Były prezes KGHM: Profesjonalni menedżerowie, przy takim klimacie, nie pójdą do spółek państwowych

Łukasz Kijek
- Rozmawiam czasem z żoną i dziećmi na ten temat i rzeczywiście martwią się o to, co będzie. Zresztą oglądają telewizję, słuchają wiadomości - mówi Herbert Wirth. Były prezes KGMH opowiada między innymi o tym, jak często musi stawiać się w prokuraturze.
Zobacz wideo

 

Jak pan ocenia sprawy zatrzymań byłych prezesów Orlenu i Lotosu?

Herbert Wirth, były prezes KGHM: Znam obu panów. Trudno mi uwierzyć w zarzuty.

Obawia się pan prokuratury albo CBA?

Nie obawiam się. Wszystko to co robiliśmy z zarządem było w dobrej wierze, zgodnie z zasadami przyjętymi zarówno wewnątrz firmy, jak i w całej branży na świecie.

A często jest pan wzywany do prokuratury? Jak wyglądają te kontakty?

Byłem w prokuraturze m.in. ws. koncesji dla KGHM i bardzo ważnego dla mnie kombajnu unowocześniającego firmę i zwiększającego bezpieczeństwo załogi w kontekście zagrożeń związanych z wysokimi temperaturami, zgazowaniem czy tąpnięciami. Te spotkania oceniam dosyć merytorycznie.  

Czytaj też: Były szef spółki Skarbu Państwa: "Polityczna machina sieje strach. To jest nienormalne

W ilu sprawach jest pan wzywany?

Nie mniej niż dziesięciu. Wliczam w to prokuraturę, ABW i CBA.

To bardzo utrudnia panu codzienne życie?

Na pewno tak. Na określony termin trzeba się stawić, czasami to jest poza Dolnym Śląskiem. Ale jak wzywają, to jestem. Przysługującego zwrotu kosztów z budżetu państwa nie biorę.

Ostrze polityczne może być skierowane również w pana stronę?

Nie wykluczam tego, ale nie denerwuję się z tego powodu i raczej śpię dobrze.

To wszystko może mieć przełożenie na pana życie prywatne?

Rozmawiam czasem z żoną i dziećmi na ten temat i rzeczywiście martwią się o to, co będzie. Zresztą, oglądają telewizję, słuchają wiadomości.

Przygotowuje się pan jakoś na przykład na odwiedziny CBA?

Nie. Trudno się przygotowywać na takie sytuacje. Szczególnie że nigdy nie wiadomo, o co może chodzić.

A czy przygotowuje się pan prawnie na obronę swojego dobrego imienia?

Jestem w stałym kontakcie z prawnikiem.

Przeprowadził pan jedną z największych inwestycji w historii Polski, chodzi o zakup kanadyjskiej Quadry. To kosztowało 16 miliardów złotych. Krytycy twierdzą, że została ona przepłacona. Czy pan się z tym zgadza?

Nie zgadzam się z tym. Dywersyfikacja złóż była konieczna, aby zapewnić długofalowy rozwój firmy. Obiektywne wartości, czyli chociażby wskaźnik ceny do wartości aktywów spółki były na bardzo dobrym poziomie. W wartościach bezwzględnych 16 mld zł to dużo, bo i aktywa tej spółki były bardzo duże. Ja tylko mogę powiedzieć, że w momencie, kiedy przejęliśmy tę spółkę, w Kanadzie mówiono, że cena była zdecydowanie za niska i to jest skandal, bo srebra narodowe zostały tak tanio sprzedane.

Przede wszystkim stworzyliśmy długoletnią perspektywę dla firmy produkującej miedź, molibden i metale szlachetne. Naszym celem był wzrost wartości firmy poprzez przejęcia i unowocześnienia. Po to, aby ta firma rosła i dała satysfakcję nie tylko akcjonariuszom, ale też pracownikom.

Jak pan ocenia to, co dziś dzieje się w KGHM? Z punktu widzenia na przykład nominacji kadrowych?

Jeżeli dzieje się coś złego, to tak jakby dotyczyło to też mnie. Jestem z tą firmą związany od kilkunastu lat, dlatego jest to dla mnie bardzo ważne. Tam, gdzie związki zawodowe rządzą, a rządzą po części na szczeblu operacyjnym KGHM, to dobrze nie wróży.

Często pojawiają się zarzuty, że aby zostać prezesem spółki skarbu państwa, to trzeba mieć polityczne plecy. Jak to było w pana przypadku?

Na pewno nie miałem politycznych pleców i nie dlatego, że wypada w tym miejscu zaprzeczać. Fakty były takie, że jako geolog byłem pracownikiem spółki badawczej KGHM Cuprum, później pracownikiem biura zarządu, później wiceprezesem i nigdy nie miałem promotora politycznego. Mogę uczciwie powiedzieć, że w moim przypadku decydowały aspekty merytoryczne. Nigdy nie byłem związany z żadną partią, ale zawsze ważny był dla mnie rozwój i modernizacja gospodarki, a zwłaszcza globalna pozycja KGHM.

Czy istnieje ryzyko, że po serii zatrzymań żaden rozsądny menedżer nie będzie chciał pracować w spółce skarbu państwa?

Spółki skarbu państwa w nowym układzie minimalizują samodzielność i decyzyjność zarządów. Z tego powodu, jeżeli ktoś czuje się menedżerem, to wejście do takiej spółki oznacza nałożenie kagańca uzgodnień.

Co pan ma na myśli?

Nasze społeczeństwo nie akceptuje ryzyka, a prowadzanie dużych firm jest zawsze związane z ryzykami. Jeżeli ktoś chce coś zrobić, to nie ma takich sytuacji, w których by nie ryzykował. Od razu na początku jest skazany na ostracyzm z drugiej strony. Spółki skarbu państwa na starcie minimalizują decyzyjność.

Prawdziwi menedżerowie to dla mnie są osoby, które mierzą wyzwania. Jeżeli tutaj wyzwaniem nie jest ekonomia, ale polityka, to na pewno nie będą chcieli w to wejść.

Ale politycy oficjalnie chwalą się tym, że stawiają na innowacyjność. A ta wymaga ryzykowania.

Nie przekłada się to na to, co się dzieje na dole. To mają być tylko takie hasła, które uspokajają sumienie. W rzeczywistości powinno chodzić o realne działania. W mojej branży innowacyjność wymaga na przykład tego, że powinniśmy się zająć recyklingiem odpadów czy zwiększeniem bezpieczeństwa górników. Każdy odpad na przykład z elektroniki powinien być przetwarzany. Ale to nie może być budowa huty na tysiące ton, ale na kilka kilogramów. Mam tu na myśli na przykład mikrohutnictwo.