik dzietności wyniósł ledwie 1,03. Niewątpliwie więc istnieje jakiś problem z demografią w Polsce, bo nawet inne rozwinięte kraje nie notują tak niskich poziomów i plasują się w okolicach 1,5-1,8. 

Jeśli ten trend się utrzyma, to według różnych szacunków do końca wieku Polaków będzie od 10 do 18 mln. Umiarkowane szacunki ONZ wskazują spadek populacji Polski do 2100 roku o 49 proc, co plasuje nas na 9. miejscu w Europie - pisał na X Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. 

Część ekspertów podkreśla jednak, że te liczby są przeszacowane i najpewniej trzeba patrzeć na dolne rejestry. Tak stwierdziła w rozmowie z naszym portalem dr hab. Zofia Łapniewska, profesorka Uniwersytetu Jagiellońskiego z Instytutu Ekonomii, Finansów i Zarządzania, ekonomistka i specjalistka od polityki społecznej. Ekspertka dodała, że 2100 rok to bardzo odległy horyzont czasowy i takie analizy są obarczone dużą dozą niepewności, ponieważ wiele się może zdarzyć przez kolejne dekady. A koniec konfliktów i czasy pokoju sprzyjają demografii, toteż odwrócenie trendów wciąż jest możliwe.

Trend ze spadkiem dzietności i zmniejszaniem się populacji jednak istnieje i jest powszechny w krajach rozwiniętych. Tylko czy panika, jaka się wokół niego rozpętała jest uzasadniona? Analitycy banku Pekao w 2024 roku pisali, że w najbliższych latach demografia dla rynku pracy w Polsce będzie wręcz sprzyjająca. "W dorosłość zaczynają wchodzić teraz osoby z ostatniego wyżu demograficznego, zaś liczba osób osiągających wiek emerytalny na kilka lat spadnie. W efekcie populacja osób w wieku produkcyjnym prawie się ustabilizuje" - czytamy.

Ponadto w ciągu ostatnich dekad przeszliśmy już zmiany gospodarcze i kulturowe, które cały czas wpływają na kształt struktury społecznej. Osoby, które kiedyś musiały rezygnować z pracy, dziś wciąż są aktywne na rynku, bo nie muszą opiekować się dziećmi czy wnukami (bo jest ich mniej, bo jest więcej placówek opiekuńczych itd.), a na rynku pojawiły się bardziej dopasowanie do nich zawody, mniej wymagające fizycznie i bardziej satysfakcjonujące. To dowodzi, że nic nie jest dane na stałe w socjologii i dlatego wybiegające wiele dekad w przód szacunki na temat dzietności nie są w pełni wiarygodne. Nie wiemy przecież, jak będzie wyglądał nasz świat za 50 czy 100 lat.

Wpływ na strukturę demograficzną mają też oczywiście migracje. Razem z powyższymi elementami wszystko to sprawia, że podaż pracy w Polsce cały czas rośnie i jeśli dotychczasowe trendy się utrzymają to pozostanie co najmniej stabilna w najbliższej dekadzie. Problemy mogą się pojawić, gdy wygasną efekty funduszy unijnych, pisali analitycy Pekao w 2024 roku.

Prof. UJ dr hab. Łapniewska uważa natomiast, że panika wokół demografii zdecydowanie jest przesadzona i nie czeka nas żadna katastrofa. Za spadkiem populacji podążają bowiem inne zjawiska, które mogą zniwelować negatywne efekty demograficzne. Według analityków Pekao (publikacja z 11 lipca 2025 roku) te potencjalne negatywne efekty to spadek tempa wzrostu dobrobytu, spowolnienie postępu technologicznego, starsza, mniej skłonna do ryzyka, inwestycji i zakładania firm społeczność oraz problemy z długiem publicznym. 

Kolejny kłopot to starzenie się społeczeństwa. To oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze, wzrost wydatków na emerytury, z którym rozprawiamy się szczegółowo niżej. Po drugie, kwestię konieczności zapewnienia opieki osobom starszym w sytuacji niedoboru osób w wieku produkcyjnym, do którego również odnosimy się niżej. 

Spadek populacji to nie koniec Polski

- Nietrafione są też argumenty, że spadek populacji sprawi, że polska kultura i historia przepadną, bo dlaczego miałoby się tak stać, jeśli wciąż będzie nas kilkanaście milionów? - zastanawia się prof. UJ, dr hab. Łapniewska. Większym zagrożeniem dla naszego dziedzictwa wydaje się globalizacja, ale jeśli jesteśmy w stanie odtworzyć kulturę i historię cywilizacji sprzed tysięcy lat, to dlaczego akurat Polska byłaby narażona na zniknięcie w mrokach dziejów?

Nie przemawiają do mnie te argumenty, że to będzie jakaś katastrofa. Uważam, że nic strasznego się nie wydarzy. Nasza populacja bywała w gorszym stanie i wychodziliśmy z tego obronną ręką

- powiedziała prof. Łapniewska, przytoczywszy historyczne dane, zgodnie z którymi Polaków po drugiej wojnie światowej było około 24 milionów, liczba ta rosła aż do 2010, gdy osiągnęła szczytowe 38,5 mln i zaczęła spadać.

Ekspertka nie twierdzi, że problem z demografią nie istnieje. Bynajmniej, proponuje nawet rozwiązania w postaci zwiększenia stabilności gospodarczej, wydłużenia urlopów rodzicielskich czy tworzenia szans dla rodziców, którzy chcą pracować zawodowo. Temu tematowi poświęcono jednak już dziesiątki artykułów, ten natomiast dotyczy swego rodzaju paniki wokół demografii. 

Czy spadek populacji może być dla nas korzystny?

Zofia Łapniewska uważa, że kurcząca się populacja może być wręcz dla nas korzystna. W ten sposób przede wszystkim ograniczamy katastrofalny wpływ ludzi na środowisko. W końcu im więcej ludzi, tym większa konsumpcja, więcej energii, którą trzeba wyprodukować, więcej zużywanej materii, w tym betonu na mieszkania i więcej ziemi, na której można je postawić.

Codziennie wymiera od 150 do 200 gatunków roślin i zwierząt. Jeśli chcemy, aby przyszłe pokolenia mogły się cieszyć środowiskiem naturalnym, musimy ograniczyć własną konsumpcję. A ograniczenie populacji bezpośrednio do tego prowadzi

- mówi ekspertka. Spadek populacji może wręcz podnieść dobrostan obywateli, bo dostępne zasoby będzie trzeba dzielić na mniejszą liczbę osób i w efekcie zmniejszy się konkurencja o dostępne dobra. Analitycy z Pekao w publikacji z 2025 roku również zwracają uwagę na te same korzyści, podsumowując, że wraz ze spadkiem ludności wzrośnie PKB per capita. Aleksandra Beśka z Departamentu Analiz Makroekonomicznych dokłada do tej wyliczanki większą dostępność mieszkań oraz większą robotyzację pracy, bo "spadek liczby ludności i idące za tym braki pracowników skłaniają firmy do inwestycji w automatyzację oraz większej innowacyjności". Polska może dzięki temu stać się ponadto bardziej konkurencyjna na europejskim rynku. 

Z ekonomicznego punktu widzenia, jeżeli produktywność zostanie utrzymana to dzięki automatyzacji nadal możemy wieść dobre życie i mieć godne emerytury, bez konieczności zwiększania populacji

- dodaje prof. dr. hab Łapniewska. Szczególnie że wciąż nie wykorzystujemy w pełni potencjału naszych obywatelek i obywateli, bo pracuje tylko 65,5 proc. kobiet w wieku produkcyjnym (18-64 lata) oraz 77,4 proc. mężczyzn.

Na ten sam aspekt zwraca uwagę Aleksandra Beśka. Bowiem mimo starzenia się społeczeństwa (przez ostatnie 10 lat liczba osób wchodzących w wiek produkcyjny była wyraźnie niższa - nawet o 100 tys. - niż liczba osób z niego wychodzących), liczba osób aktywnych zawodowo utrzymuje się w ostatnich latach na względnie wysokim poziomie. - W wieku produkcyjnym są osoby z wyżu demograficznego, przy przejściowo malejącej liczbie osób przechodzących na emeryturę. Tym samym, nasze obliczenia bazujące na prognozach GUS wskazują, że do 2034 te dwie wielkości powinny się niemalże bilansować i liczba osób w wieku produkcyjnym będzie kurczyć się jedynie nieznacznie, wolniej niż w ostatnich 10 latach - twierdzi ekspertka.

Co też jednak ciekawe, póki co nie ma potrzeby nadrabiania spadku ludności poprzez wzrost produktywności. - Nie musimy tego robić z uwagi na fakt, że negatywne trendy demograficzne były w ostatnich latach rekompensowane wzrostem aktywności zawodowej oraz (w mniejszej części) napływem imigrantów. Co więcej, sprzyjający efekt wyżu demograficznego, którego reprezentanci właśnie zaczynają wchodzić na rynek pracy, nieco odłoży w czasie konieczność dostosowania się do malejącej podaży pracy - mówi Aleksandra Beśka z Pekao. Dodaje, jednak, że docelowo spadek liczby ludności będzie ograniczać potencjał gospodarczy kraju, nawet przy szybszym wzroście wydajności.  

Niemniej, to nie oznacza od razu recesji. Bo choć wewnętrzny popyt się osłabi i doprowadzi do spowolnienia gospodarczego - tłumaczy ekspertka - to wciąż możemy notować wzrost PKB.

Wszystko jednak zależy od środków zaradczych, takich jak stymulacja innowacyjności i automatyzacja czy aktywizacja zawodowa osób starszych. Niemniej jednak, perspektywa kurczenia się polskiej gospodarki z uwagi na zmiany demograficzne jest bardzo odległa

- twierdzi Aleksandra Beśka. Ostatecznie jej zdaniem "niekorzyści płynące z malejącego popytu i mniejszego potencjału gospodarczego wydają się przeważać nad potencjalnymi zyskami, które są warunkowe i zależą od technologicznego i organizacyjnego dostosowania gospodarki".

Automatyzacja kluczem do sukcesu

Rozwój państw często jest utożsamiany ze wzrostem populacji, bo przecież im więcej rąk do pracy pod wspólnym sztandarem, tym więcej możemy zrobić. Podobne efekty można jednak uzyskać dzięki technologii. Zresztą za wykazanie w modelach matematycznych, jak bardzo kluczowe dla rozwoju są innowacje (które można utożsamiać z technologią) przyznano w tym i ubiegłym roku ekonomicznego Nobla.

Ponadto liczne badania potwierdzają, że spadek liczby ludności z ostatnich dekad nie pociągnął za sobą zatrzymania rozwoju. Wręcz przeciwnie - w krajach z niższym lub ujemnym wzrostem populacji wszystkie wskaźniki gospodarcze były wyższe niż w krajach, które radzą sobie lepiej, wynika z analizy Coreya J. A. Bradshawa i Shany M. McDermott "No evidence ageing or declining populations compromise socio-economic performance of countries". Generalnie w krajach rozwiniętych mimo spadku ludności PKB cały czas rośnie. 

W takich przypadkach często wytyka się w ten sposób argumentującym osobom technooptymizm, odwracający uwagę od realnych problemów, którymi powinniśmy zająć się tu i teraz, zamiast marzyć o tym, jak technologia uratuje nasz świat. Niewątpliwie jednak rozwój w ostatnich 300 latach był tak spektakularny (wzrost produktywności od 1800 roku to 2300 proc.), że nie ma powodów zakładać, iż nie będzie postępował dalej, zmieniając przy okazji nasze struktury społeczne.

Warto w tym kontekście osadzić Polskę, bo przecież rozwój nie zawsze zachodzi w ten sam liniowy sposób, ponieważ jest zależny od środowiska społecznego. Paula Kukułowicz, kierowniczka Zespołu Analiz Procesów Społecznych w Polskim Instytucie Ekonomicznym zauważa, że produktywność w Polsce rośnie i to szybciej niż w większości krajów Europy Zachodniej. W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu, ponieważ ten wzrost jest po części efektem niskiej bazy.  

- Polskie podmioty, importując rozwiązania technologiczne powstałe w innych państwach, podnoszą wydajność swojej pracy. Jednak nie brałabym jako pewnik scenariusza, w którym wzrost produktywności pracy w pełni albo w dużej części rekompensuje straty wynikające z liczby ludności - tłumaczy ekspertka. - Niskie nakłady na badania rozwojowe oraz ich spadek zmniejszają szanse na możliwość tworzenia innowacyjnych rozwiązań w Polsce. Oznacza to, że prawdopodobnie będziemy importować kosztowne rozwiązania z innych państw, zamiast tworzyć je u siebie. Na pewno nie będzie to wpływać pozytywnie na proces podnoszenia produktywności pracy w Polsce - dodała. Jej wątpliwości wynikają z tego, że wraz ze zmniejszeniem się ludności Polski spadnie krajowa konsumpcja, a ta jest jednym z głównych motorów wzrostu polskiego PKB.

Technologia to nie uniwersalne remedium, a to tworzy kolejne szanse

Automatyzacja może być jednak mniej skutecznym remedium na problem opieki nad osobami starszymi. Z pewnością będą się pojawiały roboty, które będą miały za zadanie zajmować się seniorami, ale taka praca wymaga nie tylko siły i szybkości, ale też empatii i wyczucia, bowiem opiekunowie często są też wsparciem psychicznym dla swoich podopiecznych. A liczba seniorów, którzy takiej opieki będą potrzebować, cały czas rośnie i przy zmianach demograficznych może być olbrzymia. Można więc mieć wątpliwości i będą one uzasadnione, czy technologia pozwoli nam rozwiązać również ten problem, jeden z bardziej palących w dyskusji o demografii.  

- Nie wszystkie miejsca pracy da się zastąpić przez maszyny, roboty czy algorytmy. Według badań PIE szczególnych braków kadrowych będziemy doświadczać w ochronie zdrowia i edukacji. Dodatkowo, w związku z bardzo dużą dynamiką starzenia się polskiego społeczeństwa, zapotrzebowanie na usługi zdrowotne będzie rosnąć w szybkim tempie - zauważa Paula Kukułowicz. Zapotrzebowanie na opiekę długoterminową ma natomiast znacząco wzrosnąć w nadchodzących latach. Dwie trzecie objętych nią osób ma ponad 80 lat. Dziś stanowią one 4,2 proc. społeczeństwa, a do 2050 roku będzie to już 9,1 proc. 

Część ekspertów podkreśla, że większym wyzwaniem niż spadek liczby pracowników jest starzenie się społeczeństwa, co generuje wzrost kosztów opieki zdrowotnej i systemu emerytalnego. "Według szacunków OECD, wzrost popytu na opiekę długoterminową doprowadzi do 2,5-krotnego zwiększenia obecnych wydatków na ten cel w krajach OECD do 2050 r. (...) W 2024 r. łączna wartość wydatków na opiekę długoterminową wyniosła w Polsce 23,5 mld PLN, z czego w ramach systemu ochrony zdrowia wydano 19,2 mld PLN, zaś w ramach opieki społecznej 4,3 mld PLN" - czytamy w Tygodniku Gospodarczym Polskiego Instytutu Ekonomicznego (to regularnie publikowany przez PIE przegląd krótkich analiz gospodarczych).

- W praktyce oznacza to konieczność przesunięcia zasobów państwa w stronę usług medycznych, opiekuńczych i infrastruktury zdrowotnej, co generuje dodatkowe obciążenie fiskalne, którego pokrycie staje się większym wyzwaniem przy malejącej liczbie aktywnych zawodowo podatników - uważa Aleksandra Beśka z Pekao. Dodaje jednak, że również tutaj może się pojawić bodziec do rozwoju gospodarczego poprzez większe zapotrzebowanie na usługi branży zdrowotnej i opiekuńczej. 

Co z emeryturami?

"Katastroficzna wizja tłumów emerytów, którym nie ma kto wypracować emerytur niemal sama podsuwa się wyobraźni", piszą analitycy Pekao we wspominanym w publikacji z 2024 roku. I rzeczywiście, argument dotyczący tego, że emerytury będą niskie, ponieważ nie będzie komu na nie pracować, jest jednym z najczęściej przywoływanych w dyskusji o demografii.

To jest myślenie o emeryturach jak o wyrytych w kamieniu zasadach. A przecież ustawa emerytalna z 1999 roku może zostać zmieniona w każdej chwili. Jeśli produktywność dalej będzie tak wysoka, a nasza gospodarka tak efektywna, to dlaczego emerytury miałyby być niskie?

 - zastanawia się Prof. UJ, dr hab. Łapniewska.

Kto powiedział, że na emerytury ma być przeznaczane 11 procent PKB, a nie np. 30 procent? To my kreujemy gospodarkę, my ją kształtujemy i trzeba się po prostu zastanowić jak zreformować system, by z tego wybrnąć. To nie jest niemożliwe

- dodaje.

W Polsce od 20 lat żywa jest narracja o bankructwie kraju, a kwestia demografii tylko dodaje jej paliwa. Temat ten może wybić najmocniej, gdy osoby urodzone w wyżu lat 70. i 80. odejdą na emeryturę zwiększając nasze wydatki na te cele.

Dziś jednak na finanse publiczne na całym świecie patrzy się inaczej, niż jeszcze kilka dekad temu i niekoniecznie problem ten jest przedstawiany uczciwie. Interwencjonizm państwowy jest coraz powszechniejszy, nawet jeśli z ust polityków dobiega lament, że państwo ogranicza przedsiębiorców. 

Trzeba też pamiętać, że choć liczba osób w wieku emerytalnym wzrośnie, to przecież ogółem liczba populacji ma spaść, toteż wydatki socjalne naturalnie również będą mniejsze. A na świecie wciąż będzie przecież istniał wytwarzany i akumulowany przez setki lat kapitał, który może być źródłem finansowania emerytur, jeśli tylko stworzymy system podatkowy zbierający ten nadmiar i służący wszystkim, a nie tylko nielicznym.

Są osoby, które twierdzą, że opodatkowanie najbogatszych nie przyniesie wymiernych skutków finansowych dla budżetu, choć nie znaczy, że nie należy ich wprowadzać. Takie zdanie mają choćby ekonomista Łukasz Komuda i dziennikarz Kamil Fejfer z podcastu "Ekonomia i cała reszta". Prof. UJ, dr hab. Łapniewska uważa jednak, że zwiększenie podatków albo wprowadzenie nowych - np. majątkowych - to skuteczny sposób na zasypanie dziury, która będzie skutkiem wzrostu stosunku seniorów względem osób w wieku produkcyjnym. Ekspertka przyznaje, że tak naprawdę nikt nie wie, czy te pieniądze będą wystarczające, ponieważ współczesna gospodarka to sieć tak wielu czynników, że trudno wyrokować w tej sprawie. Bowiem nawet jeśli bezpośrednio podatki nie wystarczą, to może inne efekty pośrednie np. od inwestycji będą w stanie dofinansować emerytury.

Wracamy więc do tego, jak dużym błędem obarczone są tak długofalowe prognozy, w których siłą rzeczy nie da się uwzględnić zmian paradygmatów społecznych i ekonomicznych. Zamiast tego lepiej się skupić na zmianie systemu tu i teraz, by te problemy nas nie dosięgnęły, zamiast tkwić przy rozwiązaniach, które za kilkadziesiąt lat będą problematyczne, nawet jeśli dziś na nich korzystamy (w związku z czym nie ma mowy o technooptymizmie). 

Kwestia zwiększonych wydatków emerytalnych już teraz zresztą powoli się rozwiązuje. W krajach rozwiniętych ludzie coraz bardziej się bogacą, a systemy emerytalne są coraz częściej oparte na oszczędzaniu a nie tylko na transferach międzypokoleniowych. Badacze podważają też stosunek 1 emeryta do 1 pracującego, który miałby gwarantować wypłacalność emerytur, a który wynika z fałszywych założeń na temat ograniczeń budżetowych, o czym mówi np. prof. Bill Mitchel współpracujący z ONZ w kwestiach demografii.

Co więcej, problemy - jak dodaje Łapniewska - i tam będą przejściowe. Przeminą, gdy struktura społeczna się ustabilizuje, a efekty wyżów demograficznych (więcej urodzeń to też więcej seniorów kilka dekad później) się wyciszą. Póki co będziemy jednak odczuwać skutki przemian kulturowych, które poskutkowały drastycznym spadkiem dzietności na przestrzeni kilku dekad i wydarzeniami, które okresowo ją zwiększały.

Kacper Kolibabski
Więcej o: