Królewska Szwedzka Akademia Nauk przyznała w tym roku Nagrodę Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii Joelowi Mokyrowi, Philippe’owi Aghionowi i Peterowi Howittowi za badania wyjaśniające, jak innowacje napędzają wzrost gospodarczy. Choć dziś dla wielu osób wydaje się to oczywiste, to nie zawsze tak było. Nagrodzone badania pochodzą z lat 90 ubiegłego wieku i choć na rolę innowacji zwracano uwagę już kilka dekad wcześniej, to potrzeba było wielu lat, zanim udało się to przenieść na modele matematyczne. Ponadto nie tylko innowacje okazują się być istotne, tłumaczy nam dr hab. Łukasz Goczek, profesor na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.
Nasz rozmówca zauważa, że przez lata kryteria przyznawania wyróżnienia się zmieniały, ale w ostatnim czasie widać pewien trend - chodzi o docenianie badań nad rozwojem. Pytanie o to, dlaczego jedne kraje są bogatsze niż inne, zadawane jest począwszy od Adama Smitha. Ważne jest tutaj, by zaznaczyć, iż ten niesamowity rozwój gospodarek w ostatnich kilkuset latach to raczej wyjątek niż reguła. W sensie ekonomicznym ludzie zazwyczaj żyli z dnia na dzień, oszczędzali, ale nie zakładali tak tłumnie firm, jak robi się to dzisiaj. Gospodarczo większość naszych dziejów to stagnacja. Rozwój postępował raczej skokowo, by potem znów zatrzymać się na kilka stuleci.
W Europie nastąpiła jednak rewolucja naukowa i pojawił się intelektualny ferment oświecenia, który spowodował, że nauka oddzieliła się od religii, a wraz z tym społeczeństwo zaczęło wyczekiwać innowacji
- mówi dr Goczek.
Pomimo tego, iż wiele innych cywilizacji w historii ludzkości osiągnęło bardzo wysoki poziom naukowy, to jednak nie przekładało się to w żaden sposób na gospodarkę. - Europejczycy otworzyli umysły i w pewnym momencie stwierdzili, że nowe dziedziny, które się pojawiały w Anglii w trakcie rewolucji przemysłowej są warte inwestowanie własnego czasu i pieniędzy - dodaje ekspert.
Znów jednak nie znaczy to, że nigdy wcześniej i nigdzie indziej nie widzieliśmy postępu. Ale nigdy jeszcze rozwój nie trwał tak długo i nie był tak szybki. Ekonomiści zastanawiali się więc, z czego to wynika. Często wskazywano na położenie geograficzne i idący za tym dostęp do surowców, stąd też grabieżcze kolonialne podboje licznych cywilizacji. Począwszy od oświecenia okazało się jednak, że można się rozwijać nawet, gdy nie ma się odpowiednich zasobów. Działa to też w przeciwnym kierunku - na przykład Rosja mimo potężnych zasobów nie jest miejscem, w którym (w większości kraju) żyje się dobrze.
Dobrym przykładem są właśnie różnice w rozwoju bloku wschodniego, gdzie innowacje i konkurencja były mniejsze niż na Zachodzie lub w ogóle ich nie było. To prowadziło do braku kreatywnej destrukcji, procesu w którym lepsze technologie wypierają te gorsze. W efekcie pojawia się stagnacja.
Taką tezę postawił już w 1909 roku Joseph Schumpeter, ale dopiero osiem dekad później tegoroczni nobliści, Anghion i Howitt, stworzyli matematyczny model kreatywnej destrukcji, co pozwoliło przełożyć teorię na praktykę i zmieniło sposób, w jakim eksperci rozmawiają dziś o ekonomii.
Aghion i Howitt pokazali na konkretnych liczbach, jak innowacyjność przekłada się na wzrost. Nagroda jest raz, że ewidentnie zasłużona, a dwa - powiedziałbym, że lekko spóźniona
- uważa dr Goczek.
Same innowacje jednak nie wystarczą. Joel Mokyr przekonywał, że najważniejsza jest edukacja i stosunek społeczeństwa do przyjmowania nowości. Stąd w USA wciąż korzysta się z czeków, a w Niemczech cyfryzacja leży, podczas gdy Polska korzysta z BLIK-a i ma niezwykle rozbudowaną sieć automatów paczkowych, zauważa nasz rozmówca. Dodaje, że chodzi też o gotowość na to, że część firm będzie znikać, a w ich miejsce będą pojawiać się inne, które postawiły na rozwój. Dlatego też monopole, które przez brak konkurencji nie mają w sobie impulsu do innowacji, dla gospodarki są szkodliwe. Takie wnioski znalazły potwierdzenie w badaniach tegorocznych noblistów, szczególnie Anghiona i Howitta.
Monopole oferują fatalną jakość usług, do niczego się nie nadają, produkują mało i sprzedają drogo. Akceptujemy jednak pośrednią formę monopolu, czyli patenty
- mówi dr Goczek. To rodzaj monopolu ograniczonego w czasie. Bez tego firmy mogłyby nie mieć powodu do inwestowania pieniędzy w badania. Brak ochrony patentowej oznacza, że ktoś mógłby sobie wziąć i sprzedawać produkty oparte na naszym odkryciu, choć nie dołożył się do badań. Ta czasowa wyłączność na projekt daje ochronę, która sprawia, że warto ponosić ryzyko i inwestować w innowacje. Po prostu przez jakiś okres tylko my będzie czerpać z niej zyski, co pozwoli na zwrot kosztów opracowania wynalazku, a odpowiednio wyważony czas pozwoli też na niej zarobić. Patenty to zatem kompromisowy wynik wyważania pomiędzy interesem społeczeństwa, które chciałoby mieć konkurencję i tanie, dobre produkty, a interesem firmy, która dokonuje innowacji.
Nie jest to jednak jedyna droga. Polska rejestruje dramatycznie mało patentów. Do Europejskiego Urzędu Patentowego zgłosiliśmy w 2024 roku ledwie 692 projekty. To 18,35 patentu w przeliczeniu na milion mieszkańców. W Szwajcarii jest to 1112,2 patentu na milion mieszkańców, w Szwecji 467,8, w Niemczech 300. Jest więc konieczność poprawy w tej materii, a jednak mimo tego nasza gospodarka obok Chin w ciągu ostatnich 30 lat rozwijała się najszybciej na świecie.
Działo się tak m.in. dlatego, że w wielu przypadkach patenty w ogóle nie są potrzebne. Polska gospodarka, choć nie ma eksportowych gigantów, jest bardzo zróżnicowana. W naszych firmach dokonuje się innowacji na podstawowym poziomie, tłumaczy dr Goczek.
Nie tworzymy może wielkich modeli AI, które zdmuchną rynek, ale wprowadzamy drobne zmiany, które ulepszają produkt i są dla nas wartością dodaną
- mówi ekspert. Przykładem może być, powiedzmy, umieszczenie klamki w oknie gdzieś indziej niż dotąd czy minimalna zmiana składu produktu. To nie są duże rzeczy, ale pchają nas do przodu, sprawiają, że produkowane rzeczy są tańsze lub mniej się psują, wyjaśnia nasz rozmówca.
Liczba patentów nie jest więc jedynym wyznacznikiem innowacyjności. Szczególnie, że w wielu krajach nadmierna aktywność patentowa często wynika z możliwości uzyskania ulg podatkowych na innowacje, co prowadzi do zgłaszania "różnego rodzaju fikcyjnych patentów".
Patenty to często po prostu optymalizacja podatkowa. Prawdziwa innowacyjność dzieje się wewnątrz firm i niekoniecznie musi potem trafiać do urzędu patentowego
- mówi dr Goczek.
Innowacyjność nie jest obca gatunkowi ludzkiemu i można się pokusić o tezę, że kreatywność człowieka sprawia, że cały czas coś ulepszamy. Aby jednak miało to przełożenie na gospodarkę, innowacje muszą być wspierane przez system i instytucje, wyjaśnia nasz rozmówca.
Jeśli funkcjonują dobrze, to nie dopuszczają do monopoli, ale jednocześnie zapewniają tyle ochrony w formie patentów, by firmy miały powody się rozwijać. To instytucje wyznaczają zasady gry. Mityczny "wolny rynek" prowadzi do dominacji najbogatszych, ale nie zapewnia sprawiedliwych reguł gry dla wszystkich uczestników. USA, które bywają postrzegane jako ostoja niewidzialnej ręki rynku, w rzeczywistości święciły największe sukcesy gospodarcze, gdy państwo pilnowało, by zbyt duzi gracze nie zyskali monopolistycznej przewagi, ale też by nie nastąpiło zbyt duże rozproszenie biznesu.
Z drugiej strony mamy Chiny. Ich niezaprzeczalny sukces gospodarczy wynika m.in. z centralnie planowanej gospodarki na długie dekady do przodu. Takie rozwiązanie ma też jednak wady, jak wspominaliśmy, bo gdy państwo decyduje o wszystkim, konkurencja może być zbyt mała. Chińscy liderzy odrobili tę lekcję i po dekadach monopoli dopuścili względną konkurencyjność na rynku. Nie oparli się jednak pokusie ingerowania w rynek i aby przyśpieszyć transformację energetyczną pompowali olbrzymie pieniądze w produkcję elektryków. Dziś wiele z tych firm ma problemy, bo konkurencja się rozrosła, a w związku z tym ceny spadły do tak niskich poziomów, że czasem zyski są niewystarczające, by utrzymać się na rynku.
Pytanie, co będzie za jakiś czas i czy ta strategia mimo swoich kosztów nie okaże się korzystna, bo ostanie się tylko kilka firm z najlepszym produktem? To jednak dobrze pokazuje, jak trudne, ale istotne jest wyważenie między interwencjonizmem państwowym a brakiem regulacji
- mówi dr Goczek.
Ważny jest też oczywiście dostęp do edukacji, w tym kontekście tegoroczny i ubiegłoroczny ekonomiczny Nobel tworzą całość. Rok temu nagrodzono prace podkreślające rolę instytucji, w tym roku natomiast badania Mokyra na ten sam temat, w których jednak kwestia edukacji odgrywała większą rolę. Nasz rozmówca w tym też upatruje przyczyn sukcesu polskiej gospodarki. Nasza edukacja, szczególnie podstawowa i średnia, stoi bowiem na wysokim poziomie. Co ważne, Mokyr w przeciwieństwie do Anghiona i Howitta nie pracował na modelach, jest historykiem gospodarczym i opracował wstępne warunki kulturowe i instytucjonalne, które umożliwiły rewolucję technologiczną i jej utrwalenie.
Podobnie, jak zgodnie z modelami noblistów, rozwój dzięki innowacjom znalazł potwierdzenie, w kontekście gospodarczego sukcesu Polski, tak samo jest z instytucjami. Dr nauk ekonomicznych Maciej Bukowski, kolega dr Goczka z Wydziału Nauk Ekonomicznych na UW, udowadnia na X, że nasz kraj po dołączeniu do UE bardziej niż na dotacjach skorzystał na dostępie do unijnych instytucji.
Warto na koniec ponownie zaznaczyć, że nagrodzone badania powstały w latach 90. i choć zmieniły język ekonomii na stałe, to dyskurs nie przestał się rozwijać, a "Koniec Historii" przewidziany przez Francisa Fukuyamę nie nastąpił. Dziś stawiamy kolejne pytania, które wymagają kolejnych odpowiedzi i modeli. Nobliści wykazali, że kluczowy jest mechanizm konkurencji, ale czy koniecznie musi być to konkurencja kapitalistyczna, czy może bardziej lewicowe modele też mogłyby się sprawdzić i podtrzymać rozwój? Czy w ogóle rozwój to kategoria, która powinna być dla nas najważniejsza?
Niewątpliwe postęp podniósł jakość życia miliardów ludzi, ale przecież zasoby na planecie są skończone. Nieskończony rozwój jest więc w teorii niemożliwy, choć kolejne wynalazki mogą zmieniać nasz pogląd na tę kwestię - w końcu w imię postępu niszczymy planetę w zastraszającym tempie. Dlatego dziś popularność zdobywają różne koncepcje postwzrostu, czyli spowolnienia gospodarki i mierzenia dobrobytu innymi kategoriami niż tylko rosnące PKB. Idee te są jednak póki co na wczesnym etapie rozwoju, a ich modele matematyczne dopiero się tworzą. Na ten moment jest to więc bardziej dyskusja polityczna niż ekonomiczna.
Pytanie, czy wprowadzenie tych idei jest politycznie możliwe? Widać już, jak przyzwyczailiśmy się do postępu i gdy tylko pojawia się stagnacja, społeczeństwa wpadają w sidła skrajnych postaw populistycznych. Zobaczymy jak to się rozwinie
- podsumowuje dr Łukasz Goczek.