"Jesteśmy w stanie uruchomić program z początkiem przyszłego roku" - powiedział w rozmowie z serwisem money.pl o "kredycie zero procent" Krzysztof Paszyk, minister rozwoju i technologii. Jak widać, zapał w resorcie nie mija, mimo że brak poparcia dla programu dopłat do rat kredytów (formalnie: kredytu #naStart) już bardzo jasno wyartykułowali koalicjanci z Polski 2050 i Lewicy.
W maju Szymon Hołownia oznajmił jasno: Polska 2050 nie poprze "kredytu zero procent". Tutaj gwoli wyjaśnienia: sam posługuję się tym terminem, ale zgodnie z projektem w zależności od liczby dzieci oprocentowanie kredytu ma wynosić około 0-1,5 proc. (zero procent przy co najmniej trójce dzieci).
Również klub Lewicy, którego część członków wcześniej dopuszczała barter - poparcie w zamian za program mieszkań na tani wynajem, w maju postawił już sprawę super jasno: kredyt na Start nie z nami.
Dopłat do rat nie krytykuje natomiast Prawo i Sprawiedliwość i spokojnie można sobie wyobrazić poparcie tej formacji dla projektu. Pozostaje pytanie, czy zrobiłaby to z przekonania, bo głupio negować program, mając samemu na koncie Bezpieczny Kredyt 2 procent, czy z wyrachowania, aby wbijać klin między koalicjantów. Chodzi nie tylko o całą koalicję rządzącą, ale też samą Trzecią Drogę: program firmują ludzie Kosiniaka-Kamysza (najpierw minister Hetman, teraz Paszyk), zaś Szymon Hołownia jest przeciw.
Minister Paszyk wciąż wierzy, że opór Lewicy i Polski 2050 uda się złamać. Przekonuje, że w ostatnich tygodniach osobiście prowadził dialog z partnerami koalicyjnymi i "wygląda to optymistycznie". Majową zmasowaną krytykę pomysłu zwala na "realia kampanii wyborczej". Ma zamiar - to nie nowość - przekonywać, że kredyt #naStart to tylko element większego pakietu dla rynku nieruchomości, m.in. obok uwolnienia gruntów oraz zmian w programach budownictwa komunalnego i czynszowego.
Z drugiej strony: to cały czas tylko wiara. Rację ma analityk Jan Dziekoński, który na X pisze, że sama deklaracja Paszyka niewiele znaczy. Najbardziej to, że program - jeśli w ogóle ruszy - to będzie opóźniony względem wcześniejszych zapowiedzi o przynajmniej pół roku.
Tak naprawdę schody się więc dopiero zaczynają. Projekt - po pół roku tworzenia, zmian, konsultacji, przemyśleń - już jest. Teraz trzeba przekonać koalicjantów, że nie jest tak zły jak go malują w przestrzeni publicznej. Główny zarzut wobec kredytu #naStart to oczywiście obawy przed wzrostem cen mieszkań i "nabiciem kabz bankom i deweloperom".
Świeżo w pamięci mamy program Bezpieczny Kredyt 2 procent, w ramach którego w nieco ponad pół roku podpisano ponad 90 tys. umów. To była ponad połowa wszystkich "hipotek" udzielonych w tamtym czasie (lipiec 2023-luty 2024).
Takie skumulowanie popytu w krótkich czasie było jedną z przyczyn - obok np. przerzucania na klientów wyższych kosztów gruntów, budów (materiałów, pracy) - rekordowo wysokich wzrostów cen mieszkań na niektórych rynkach w Polsce. Według danych NBP, w pierwszym kwartale 2024 r. ceny nowych mieszkań na siedmiu głównych rynkach (Gdańsk, Gdynia, Kraków, Łódź, Poznań, Warszawa i Wrocław) były średnio o ponad 19 proc. wyższe niż rok wcześniej, na rynku wtórnym o 16 proc. W obu przypadkach to najwyższe wzrosty od ponad 16 lat.
Obok podobieństw do BK 2 procent (znów dopłaty do rat, znów przez dziesięć lat, znów głównie na pierwsze mieszkanie), jest jednak kilka różnic. W kredycie #naStart założono m.in. "rozsmarowanie" popytu do końca 2027 r., dodatkowo z kwartalnym limitem kredytów (15 tys.). Logika MRiT jest taka, aby dopływ nowego popytu był stopniowy, a nie gwałtowny, a jednocześnie stały przez dłuższy czas - tak aby deweloperzy mieli pewność, że opłaca im się rozpoczynanie dziś budów, które zakończą się za dwa lata.
Do tego dochodzi bardzo skomplikowany, rzecz by można wręcz, że pogmatwany system wyliczania dopłat do rat. Mają one zależeć m.in. liczby domowników, dochodów gospodarstwa domowego oraz wielkości kupowanej nieruchomości i jej lokalizacji, a być może też jej ceny. W niektórych przypadkach kredyt z dopłatą może się wręcz nie opłacać. Zamysł jest taki, aby odsiać osoby, które wsparcia nie potrzebują.
Jest więc możliwe, że kredyt "zero procent" nie miałby dla cen mieszkań aż takich konsekwencji jak Bezpieczny Kredyt 2 procent. Pisali o tym też niedawno analitycy Pekao, którzy oceniali, że przez zaszyte limity program #naStart wpłynie na rynek "umiarkowanie". "Scenariusz gwałtownego wzrostu sprzedaży hipotek znany z Bezpiecznego Kredytu 2 procent nie powtórzy się" - pisali.
Pytanie, czy to wszystko - pakiet innych zmian, propodażowych, a także "bezpieczniki" w zamyśle chroniące przed dużym cen mieszkań - przekonają Lewicę i Polskę 2050.
Jak relacjonują doradcy kredytowi, niepewność losów kredytu zero procent odbija się na planach mieszkaniowych części Polaków. Ci wstrzymują się z zakupem mieszkania z nadzieją na tańszy kredyt z dopłatami.
Cały czas czekają na jakąkolwiek decyzję w tej sprawie. Jak sami mówią, lepiej, żeby w ogóle program został odwołany, bo wtedy nie będą trwać w zawieszeniu. Dzięki jasnym informacjom będą wiedzieć na czym stoją i co robić dalej
- mówi Patryk Nowak, ekspert ANG Odpowiedzialne Finanse z Warszawy. Z drugiej strony, relacjonuje, że klienci zgłaszający się do niego "mają zdolność kredytową i byliby gotowi zaciągnąć kredyt". To jasno pokazuje, że przynajmniej część osób liczy, że skorzysta z "okazji", chociaż pomocy w nabyciu własnego M tak naprawdę nie potrzebuje.