Czapliński: Wszyscy czekamy, żeby dorwać się do głosu. Kolejka niewysłuchanych rośnie

Grzegorz Sroczyński
Nasza kultura jest jak maszynka produkująca deficyt bycia wysłuchanym: najpierw każdy z nas czeka, aż będzie mógł przemówić, bo gadają inni, a potem zaczyna sam mówić, nie dopuszczając do głosu innych. Kolejka niewysłuchanych rośnie - z prof. Przemysławem Czaplińskim rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Co by pan powiedział Krystynie Jandzie, która szeruje na Facebooku memy, że wyborcy PiS są jak prostytutki?

Przemysław Czapliński: Pewnie spróbowałbym jej powiedzieć, że jest świetną aktorką i ma wszystko, czego trzeba, aby ostatnie 30 lat odegrać z perspektywy bardzo różnych osób. Aktor - podobnie jak pisarz - potrafi wejść w rolę mężczyzny, kobiety, człowieka z innej klasy społecznej, w innym wieku, o innych poglądach. I każdą z tych postaci, jeśli udziela jej głosu, musi trochę rozumieć.

"Nie rozumiem tego społeczeństwa" - pisze z kolei Maciej Stuhr.

To już lepiej. Dobry punkt wyjścia, żeby się zastanowić, co się dzieje z naszym rozumieniem.

I co by pan Stuhrowi - czyli 40-letniemu polskiemu inteligentowi - poradził?

Nie wiem.

Przeczytaj to i to?

Hmm, poradnictwo? Najnowsza książka, która może zawierać ciekawą podpowiedź to "Lud kontra demokracja: Jaschy Mounka.

Co z niej wynika?

Że populizm jest napędzany energią demokratyczną. Najpierw są oczekiwania większej sprawiedliwości społecznej i gospodarczej. Niespełnione oczekiwania podważają wiarę w demokrację i przygotowują grunt pod zgodę na formy autokratyczne. Wtedy pogłębia się też podział społeczny – na obrońców demokracji i zwolenników szybkich zmian. A potem pierwsi zaczynają mówić o drugich: "Nie rozumiem tego społeczeństwa".

Stuhr mógłby też wrócić do spektaklu Strzępki i Demirskiego "Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej". Ta zwielokrotniona postać z tytułu to Wajda, pokazany jako papież polskiej kultury. Cała rzecz dzieje się na jego pogrzebie - on wtedy jeszcze żył, więc niektórzy się poobrażali - jesteśmy na stypie, na którą przybywa elita kulturalna III RP, w tym Krystyna Janda, gra ją młoda aktorka ubrana jak Agnieszka z "Człowieka z marmuru". Ta elita ma wspaniałe życiorysy, wielkie osiągnięcia, niby całkowicie zasłużyła, żeby elitą być, ale jest jeden problem - oni wszyscy uważają, że nie ma nic bardziej oczywistego, niż ich sukces finansowy i prestiżowy po 1989 roku. I że jest on najlepszym dowodem słuszności ich opozycyjnych postaw z czasu schyłkowego peerelu. Strzępka i Demirski pokazują w tym spektaklu, że powstał niebezpieczny sojusz języka wysokiego romantyzmu, powstań niepodległościowych i sukcesu ekonomicznego w III RP. Wszyscy, którzy się na to nie łapią, są sami sobie winni, nie będą Konradami ani Kordianami, właściwie nie przynależy im żadne sensowne miejsce w przeszłości, ich jakby nie ma. Rezultatem jest pozbawienie sensownego języka symbolicznego wszystkich, którzy Polskę po 1989 roku widzą inaczej. I w odpowiedzi na to pojawia się oczywiście gniew, wściekłość, a wściekłość nie przemawia spójnymi zdaniami i kulturalnym językiem.

Nie chodzi o to, by wypominać błędy przeszłe. Chodzi o to, by nie stawiać niewłaściwych diagnoz – bo prowadzą one do złych pomysłów naprawy. Kiedy ktoś mówi, że w III RP wszystko było wspaniałe, blokuje sobie drogę do zrozumienia przeszłości. I przygotowuje grunt do powtórzenia błędów.

Wadim Tyszkiewicz - który został właśnie senatorem z poparciem Koalicji Obywatelskiej - pisze na FB tak: "Polska to dziwny kraj nie dla takich ludzi jak ja, dla których zdrowy rozsądek, ekonomia, wiedza, doświadczenie, uczciwość, pracowitość są przewodnikiem. Kaczyński wycelował w bezmyślny elektorat, który ma w nosie demokrację, ekonomię, nawet ma w nosie uczciwość i prawdomówność, ma w nosie wszystko, co go bezpośrednio nie dotyczy, poza 500+ i innymi plusami wypłacanymi do ręki. Skąd są te pieniądze? Nieważne. To już ten elektorat nie interesuje. Ważne, że jest piwo i kiełbasa na grilla”.

Nie powinno się tak pisać. Ale chyba zaczynamy w naszej rozmowie się powtarzać.

Cytuję ten przydługi fragment, bo jest charakterystyczny.

Jest. To przykład złej diagnozy. Wynika ona z postrzegania elektoratu Kaczyńskiego jako masowego ciała - będzie nim władał ten, kto je nakarmi. Można odpowiedzieć na dwa sposoby: po pierwsze, jeśli tak myślałeś już wcześniej, to dlaczego nie próbowałeś zapewnić temu ciału sytości. I po drugie: jeśli masz rację, mówiąc, że ludzi zaspokoi kiełbasa i piwo, to znaczy, że szukają oni oprócz sytości również czegoś więcej – poczucia bycia u siebie, zadowolenia, radości. Można więc zapytać senatora: czy masz pomysł na to, jak sprawić, aby ludzie szukali źródeł radości gdzie indziej?

Ale co można poradzić na to, że część polskiej inteligencji tak postrzega społeczeństwo?

Szukałbym w tradycji, która się ucieleśniła w 1980 i 1981 roku. Okazało się, że masa, zbiorowość jest w stanie działać twórczo, wyłonić delegatury, racjonalnie się porozumiewać, mieć świadomy cel. Powiedziałbym też Tyszkiewiczowi, żeby przeczytał tekst Grzegorza Wysockiego "Połowa mojej rodziny głosuje na PiS", który opublikowała "Wyborcza". Z czystej statystyki wiadomo, że każdy z nas ma co najmniej jednego znajomego albo członka rodziny, który głosuje na PiS. Ja też mam. I nie rozpoznaję w charakterystyce przedstawionej przez pana Wadima swoich znajomych. To ludzie rozumni, niekoniecznie i nie zawsze zależni finansowo od pomocy państwa. Często wypowiadają się w sposób obraźliwy, opryskliwy i też mają swojego czarnego luda - są nim elity. Jeśli nazwiemy ich pogardliwie, udowodnimy, że nadal nie rozumiemy.

>>>> Zobacz wideo: Czy czekają nas głodowe emerytur? Jakie będą świadczenia w przyszłości? Eksperci przedstawiają scenariusze

Zobacz wideo

Tyszkiewicz swoją wściekłość, że rządzi PiS, wylewa na wyborców. A co pan robi ze swoją wściekłością? Bo pan tak samo protestował w obronie sądów, podpisywał różne listy otwarte, chodził na manifestacje.

We mnie jest dużo gniewu na przeszłe niedociągnięcia, niedoróbki i zaniedbania. Czyli na to wszystko, co sprawiło, że dość proste działania PiS-u o charakterze osłonowym, pomocowym, zwalczającym biedę mogły okazać się tak skuteczne. A przy tym były moralnie słuszne.

Czyli kieruje pan gniew w stronę "swoich"?

Tak. I ku przeszłości. Dzięki temu zrozumiałem, że wszystko, co najważniejsze rozegrało się w III RP między 1989 i 1993 rokiem. Pokątne wprowadzenie religii do szkół, rozmowy o konkordacie poza porządkiem parlamentarnym, ustanowienie komisji do spraw zwrotu majątku kościelnego, ustanowienie komisji reprywatyzacyjnej, wprowadzenie – mimo zdecydowanych protestów społecznych - zaostrzonej ustawy antyaborcyjnej. Decyzje te wyznaczyły pole i określiły reguły gry. Proste reguły: kościół katolicki nie podlega temu samemu prawu, co inni; własność prywatna stoi ponad zasadami sprawiedliwości społecznej; kobieta nie może mieć tych samych praw, co mężczyzna, bo musi służyć reprodukcji. Więc jeżeli na coś się gniewać, to może na to?

Grzechem założycielskim III RP było oddzielenie praw obywatelskich od praw socjalnych. I pozostawienie tych drugich w gestii silniejszego. Kilka lat temu Karol Modzelewski powiedział, że po 1989 roku wolność mam się udała, tylko z równością nam nie wyszło. Uważam to za najmniej trafną, a zarazem najbardziej gorzko-prawdziwą diagnozę. Prawdziwą, bo rzeczywiście próbowano zbudować wolność bez równości. Nietrafną, bo wolność bez równości jest wolnością dla silniejszego. Dla słabszego oznacza to zależność. Może ona wynikać nie z czyjejś nieudolności, ale na przykład z uwarunkowań. Miejsce urodzenia: miasto, a nie wieś, rodzina inteligencka, a nie robotnicza, zamożniejsza, a nie biedna - to nie są osiągnięcia indywidualne, tylko przypadek. I ten przypadek zbyt mocno procentuje w systemie, w którym dba się o wolność, ale nie o równość.

Do 2015 roku prawa obywatelskie – i tak przecież ograniczone - służyły jako zasłona dla nieegzekwowania praw społecznych. W roku 2015 nastąpiło odwrócenie tego układu. Mianowicie PiS powiedział społeczeństwu: damy wam opiekę socjalną, państwo wróci na miejsce negocjatora pomiędzy rynkiem pracy i pracownikiem, właścicielem kamienicy i mieszkańcem, państwo wróci jako stróż porządku i wyrównywacz rozmaitych nierówności, zwłaszcza ekonomicznych, ale w zamian naruszymy prawa obywatelskie. Z jednej strony pojawiło się więc 500 Plus, które uważam za moralnie słuszne, ekonomicznie zasadne i historycznie ważne. Z drugiej - osłabienie instytucji niezależnych od władzy wykonawczej.

Czyli w Polsce mamy do wyboru dwa pakty władzy ze społeczeństwem - oba ułomne, oba bez jednej nogi, które prowadzą do złego stanu rzeczy. A który z nich jest groźniejszy?

Chyba ten pisowski. Wolę ułomny system, w którym wolności obywatelskie są szanowane i w którym istnieją instytucje powołane do ich pilnowania, bo w ramach takiego porządku możliwa jest zmiana. A konkretnie: możliwe jest powtórne połączenie praw socjalnych i praw obywatelskich. Drugi pakt - dajemy wam socjal, ale zabieramy wolność – uzależnia wszystko od rządzącej partii. Kiedy nadejdzie kryzys, nie będzie ani opieki socjalnej, ani praw obywatelskich.

Chodzi więc o to, żeby w przyszłości pamiętać o nierozerwalnej relacji między prawami obywatelskimi i prawami socjalnymi, ponieważ przechył na stronę praw obywatelskich tworzy wolność dla silniejszych, bogatszych.

Nie sądzi pan, że jest to dość naiwne marzenie, żeby cała opozycja została lewicą? Dlaczego niby liberalna PO miałaby zacząć uwzględniać mocno prawa socjalne?

Może i jest naiwne, ale pozwala nam wyjść z pętli demokratyczno-liberalnej frustracji. Tkwimy w tej pętli, kiedy mówimy, że społeczeństwo dało się przekupić i że oddało demokrację za kiełbasę i piwo. Tymczasem hipoteza, że należy połączyć prawa społeczne z obywatelskimi, daje trzy korzyści. Po pierwsze, wyjaśnia zmianę preferencji wyborczych od strony potrzeb. Po drugie, wskazuje na połowiczność rozwiązań aktualnych – bo przecież brak zmian w prawie podatkowym, prawie pracy, emeryturach, przepisach rodzinnych za chwilę zrodzi potężny kryzys społeczny. I po trzecie, daje szansę na określenie koniecznych rozwiązań przyszłych.

Gdybym sobie wyobraził, że prowadzę coś na kształt współczesnego okrągłego stołu - chociaż rozmowa z politykami to koszmar - najchętniej na początku wynegocjowałbym jedno: zgodę, że wszystkie dotychczasowe języki polityczne są niewystarczające. Znajdujemy się w innej sytuacji niż 30 lat temu i żadna koncepcja polityczna – od lewicowej po prawicową - nie pokrywa całej rzeczywistości. Światopoglądy i koncepcje są popękane, niespójne, w ich obrębie rozmaite elementy się przemieszały. Może to byłby dobry punkt wyjścia, żeby zlepić coś nowego.

Ostatnio na konferencji naukowej powiedział pan tak: "Główny polski problem to deficyt bycia wysłuchanym. Jeśli tego nie zmienimy (...) obudzimy się za 15 lat w państwie faszystowskim". Co to jest deficyt bycia wysłuchanym?

Najwartościowsze dzieła w polskiej literaturze to monologi. Od "Pamiętników" Paska, poprzez gawędy szlacheckie Rzewuskiego, aż do "Dzienników" Gombrowicza. Zwłaszcza Gombrowicz jest tu ważny. Rozbudowuje on monolog do granic pojemności i włącza do mowy własnej rozmaite języki cudze. W ten sposób samodzielnie określa zasady porozumiewania się ze społeczeństwem i tworzy jednostkową suwerenność. To jednak przypadek rzadki. Większość z nas próbuje włączyć się do komunikacji społecznej na warunkach dyktowanych przez polską kulturę. A polska kultura jest autorytatywna i hierarchiczna. Wdraża do posłuchu i bycia posłusznym. Nie uczy wzajemnego słuchania się, wymieniania opiniami.

Na początku jest rodzic, potem ksiądz katecheta, pan lub pani w przedszkolu, nauczyciel, potem przełożony w pracy - oni wszyscy nieustannie raczej nakazują niż pytają. Mówią, niekoniecznie słuchając. Jednostka poddawana takiej presji nie dąży do włączenia się w rozmowę, lecz czeka na moment, gdy sama będzie mogła monologować. W odróżnieniu od monologu Gombrowicza, który nie chce być przez innych definiowany, polski monolog społeczny narzuca definicje i zbliża się do języka nakazów. W rezultacie nasza kultura jest jak maszynka produkująca deficyt bycia wysłuchanym: najpierw każdy z nas czeka, aż będzie mógł przemówić, bo gadają inni, a potem zaczyna sam mówić, nie dopuszczając do głosu innych. Kolejka niewysłuchanych rośnie. A razem z tą kolejką wzrasta znaczenie zbiorowej reprezentacji zastępczej.

Po 1989 roku we wszystkich dużych miastach powstawały radia obywatelskie. Przez połowę czasu można było zadzwonić do studia i powiedzieć, co leży komu na sercu. W okolicach roku 1997 stacje radiowe sformatowano i zostało tylko jedno ogólnopolskie radio obywatelskie - Radio Maryja. Stąd jego znaczenie. Radio, które słucha, zwraca ludziom poczucie, że ich życie jest warte opowieści i wysłuchania. Ci, którzy nie znajdą takiego chętnego ucha, upomną się o swoją ważność innymi metodami – na przykład agresją. Albo wybiorą polityka, który obiecuje, że będzie mówił w imieniu prostych ludzi.

A czy deficyt bycia wysłuchanym nie jest zawiniony przez polską inteligencję? Czy nie jest tak, że nasze elity potrafią głównie pohukiwać i uciszać innych?

Pewien rodzaj elitaryzmu, protekcjonalności jest odruchem inteligenckim. Ale można też znaleźć wartościowe teksty literackie, które bez protekcjonalności nakłaniały do wysłuchania cudzej racji. Stało się to w ogóle zasadą fundamentalną polskiej literatury od połowy lat 80. do połowy lat 90. XX wieku. Od Hanny Krall, Pawła Huellego, Jacka Bocheńskiego, Piotra Szewca aż po Izabelę Filiipiak, Olgę Tokarczuk czy Stefana Chwina toczyła się historia, w której do głosu dopuszczony został słaby podmiot – zmarginalizowany, pozbawiony racji, prawie niereprezentowany. W polskiej literaturze następował więc demontaż "normalności", na którą składała się przewaga męskiego nad kobiecym, polskiego nad tym, co niepolskie, heteroseksualnego nad tym, co seksualnie odmienne, i niepodległościowego nad tym, co peerelowskie. Problem polegał na tym, że w połowie lat 90. pojawił się w historii nowy podmiot słaby – wyrzucony z pracy, pozbawiony opieki społecznej, osamotniony. Zamiast przemieszania tych narracji, powstała między nimi przepaść. Politycy bardzo szybko to wykorzystali: spolonizowali i nadali cechy katolickie ofiarom transformacji, natomiast podmiot kobiecy, Żyda i odmieńca seksualnego napiętnowali jako obcego. Dzisiejsze przeciwstawianie sobie "ideologii genderu" oraz "polskich wartości" jest dalszym ciągiem tej samej fabuły.

PiS przełamał deficyt bycia wysłuchanym?

Nie. Absolutnie. Oni uprawiają bardzo wyraziste autorytatywne mówienie.

Wiele osób z małych miasteczek, co pokazał raport Gduli, mówi, że wreszcie się czują ważni.

Mówić "w imieniu" nie jest tym samym, co słuchać. Konkluzja raportu Gduli była taka, że zwycięstwo PiS bierze się między innymi z powtórnego włączenia ludzi we wspólnotę narodową. Z przywrócenia wielkiego MY. Nam przez poprzednie 30 lat nie udało się stworzyć żadnej tożsamości zbiorowej, która by zaspokajała potrzebę przynależności. Nie powstała tożsamość europejska ani kosmopolityczna, ani nowa wersja bycia Polakiem. Liberałowie bali się jak ognia tożsamości zbiorowych. Tymczasem w latach 90. rozpadały się wcześniejsze tożsamości – klasowe, rodzinne, religijne. Na przełomie wieku XX i XXI określenia "chłop", "robotnik", "tradycyjna rodzina" albo "wspólnota katolicka" nie konotowały niczego wartościowego. Skoro żadna z dotychczasowych tożsamości zbiorowych nie funkcjonowała, to wspólnota narodowa stała się jedyną odpowiedzią na potrzebę przynależności. Ale na pewno nie jest to odpowiedź na deficyt bycia wysłuchanym. Dyskurs narodowy jest właśnie po to, żeby nie słuchać ludzi, żeby zakryć różnice klasowe, majątkowe, edukacyjne czy seksualne. Tego wszystkiego nie da się wypowiedzieć w ramach koncepcji narodowej, bo naród jest z definicji tworem jednolitym. Przy okazji dyskurs ten przywraca tradycyjne role płciowe: retoryka „narodu i jego obrońców” reaktywuje militarne i seksualne męskie tożsamości, a kobietę deleguje na pozycję matki, strażniczki wartości rodzinnych.

"Literatura jest jak szklana kula. Można w niej zobaczyć przyszłość”. Tak?

To moje? Trochę inaczej mówiłem. Wartość prognostyczna literatury nie polega na przewidywaniu wydarzeń, lecz na ukazywaniu stanu społecznej komunikacji. Pod tym względem literatura jest ustawicznym eksperymentem, który testuje możliwości porozumienia. Pokazuje, ilu słów potrzeba, żebyśmy sobie skoczyli do gardeł, a ilu tysięcy słów potrzeba, żebyśmy wreszcie się wygadali, dogadali, poczuli wysłuchani i zrozumiani. W takim laboratorium komunikacji można szukać zapowiedzi konkretnych kłopotów społecznych. Jeśli w literaturze kończy się eksperymentowanie, jeśli dochodzi ona do takiego skraju, za którym nie ma już słów, tylko bohaterowie powieści przechodzą do aktów przemocy, to znaczy, że nadchodzą problemy.

A polska literatura współczesna kipi od przemocy?

Tak. Wyczerpały się w polskiej literaturze współczesnej środki porozumienia. O przemocy fantazjują już wszyscy – można ją znaleźć w powieściach o wymowie lewicowej, prawicowej, liberalnej, konserwatywnej, ekologicznej i faszystowskiej. „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator, „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, „Noc żywych Żydów” Ostachowicza, „Cwaniary” Sylwii Chutnik, „Wieszanie” Jarosława Marka Rymkiewicza – to tylko kilka przykładów z niepokojąco długiej listy.

Bohaterowie tych książek w walce o dobro stosują przemoc. Nasilone sygnały literackie pojawiły się zanim nasze życie polityczne poszło w stronę brutalnej wojny. Znaczyło to, że pisarze zobaczyli w społecznych praktykach komunikacyjnych przewagę gniewu nad dialogiem. Ale oni sami również nie potrafili wymyślić jakiejś alternatywnej praktyki porozumienia. W ich powieściach przemoc okazywała się jedynym dalszym ciągiem historii wspólnej. Nikt się tym jednak nie przejął, bo to tylko fikcje. Kiedy fikcje okazały się faktem, na działania zapobiegawcze było już za późno. Tak i tylko tak rozumiem funkcjonowanie literatury jako sejsmografu społecznej komunikacji.

A w ciągu ostatnich czterech lat PiS-u, pojawia się coś nowego w tym laboratorium literatury?

Literatura nie wycofała się z przemocy, w najnowszych powieściach też jest jej pełno, co oznacza, że w dalszym ciągu tkwimy na etapie, kiedy sprawy podstawowe pojawiają się pod postacią zachowań i działań skrajnych, a nie sporu racji. Jak powinna wyglądać demokracja? Jak powinno działać państwo? Jakie prawa powinny przysługiwać większości, a jakie mniejszościom?

Dopóki tego wszystkiego sobie nie wyjaśnimy, nie wynegocjujemy, dopóty przemoc będzie załatwiała to za nas i przeciwko nam. Ale pojawiło się też coś nowego: literatura nie krąży już wokół przemocowego przywrócenia dawnych zasad, dawnych porządków, dawnych podmiotów zbiorowych. Od kilku lat w polskich powieściach przemoc pojawia się jako narzędzie stworzenia nowej tożsamości zbiorowej. Takiej więzi, która na razie nie przypomina niczego, co mamy na mapie społecznej.

Czyli?

Nie klasa społeczna, nie naród, nie rodzina tradycyjna, nie feministki, nie geje, tylko na przykład sojusz ludzi jednoczących się w obronie środowiska naturalnego. Albo zbiorowy podmiot kobiecy. Albo klasa średnia przekształcająca się w coś, co już nie jest klasą, ale nie jest też bezkształtną masą.

A tytułami?

Na przykład „Cwaniary” Sylwii Hutnik. To co prawda nie jest książka z wczoraj, ale mamy tam sojusz przeciwko deweloperom, który przekracza istniejące podziały polityczne. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk - mikrowspólnota, w której jedna osoba stosuje przemoc w imię stworzenia wspólnoty ludzko-zwierzęcej. Pod pewnym względem ciekawa jest także powieść Patrycji Pustkowiak „Maszkaron”. Pojawia się u niej – podobnie jak w powieści „Patyk” Hanny Samson - rozwiązanie, na które od dawna czekałem: wszystko przemawia za finalną przemocą, ale śmiertelny cios nie zostaje zadany. Mało jest takich tekstów w polskiej literaturze, w których zostajemy przeprowadzeni przez całą fabułę konsekwentnie do tego momentu, kiedy ktoś może zabić, ale tego nie robi. W „Maszkaronie” brzydka bohaterka wybiera sobie jako wroga osobę z publicznym powodzeniem, prestiżem, wykształconą i ładną. Chce ją zamordować, co ma być równoznaczne z zabiciem wszystkich własnych kłopotów.

I co z tego wynika?

Że pojawiają się fabuły pokazujące przemoc jako nieefektywną i niemoralną. To jest jakaś nadzieja. Więc te dwie rzeczy bym wymienił jako nowe: po pierwsze inne konstruowanie podmiotów zbiorowych, a po drugie fantazje o wstrzymywaniu się od możliwej przemocy.

Co robić przez najbliższe cztery lata?

Słuchać. I szukać czegoś trzeciego.

To co pan cytował na początku naszej rozmowy, to rodzaju rytuału, który spełnia Stuhr, Tyszkiewicz, Janda - wypowiedzi umacniające granicę wąskiej wspólnoty, przywołujące pod ten sam sztandar, utwierdzające, że my mamy rację. Najtrudniej z wnętrza własnego światopoglądu sformułować interpretację, która by obejmowała również cudzą rzeczywistość, ale nie była w stosunku do tej cudzej rzeczywistości protekcjonalna. Stąd ogromne znaczenie „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk, dramatów Weroniki Murek „Feinweinblein”, raportu Macieja Gduli albo książek takich jak „Wyjście awaryjne” Rafała Matyi, „Koniec pokoleń podległości” Jarosława Kuisza, reportaży o pracy oraz licznych tekstów o nowym liberalizmie w „Kulturze liberalnej”, czy o nowym konserwatyzmie w „Nowej Konfederacji”. Mówią o tym, jak się odczepić od rytualnych podziałów i grup społecznych, które mają swoje totemy.

Tylko te społeczeństwa, które ze sobą gadają, są w stanie coś wymyślić w sytuacji awaryjnej. A właśnie w takim momencie się znaleźliśmy.

***

Prof. Przemysław Czapliński, literaturoznawca z UAM w PoznaniuProf. Przemysław Czapliński, literaturoznawca z UAM w Poznaniu Agencja Gazeta

**** Przemysław Czapliński (1962) jest krytykiem literackim, profesorem literatury współczesnej, pracuje na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jego książki to m.in. „Polska do wymiany. Późna nowoczesność i nasze wielkie narracje” oraz „Poruszona mapa”

Więcej o: