Kończy się rok, a budżetu nie ma. Morawiecki walczy o swoją obietnicę. Premier szykuje "budżetowe sztuczki"

Projektu budżetu na rok 2020 wciąż nie ma. Na dwa tygodnie przed końcem roku w rządzie trwa walka o to, by przychody i wydatki państwa jednak się bilansowały, co obiecał premier Mateusz Morawiecki. 10 mld wypłat na "trzynastki" dla emerytów uda się zapewne ukryć pożyczając pieniądze z ZUS. Co z pozostałymi wydatkami?

>>> Zobacz także: Czy Polacy powinni być przygotowani na głodowe emerytury? Eksperci programu "Studio Biznes" wyjaśniają czy czarny scenariusz jest coraz bardziej realny

Zobacz wideo

Na dwa tygodnie przed końcem roku wciąż nie ma projektu budżetu na rok 2020. Pomimo naglącego terminu rząd nie zajął się projektem kluczowej ustawy. Jak dowiedziała się "Rzeczpospolita" w rządzie trwa walka, by budżet, zgodnie z obietnicą, którą złożył premier Mateusz Morawiecki, był zrównoważony.

Zapewne minister finansów wraz z innymi ministrami szuka oszczędności we wszystkich pozycjach budżetowych. Dlatego to tak długo trwa

- wyjaśnia w rozmowie z dziennikiem jeden z analityków rynkowych.

Budżetowe sztuczki czyli "13-tki" dla emerytów z pożyczki

Na pierwszy rzut oka w budżecie brakuje ok. 15 mld zł. 10 mld pochłoną "trzynastki" dla emerytów, kolejne 5 mld to efekt porzucenia pomysłu zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS.

Tego w jaki sposób rząd chce rozwiązać pierwszy z problemów możemy się tylko domyślać. Sejm przyjął bowiem ustawę o utworzeniu Funduszu Solidarnościowego, który ma się zająć wypłatą świadczeń, a nawet upoważnił go do zaciągania pożyczki w ZUS-owskich funduszach. Opozycja grzmi jednak, że ta księgowa sztuczka pozwoli "załatać" dziurę wynikającą z wypłat "trzynastek" w tym roku.

Tego jak będzie finansowane spełnienie obietnicy w roku 2020 wciąż nie wiemy. Możliwe, że władza zaciągnie kolejną pożyczkę w ZUS-ie. To wygodne, bo taki zabieg wydatkiem budżetowym nie jest. Rząd może więc wydać pieniądze, ale nie musi szukać ich pokrycia w przychodach. 

Ceny prądu mogą mieć wpływ na budżet

W budżecie trzeba też w jakiś sposób zapisać kwestię cen prądu. Wiemy, że spółki energetyczne i dystrybuujące energię domagają się podwyżek rzędu 20-40 proc. Tymczasem minister Jacek Sasin zapewnia, że Kowalski za prąd więcej nie zapłaci. Szef resortu nadzorującego energetycznych gigantów nie wyklucza kolejnych rekompensat i dopłat.

Jak wielką "wyrwę" spowodują one w budżecie? Nie wiadomo - Urząd Regulacji Energetyki swoją suwerenną decyzję zakresie taryf ma ogłosić we wtorek. Wtedy dowiemy się jaką częścią podwyżek Kowalski zostanie obarczony bezpośrednio - w rachunku, a jaką zapłaci pośrednio - w cenach towarów i usług. Innymi słowy dowiemy się jak wyższe ceny prądu zostaną rozłożone pomiędzy osoby fizyczne, samorządy i firmy.

Strumień wpływów z VAT coraz mniejszy

Rząd musi też przygotować budżet na zmniejszone tempo wzrostu gospodarczego. Analitycy ścieli swoje prognozy dotyczące PKB - w roku 2020 ma on wynieść 3 proc. To wciąż dużo więcej, niż na przykład Niemczech (1 proc.), ale dużo mniej niż dziś (4,4 proc.).

Dynamika wpływów z VAT również może być problemem - ministerstwo finansów rozesłało do skarbówek zapytanie o to dlaczego przychody z tego podatku ostatnio spadły.

Czytaj też: Rząd wycofuje się z kolejnej deklaracji z kampanii. Budżet z deficytem w 2020 r. to już "prawdopodobny wariant

Na budżecie zaważą też inne "prezenty" dla Polaków - obniżenie PIT z 18 na 17 proc., zniesienie podatku dla młodych, podniesienie kosztów uzyskania przychodu, o "500 plus" wypłacanym już dla pierwszego dziecka nie wspominając. Tylko ten sztandarowy program będzie kosztował PiS 41,2 mld zł. Ministerstwo Finansów musi więc sporo się napracować, by wszystkie te wydatki zapisać w budżecie, który, zgodnie z obietnicą premiera, ma być zrównoważony.

Więcej o: