"Takie rzeczy się same nie robią", "Potrzebna interwencja państwa". Czytelnicy o znikających PKS-ach

W czwartek informowaliśmy o rosnącym problemie wykluczenia komunikacyjnego. Lokalne PKS-y oraz inni przewoźnicy zlikwidowali w ostatnim czasie co najmniej kilkanaście połączeń autobusowych. Dla niektórych oznacza to całkowite uzależnienie od samochodu - są gminy w Polsce, z których wyjechać można tylko własnym pojazdem.
Zdaniem naszych czytelników kwestia transportu publicznego wymaga interwencji państwa
Fot. Agencja Wyborcza.pl
Zobacz wideo

Transport publiczny, pomimo wzrostu popularności samochodów, jest dla nas wciąż ważny. Nasz tekst o znikających połączeniach autobusowych wywołał bowiem sporo komentarzy - zarówno na Facebooku jak i w naszym portalu. 

Jeden z komentujących w swojej analizie problemu napisał:

Samochód przestał być luksusem dla niewielu więc automatycznie spadła liczba pasażerów. [...] Żeby ograniczyć straty zaczęto ciąć połączenia. Cięcie połączeń zmusiło niezmotoryzowanych do przesiadki w auto, skutkiem czego jeszcze bardziej spadła liczba pasażerów. Cięcia często robiono kompletnie bez sensu - np.: w godzinach dojazdu do pracy czy powrotu z pracy. Rozkładów jazdy nie dostosowywano do zmian na rynku pracy.

- stwierdza. 

Opisuje też "błędne koło" w jakie wpadają samorządy próbując rozwiązać kwestię transportu. 

Wiele samorządów nie stać na uruchomienie własnych linii przewozowych, a PKS często jako monopolista dyktował samorządom wysokie stawki za obsługę komunikacji. Brak konkurencji i wysokie stawki wykorzystały prywatne firmy przewozowe. Niestety prywaciarze powielając zdziesiątkowany rozkład jazdy monopolisty (by przejąć pasażerów) konkurowali wyłącznie ceną, a nie również ilością/godzinami połączeń. Nie okazali się dla pasażerów atrakcyjnym środkiem transportu. 

Problemem samorządów ma być przede wszystkim "brak chęci do zapewnienia mieszkańcom połączeń" i "nieumiejętność współpracy z innymi samorządami". 

Niektórzy czytelnicy komentują temat opierając się na własnych doświadczeniach z transportem:

Ja mieszkam na Podkarpaciu, do szkoły średniej i pierwszej pracy (23 km od domu w jedną stronę) jeździłem PKSami. Godziny przejazdów były tak ustalone, że często przyjeżdżałem na miejsce min. 40 minut przed czasem, a na autobus powrotny czekałem tyle samo, a nawet dłużej. Czekać nie było gdzie [..] No i w końcu pojawiła się firma prywatna założona przez byłego kierowcę PKS. Z czasem puszczali coraz więcej połączeń, za dużo niższą cenę.[...] W końcu PKS uznał że wożenie powietrza nie ma sensu i zbankrutował. Został kupiony przez tego prywaciarza 

Niestety przejęcie przewozów przez prywatną firmę nie wpłynęło na jakość obsługi.

Komfort podróży polegał na tym, że się nie szło na piechotę - cała reszta odpychała... Podczas upałów w autobusie umierało się z duchoty i smrodu [...] W deszczową pogodę znaleźć suchy fotel to była sztuka! [...] Wszechogarniający brud [...] Jak się oferuje taki standard usług w XXI wieku i nawet na podkarpackiej wsi to nie dziwota, że ludzie wolą jeździć autami.

Brak transportu publicznego skłania mieszkańców do kupna samochodów, co z kolei przekłada się na przeładowanie ulic. 

 Efektem ubocznym jest fakt, że u mnie w domu są trzy auta. U sąsiadów są cztery. No i korki w każdym mieście - jak wszyscy się na tą samą godzinę wybierają, a jadą sami, no to łatwo się domyślić, że na drodze jest aut jak w Warszawie o godz. 17:00

Kolejny komentujący stwierdza, że działanie PKS-u nie było dostosowane do potrzeb pasażerów.

Znam temat. PKS sam się wykończył. Nikt im nie pomagał. Jazda z prędkością 60 km na godz. plus rozbudowana biurokracja to przepis na upadek

Komentujący często wskazują też rolę państwa w organizacji transportu.

Wszystko to jest kwestią opracowania spójnego systemu. W Warszawie kolej podmiejska początek XX wieku to był upadek całkowity. Coraz bardziej puste pociągi, bandyterka w środku, prywatne autobusy jeździły co kilka minut wzdłuż torów. Po wprowadzeniu wspólnego biletu, zintegrowaniu z resztą komunikacji, odświeżeniu a potem wymianie taboru zaczęły jeździć tłumy, a prywatna komunikacja autobusowa zanikła. Tyle że takie rzeczy się same nie robią, wymaga to niemodnej interwencji państwa i/lub samorządu... No i pieniędzy.

Podobnego zdania są inni:

Zgodnie z zasadą subsydiarności niezbędną działalnością, którą nie są w stanie zająć się obywatele i samorządy lokalne, musi zająć się państwo. I w tym przypadku powinno to zrobić wszędzie tam, gdzie "się nie opłaca". W oparciu o ustawę określającą sztywne, bezwzględnie obowiązujące standardy. Takie jak na przykład co najmniej dwa połączenia dziennie umożliwiające dojazd do każdej z sąsiednich gmin z co najwyżej jedną przesiadką, jedno przed południem i jedno po.

- stwierdza nasza czytelniczka. 

Komentujący zwracają też uwagę na to, że problem transportu nie dotyczy tylko autobusów. 

Prosty przykład: swego czasu połączenia kolejowe organizowały Przewozy Regionalne, stare pociągi, połączeń mało i z każdym rokiem pasażerów też mniej. Połączenia przejęły np. w Wielkopolsce Koleje Wielkopolskie i teraz z okolic jest co najmniej 20 połączeń dziennie nowymi pociągami i pociągi pełne. [...] Swego czasu wszedł Polski Bus i nagle fenomen, autobusy pełne i chyba interes zyskowny bo z Polski się nie zwijają, a rozwijają ofertę, czyli jak widać pasażerowie są tylko PKSy nie odnalazły się w obecnych realiach.

- podsumowuje nasz Czytelnik. 

Ten tekst powstał dzięki komentarzom naszych Czytelników. Dziękujemy.

Więcej o: