Gdy poznajemy nowe dane Głównego Urzędu Statystycznego o inflacji, to jest to pewien uśredniony stan dla całego kraju. W praktyce jednak oczywiście ceny nie rosną (albo spadają) wszędzie w takim samym tempie. Abstrahując już od tego, że GUS bada zmiany cen konkretnego koszyka dóbr i usług, a wszak każdy z nas ma swój taki "osobisty" koszyk.
Jak wynika z najnowszych danych GUS, w drugim kwartale br. ceny w Polsce rosły średnio o 3,2 proc. w porównaniu z takim okresem 2019 r. Zdecydowanie najmocniej ten wskaźnik napędzało jednak województwo małopolskie - tu wskaźnik inflacji sięgnął aż 3,9 proc. Powyżej średniej wskaźnik inflacji uplasował się także w województwie łódzkim (3,6 proc.), zachodniopomorskim (3,5 proc.), śląskim i wielkopolskim (3,4 proc.) oraz mazowieckim. Poniżej 3 proc. wyniosła natomiast inflacja w województwach: lubelskim (2,6 proc.), podlaskim (2,7 proc.), lubuskim (2,8 proc.) oraz dolnośląskim i opolskim (2,9 proc.).
Gdyby spojrzeć na dane z szerszej perspektywy, np. trzyletniej, to również województwo małopolskie wybija się na pierwszy plan ze wzrostem cen w tym okresie (tj. od lipca 2017 r. do czerwca 2020 r. włącznie) o blisko 9,5 proc. Kolejne w takiej statystyce województwa wielkopolskie i łódzkie miały w czasie tych trzech lat wzrost cen o nieco ponad 8 proc. Najwolniej - o 6,4-6,6 proc. - ceny rosły z kolei w badanym okresie w województwach dolnośląskim i lubelskim.
Powodów takiej zróżnicowania tempa zmian cen pomiędzy województwami jest całe mnóstwo - poczynając od lokalnych warunków pogodowych wpływających na ceny żywności, przez różną skalę podwyżek (i ich różny moment wprowadzenia) cen administrowanych - np. wywozu śmieci, na różnym poziomie konkurencji cenowej i "przyzwolenia" klientów na podwyżki kończąc.
W drugim kwartale br. inflacja w Polsce była w absolutnej europejskiej czołówce. W maju i czerwcu była najwyższa spośród wszystkich krajów Unii, w kwietniu wyższą mieli tylko Czesi.
Z drugiej strony, comiesięczne dane GUS wskazują, że tempo wzrostu cen raczej hamuje Wskaźnik inflacji rocznej delikatnie spada (w sierpniu wyniósł 2,9 proc.), a na to, że wciąż jest w okolicach 3 proc., wpływ mają przede wszystkim trendy cenowe z przełomu 2019 i 2020 r., gdy wielu przedsiębiorców podnosiło ceny w reakcji na wyższe koszty pracy (związane z podwyżką płacy minimalnej aż o 350 zł brutto). Dodatkowo, w życie wchodziły podwyżki cen administrowanych, m.in. wywozu śmieci czy energii elektrycznej.
Ceny wyraźnie wystrzeliły też do góry miesiąc do miesiąca jednorazowo w czerwcu br., co wiązano m.in. z "podatkiem od COVID-u". Przedsiębiorcy - np. z branży usługowej - podnosili ceny, uwzględniając w nich m.in. podwyższone koszty sanitarne czy utracone przychody z okresu lockdownu.
Z drugiej strony, w ujęciu miesiąc do miesiąca w czterech z ostatnich pięciu miesięcy ceny w Polsce szły w dół. Gdy za kilka miesięcy ze statystyki inflacji rok do roku zaczną wypadać te miesiące z najwyższym wzrostem cen (grudzień 2019, styczeń i luty 2020 r.), wskaźnik wzrostu cen zacznie mocno spadać. O ile oczywiście w międzyczasie nie wystąpią inne czynniki podbijające masowo ceny dużych grup produktów czy usług. Gdyby wzrost cen w drugim kwartale br. w porównaniu z pierwszym (o 0,3 proc.) "zannualizować" - tj. rozciągnąć proporcjonalnie na cały rok - to okazałoby się, że inflacja w skali roku wyniosłaby "zaledwie" 1,2 proc.