Bańka na chińskim rynku... piłkarzy. Pieniądze ogromne a skutki marne

Piłkarski mistrz Chin, Guangzhou Evergrande, rozegrał wczoraj ostatni mecz w Azjatyckiej Lidze Mistrzów i odpadł z rozgrywek już po fazie grupowej. Nie pomógł kupiony w zimowym oknie transferowym za 42 mln euro Kolumbijczyk Jackson Martinez ani słynny Luiz Felipe Scolari na ławce trenerskiej. Mistrza Chin wyprzedziły w tabeli drużyny z Australii i Japonii. Choć pieniądze w chińskiej piłce są ogromne, wciąż nie przekłada się to w pełni na sportowe sukcesy.

Grupa chińskich inwestorów zaoferowała ostatnio 700 milionów euro za przejęcie jednego z najbardziej utytułowanych europejskich klubów, mocno dziś zadłużonego AC Milan. Ta wiadomość nikogo specjalnie nie zdziwiła, bo kapitał w sporcie nie zna granic państwowych. Na przykład właścicielem londyńskiej Chelsea jest Rosjanin Roman Abramowicz, najlepszą francuską drużynę PSG przejął kilka lat temu fundusz Qatar Sports Investments, a większościowym właścicielem Interu Mediolan jest biznesmen z Indonezji, Erick Thohir. Takie przykłady można wymieniać długo. Jeśli przejęcie AC Milan dojdzie do skutku, wcale nie będzie to najbardziej szalona transakcja związana z piłką nożną, w którą zaangażowany jest chiński kapitał. Znacznie bardziej zaskakujące rzeczy dzieją się w tamtejszej lidze.

Brazylijczyk Alex Teixeira za 50 mln euro, Kolumbijczyk Jackson Martinez za 42 mln euro, kolejny Brazylijczyk, Ramires, za 28 mln euro, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej Gervinho za 18 mln euro, Senegalczyk Demba Ba za 13 mln euro i Kolumbijczyk Fredy Guarin również za 13 mln euro - to, według branżowego serwisu Transfermarkt.de, najdroższe transfery do chińskich klubów, do jakich doszło w ciągu ostatniego roku. Do tego dochodzą zarobki tych gwiazd, również liczone w milionach euro za sezon. Na takie wydatki stać niewiele klubów europejskich.

Graczy tej klasy zapewne trafiłoby do Chin więcej, gdyby nie przepis, który ogranicza liczbę obcokrajowców w jednej drużynie do pięciu (w tym maksymalnie czterech spoza Azji). Dlatego absurdalnie duże pieniądze płaci się tam także za rodzimych graczy, których żadne ograniczenia nie obowiązują. Kto słyszał o takim takim piłkarzu, jak Jinhao Bi? Jako nastolatek rozegrał półtora sezonu w Portugalii, jednak bez większych sukcesów. Później grał już tylko w Chinach. Wspomniany już Transfermarkt.de jego wartość rynkową wycenia na skromne 250 tys. euro, zaś Shanghai Greenland Shenhua wykupił go z innego chińskiego klubu za rekordowe 9,98 mln euro.

Bohaterami niewiele tylko mniejszych transferów stali się ostatnio równie anonimowi z naszego punktu widzenia Zhang Lu czy Ke Sun. Aż strach pomyśleć, jakie rekordy padną w letnim oknie transferowym.

Komentarze (1)
Bańka na chińskim rynku... piłkarzy. Pieniądze ogromne a skutki marne
Zaloguj się
  • oio

    Oceniono 1 raz -1

    "Bańka na angielskim rynku... piłkarzy. Pieniądze ogromne a skutki marne

    Ubiegłoroczny mistrz Anglii rozegrał kilka dni temu swój ostatni mecz w tym sezonie i ostatecznie zajął 9 miejsce. Nie pomogli piłkarze kupieni za 90 mln euro ani słynny Guus Hiddink na ławce. Drużynę z Londynu wyprzedziły w tabeli drużyny z Leicester, Manchesteru, Southampton i Liverpoolu. Choć pieniądze w londyńskiej piłce są ogromne, wciąż nie przekłada się to w pełni na sportowe sukcesy."

    Mogę napisać 10 takich artykułów w godzinkę. Większość nie będzie miała sensu, bo to jest sport, a nie ekonomia.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX